8 filmów Martina Scorsese, które musisz zobaczyć

Martina Scorsese generalnie nie trzeba przedstawiać. Reżyser- Legenda. Mistrz kina gangsterskiego, genialny ilustrator dobrej historii i laureat wielu prestiżowych nagród filmowych. Twórczość tego 77-letniego reżysera można podzielić na dwa etapy: filmy z De Niro i filmy z DiCaprio. Przez ponad 50 lat działalności filmowej uzbierał  na koncie wiele wyśmienitych filmów i z pewnością każdy jest wary zobaczenia.  W wpisie tym postaram się jednak wyodrębnić 8 obrazów, które każdy powinien zobaczyć.

Taxi Driver/ Taksówkarz (1976). W sumie do tej pory się zastanawiam co jest tutaj lepsze? Czy film „Taksówkarz” jako całość, który wpisał się do kanonu kinematografii? Czy może rola Robera De Niro, który jest tutaj FE-NO-ME-NA-LNY. Travis w którego wciela się aktor to weteran wojny w Wietnamie cierpiący na bezsenność. Chcąc rozwiązać swój problem zostaje kierowcą taksówki na nocnej zmianie. Jako, że jego praca odbywa się na ulicach Nowego Jorku to jest świadkiem wielu patologii i przemocy z którą postanawia się rozprawić na własną rękę. No co tu dużo mówić? KLASYK kina, który trzeba znać obowiązkowo. Ogromny wpływ na popkulturę i odskocznia w aktorskich karierach De Niro i Jodie Foster. W mojej ocenie 10/10, także tego… ZOBACZCIE KONIECZNIE, jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście.

Raging Bull / Wściekły Byk (1980). Kolejny filmowy dowód, że współpraca De Niro z reżyserem to najlepsze co mogło mu się przytrafić (I na odwrót też). „Wściekły Byk” to kinowa ekranizacja biografii boksera Jake’a La Motty. Młody i głodny sukcesów bokser zdobywa uznanie dzięki wygranym walkom w wyjątkowo brutalnym stylu. Jednakże sukces i popularność sprawiają, że główny bohater staje się coraz bardziej nieufny. Ponownie dużą robotę robi rola pierwszoplanowa De Niro, który na potrzeby filmu profesjonalnie ćwiczył boks i stoczył trzy walki (Z czego dwie wygrał) a także musiał przybrać na wadzę 27 kg. Czarno-biały film reżysera to studium ludzkiego umysłu, jego słabości i słabych stron. To poza tym dająca do myślenia i dobrze oglądająca się ilustracja drogi jaką przeszedł La Motta. Jeżeli lubicie filmy o boksie a seria o Rockym wydaje się wam zbyt ckliwa i bajkowa to zdecydowanie polecam ten tytuł.

Goodfellas / Chłopcy z ferajny (1990). O tym filmie można by pisać prace doktoranckie i naukowe. Z jednej strony „Goodfellas” to świetne podsumowanie kina gangsterskiego, które pełnymi garściami czerpie z takich filmów jak „Człowiek z Blizną„, „Ojciec Chrzestny” czy też „Nietykalni„. Z drugiej natomiast strony film ten wiele dodaje do gatunku kina gangsterskiego i staje się jego jednym z najlepszych reprezentantów wpływając na późniejsze powstanie takich filmów jak „Wściekłe Psy” czy „Donnie Brasco„. Film opowiada historię trójki przyjaciół: Jimmy’ego (Ponownie De Niro), Henry’ego (Ray Liotta) oraz Tommy’ego (Genialna rola Joe Pesciego) i ich niezbyt legalnego sposobu na życie. Pierwszoosobowa narracja i krótki montaż sprawia, że angażujemy się w historię od pierwszej sceny w filmie. By dowiedzieć się jak genialne jest to skupisko scen i dialogów a także popisów aktorskich, należy zobaczyć niezapomnianą sekwencje z Pescim pytającym się: „Co to znaczy, że jestem zabawny?„. Jeżeli nie przepadacie za kinem gangsterskim to po seansie tego film zmienicie zdanie.

Cape Fear / Przylądek Strachu (1991). Legendarny thriller z De Niro, Nickiem Nolte i Jessicą Lange w rolach głównych to remake filmu o tym samym tytule z 1962 roku. Z więzienia wychodzi Max Cady (W tej roli De Niro), który został skazany na 14 lat więzienia za gwałt. Jego zamiarem jest zemsta na adwokacie, który nie zdołał go obronić przed wyrokiem skazującym. Adwokat Sam Bowden wraz z rodziną będzie musiał stoczyć nierówną walkę z psychopatycznym zwyrodnialcem. To prawdopodobnie jeden z najlepszych remake’ów w dziejach kina (Muszę zrobić kiedyś osobną listę na ten temat). Scorsese wytworzył tutaj bardzo gęsty klimat osaczenia i poczucia niebezpieczeństwa i bezradności. Do końca seansu nie możemy się czuć bezpieczni a częste zwroty akcji sprawiają, że seans pochłania nas całkowicie. Całość kończy WIELKI FINAŁ i ostateczną batalię na lini rodzina Bowdenów – Max Cady.

The Departed / Infiltracja (2006). Film Scorsese z 2006 roku to przykład idealnego kina sensacyjnego. Fabuła skupia się na bostońskiej policji walczącej z przestępczością zorganizowaną. Jesteśmy świadkami rywalizacji pomiędzy dwóją policjantów: Billy’ego Costigana (W tej Roli Leonardo DiCaprio), który rozpracowuje mafię od środka i Colina Sullivana (Matt „Kamienna Twarz” Damon), który jest wtyką mafii w służbach mundurowych. Scorsese udaje się w tym filmie wszystko. Jest brawurowa akcja, napięcie, rozbudowane postacie, dobry scenariusz i genialne kreacje aktorskie. Tym razem swój popis daje Jack Nicholson w roli bossa mafii Franka Costello, dla którego była  to jedna z ostatnich kreacji aktorskich. Generalnie nie jestem fanem kina sensacyjnego, ale ten film stawiam równie wysoko w swoim osobistym rankingu co takie klasyki jak „Dirty Harry” czy też „Gorączka„.

The Shutter Island / Wyspa Tajemnic (2010). Szczerze? Aż dziwi mnie, że nad tytułem tego filmu nie widnieje nazwisko Davida Finchera albo Christophera Nolana. Ten obraz jest totalnie w klimacie tych kolesi. Stary wyga Scorsese udowodnił tutaj jednak, że niczym nie odstępuje od swoich dużo młodszych kolegów po fachu. Mamy rok 1954, na jednej z wysp Zatoki Bostońskiej znajduje się zakład psychiatryczny z którego ucieka jedna z pacjentek. Sprawę ucieczki rozwiązuje dwójka szeryfów federalnych Teddy Daniels (Leonardo DiCaprio) oraz Chuck Aule (Mark Ruffalo). Sprawy się komplikują gdy panujący huragan odcina wyspę od reszty Świata. Okazuje się również, że nie wszystko wydaje się tak oczywiste jakie w rzeczywistości jest. Przyznam się, że lubię tego typu pokręcone filmy, które dają pole do interpretacji. Czy główny bohater zwariował? A może cała reszta oszalała? Było sporo tego typu filmów, ale to „Wyspa Tajemnic” jest najlepszym przykładem tego typu kina. Wytężcie mózgi i zobaczcie ten angażujący thiller z domieszką dramatu.

The Wolf of Wall Street / Wilk z Wolf Street (2013). Z „Wilkiem…” mam nie mały problem. W 2013 roku kiedy film wyszedł do kin wielu recenzentów i fanów bezwarunkowo pokochało ten obraz. Ja również dałem się porwać pozytywnemu hajpowi na nowy hit od Scorsesego, jednak z perspektywy czasu uważam, że ocena tego dzieła jest nieco przesadzona. Co nie zmienia faktu, że to dobry film i było o nim głośno nawet kilka lat po premierze, gdy pierwszy raz puszczano go w TV. „Wilk z Wall Street” to historia nowojorskiego brokera Jordana Belforta, którego rozwiązły tryb życia wzbudza podejrzenia u agentów FBI. Być może Scorsese przesadził z niektórymi scenami, ale to wciąż ciekawa historia. Jednak sporo racji ma Pan Dębski, mówiący, że przez trzy godziny nie zmienia się tu za wiele. To najsłabsza pozycja na mojej liście, nie mniej warta zobaczenia.

The Irishman / Irlandczyk (2019). Zeszłoroczny hit Scorsesego od Netflixa to ponad trzy godzinna epopeja i powrót do starych, dobrych czasów. Scorsese ponownie postawił na długie, gangsterskie kino stawiając na historię Franka Sheerana (W tej roli De Niro), który pracuje dla mafijnego bossa Russella Bufalino (Joe Pesci) oraz szefa związków zawodowych Jimmyego Hoffy (Al Pacino). Film na swój sposób jest innowacyjny, gdyż komputerowo odmłodzeni zostają wszyscy trzej główni bohaterowie. W związku z tym należy sobie zadać za chwilę pytanie – Czy będą pojawiać się jeszcze wielcy aktorzy w filmach? Czy czeka nas oglądanie tych samych historii z tymi samymi odmłodzonymi twarzami? Pytanie to jest tym bardziej ciekawe zwłaszcza, że ostatnie filmy pokazują, że normą staje się zastępowanie zmarłych aktorów (Patrz ostatnie „Gwiezdne Wojny„). Film ten wydaje mi się pewnego rodzaju postawioną kropką i zamknięciem pewnego rozdziału. To prawdopodobnie ostatni wielki film dla wspomnianej trójki aktorskiej. Scorsese co prawda udowadnia, że wciąż można zrobić wielki film w tym temacie, który nie nudzi (Mi te trzy i pół godzinny szybko minęły!), jednak ciężko mi uwierzyć by powstał jeszcze jeden tego typu film, który nie byłby klapą. „Irlandczyk” to po prostu dobrze opowiedziana historia i dobrze przedstawieni bohaterowie. Zobaczcie koniecznie.

10 Najlepszych Piosenek Arcade Fire

Dawno nie było na blogu żadnej porządnej listy i TOPKI. Postanowiłem wziąć na warsztat kanadyjską grupę Arcade Fire. Co prawda od pewnego czasu niebezpiecznie filtrują z muzyką POP niczym Coldplay czy też U2, nie mniej dalej ich lubimy! Oto 10 najlepszych utworów od Wina Butlera, jego żony i kolegów.

Deep Blue (2010, The Suburbs). Są pewne utwory, które z niewyjaśnionych przyczyn wpisują się w moją estetykę piękna. Czym one się wyróżniają albo co je cechuje? Trudno opisać, bo za każdym razem te utwory są inne. Pozostają tylko te same odczucia. To właśnie odczuwam odsłuchując „Deep Blue„, który na pozór jest tylko którymś tam utworem na płycie „The Suburbs„.

Posłuchaj

Put Your Money On Me (2017, Everything Now). W  2017 roku Arcade Fire postanowił zabawić się w Abbę. Nie wyszło to do końca udanie, ale „Put Your Money On Me” to całkiem przyjemny utwór. Fakt, jest gorszy niż każdy track z dwóch pierwszych płyt grupy. Jednak chcąc zachować różnorodność, musiałem postawić na jakąś kartę z „Everything Now„. Padło na ten utwór.

Posłuchaj

Ready To Start (2010, The Suburbs). Ten utwór to idealny opener. Już nawet nie liczę ile moich składanek i playlist otwierał. Nie dość, że w nazwie magiczne słowo START to i sporo w nim energii dającej kopa na rozruch. Poza tym czy wy też słyszycie w tym utworze Interpol z najlepszych lat? Bo ja tak i to szczególnie w brzmieniu gitary.

Posłuchaj

Rebellion (Lies) (2004, Funeral). Generalnie ciężko było wybrać tylko trzy utwory z debiutanckiej płyty. Przecież tam jest tyle sztos utworów… Jednak „Rebellion” musiał się znaleźć z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze to idealny przykład-wzór ich sposobu na udany utwór. Prosty klawisz, rytmiczne bicie w werbel, szczypta smyczków i transowy Butler. To zawsze działa. Po drugie ten utwór jest dla mnie do tej pory jednym z hymnów indie rocka. I niech tak zostanie.

Posłuchaj

Reflektor (2013, Reflektor).Reflektor” to moim zdaniem najgorsza płyta Arcade Fire. Dlaczego? Najmniej do niej wracam. Jest jednak jeden utwór do którego wracam dość często. To tytułowy „Reflektor„. Na tym etapie grupa już nie ukrywa swojej słabości do komercyjnego grania przy jednoczesnym szacunku dla klasyki. Butler bawi się tutaj w jakieś prog rockowe odloty niczym Muse – serwując nam 7 i pół minuty zabawy z syntezatorami i gitarami. Tania sztuczka, ale skuteczna.

Posłuchaj

Neighborhood #3 (Power Out) (2004, Funeral). W zasadzie każda z „dzielnicowych piosenek” mogłaby się tutaj znaleźć. Ba, nawet jakbym wrzucił tutaj cały „Funeral” to chyba nikt by się nie obraził? W „Power Out” mamy wszystko. Emocje, Energię, rozpaczliwe jęki Butlera, genialną linię basową, charakterystyczne smyczki i prostą perkusję. Szczerze powiedziawszy to obecnie wolę inne utwory, troszkę spokojniejsze. Jednak od tego zaczęła się moja przygoda z Arcade Fire. I tak już pozostało.

Posłuchaj

No Cars Go (2003, Arcade Fire EP). W sumie dziwna sprawa z tym utworem. Pierwszy raz ukazał się na debiutanckiej EP-ce, jednak nigdy nie wylądował na debiutanckim albumie a dopiero na „Neon Bible„. Wielu wtedy śmieszkowało, że to najlepszy utwór na drugiej płycie Butlera. Co być może było i prawdą, jednak na tej płycie znalazło się wiele innych wyśmienitych utworów. Takich chociażby jak…

Posłuchaj

My Body Is A Cage (2007, Neon Bible). W mojej ocenie „Neon Bible” to mocno niedoceniona płyta. Być może to kwestia tego, że przyszło jej się mierzyć z „Funeral„, czyli muzycznym goliatem. Nie mniej to porządny materiał, czego przykładem jest ten epicki utwór kończący tą płytę. Niezmiennie od trzynastu lat wciąż mam ciary przy słuchaniu tego organowego majstersztyku.

Posłuchaj

My Heart Is An Apple (2003, Arcade Fire EP). Już na debiutanckiej EP-ce Arcade Fire udowodnili, że potrafią grać pięknie i wzruszająco. Win Butler swoim głosem łapie za serducho, które podczas słuchania tych niezwykłych, onirycznych  4 minut i 25 sekund zamienia się w jabłko. Niezwykła zwłaszcza jest końcówka. Szkoda, że już niegrają takich utworów…

Posłuchaj

Wake Up (2004, Funeral). To niezwykłe jak ten utwór dojrzewa ze mną. Od licealnych fascynacji po czas, kiedy jestem ponad 30 letnim dziadem i dalej czuję potrzebę słuchania tego utworu. Teraz zaczynam rozumieć o co chodziło Butlerowi, kiedy radził dzieciom nie dorastać i śpiewał „ But now that I’m older / My heart’s colder„.

Posłuchaj

Muzyka na wiosenne dni – Premiery muzyczne z kwietnia

Pogoda coraz lepsza, dzień coraz dłuższy a obostrzenia łagodzone. Co w takich warunkach posłuchać nowego? Poniżej najciekawsze muzyczne premiery minionego miesiąca.

Car Seat Headrest – Making a Door Less Open. Nowy album CSH to niestety małe rozczarowanie. Poprzednie krążki grupy takie jak „Twin Fantasy” narobiły mi nadzieję, że o to pojawia się nowa świeżość w indie rocku. Co prawda pojawiła się ona dość mocno, szkoda tylko, że na tak krótko. Chłopaki z Car Seat Headrest nie robią niczego nadzwyczajnego na „Making a Door Less Open” by zachęcić mnie na dłuższe pozostanie z tym materiałem. A szkoda, bo liczyłem na więcej. Ocena: 5/10.

Quebonafide – Romantic Psycho. Strasznie głośno w ostatnim czasie było o Kubusiu Grabowskim. Ci co zaglądają regularnie na bloga i znają mnie osobiście dobrze wiedzą, że ten cały medialny szum, życie osobiste artysty, jego wizerunek i zachowanie NAJMNIEJ mnie interesuje. Najważniejsza jest w tym przypadku jest muzyka i to na niej zawsze się skupiam. Jeżeli chodzi o „Romantic Psycho” to słuchałem tego krążka dość sporo. Z prostej przyczyny – PODOBAŁ MI SIĘ. Uważam, że bardziej komercyjne i popowe oblicze pasuje Panu Quebo. O ile nie podoba mi się rozwój i droga jaką obrał Taco Hemingway, którego gościnne występy na tej płycie to najmniej urocze momenty to sposób na muzykę w stylu Quebo szanuje. Na „Romantic Psycho” jest sporo fajnych momentów i jeżeli tak ma wyglądać rap grany w komercyjnych stacjach, to czemu nie? Ocena: 7/10.

Purity Ring – WOMB. Pamiętam jak swego czasu Purity Ring było mega hajpowane przez niezalowych recenzentów. Od pamiętnego albumu „Shrines” minęło już 8 lat. Co pozostało z tamtych zachwytów? W sumie nie wiele… Kanadyjski duet na swoim najnowszym krążku bazuje na sprawdzonych patentach. Niby grają to samo, ale chyba już nikogo to zbytnio nie rusza. Być może formuła się wyczerpała, a być może byli po prostu przehajpowani. Nie wiem. Prawda jest taka, że „WOMB” przesłuchałem ze 3-4 razy. I nie zaiskrzyło ani razu… Ocena: 4/10

Dua Lipa – Future Nostalgia. 25-letnia Brytyjka to obecnie najlepsza wokalistka pop, którą można słuchać z przyjemnością pomimo tego, że wałkują ją w radiu i telewizji niemiłosiernie. Charakterystyczny, mocny głos plus dobrze wyprodukowane single to gwarancja sukcesu, ale nie tylko. Gdyż zarówno całe „Future Nostalgia” jak i jej debiutancki krążek to mocne, popowe pozycje. Single już znacie, posłuchajcie reszty. Warto. Ocena: 7/10.

Jan-Rapowanie – Uśmiech. Okej Janek wydał płytę wcześniej, ale dopiero teraz jest okazja by o niej napisać. Co by tu powiedzieć? To z pewnością najmniej chwytliwa płyta krakowskiego rapera, ale jednocześnie najbardziej dojrzała. Mówiłem Wam, że po jej wydaniu artysta zrobił sobie przerwę od muzyki? To też dużo mówi o „Uśmiechu„, który jest po prostu kolejnym krokiem w rozwoju rapera. Janek zwierza się jak to jest być w tak młodym wieku gwiazdą hip-hopu i robi to dość przekonywająco. Warto sprawdzić, ale nie liczcie na fajerwerki. Ocena: 6/10.

Thundercat – It Is What It Is. Pamiętam, że „Drunk” z 2017 roku pomimo swoich paru uchybień przypadło mi do gustu. Dlatego też dałem szansę najnowszej płycie Stephena Lee Brunera. I w sumie nie odczuwam większych emocji myśląc o tym wydawnictwie. Nie jest to ani zły album, ani dobry. Klasyczne 5/10.

Łona i Webber – Śpiewnik Domowy. Odpalając sobie na Spotify „Śpiewnik Domowy” przesłuchałem przy okazji resztę płyt Łony. I wiecie co? Im dłużej słuchałem tym lepsze kawałki leciały. Szczeciński rap duet zalicza niestety równię pochyłą, gdyż w sumie ostatnia płyta, która mi się od nich podobała to „Cztery i Pół” (A premiera tego krążka miała miejsce 9 lat temu…). Nie mówię, że to zła muzyczna pozycja bo szanuję Łonę, jego teksty i to, że nie napierdala na ałtotjunie…. Tylko zaczyna mi już nieco przeszkadzać zbyt wyniosła maniera jego stylu rapowania a beaty Webbera już nie są tak innowacyjne jak niegdyś. Ocena: 5/10.