Niby tak samo, a inaczej – recenzja „The New Abnormal” The Strokes

Już któryś dzień z rzędu zapętlam w kółko najnowszy album grupy The Strokes. W związku z tym nadeszła pora by przelać na papier wrażenia z odsłuchu „The New Abnormal„. Zacznę od tego, że jestem wiernym fanem grupy od czasów licealnych. Do tej pory mam wiele fajnych wspomnień z ich pierwszymi trzema wydawnictwami. Piosenki z „Is This It„, „Room On Fire” czy też „First Impressions of Earth” to moje hymny młodości, kiedy to śmigało się po ulicach miasta w rurkach, z fają w gębie i zapuszczonymi włosami. Z kolei z „Angels” z 2011 kojarzą mi się pijackie, studenckie wieczory i granie w karty do czwartej rano. Najmniej mnie łączy z „Comedown Machine” co nie zmienia faktu, że to całkiem spoko płyta.

Teraz kiedy już totalnie zdziadziałem i nie chce mi się już tak balangować do rana a w niedziele zamiast leczyć kaca to warzę rosół z dwóch rodzai mięs – słucham właśnie „The New Abnormal„. I mimo, że płyta ta nie będzie mi się raczej kojarzyła z niczym szczególnym to w tej chwili pomaga mi wrócić do młodzieńczych lat i na chwilę się uśmiechnąć. Czemu? The Strokes ponownie odświeżają temat indie rocka i nawiązują do swoich lat świetności.  Głos Juliana Casablancasa wciąż ma tą samą energię, (Pomimo, że wydaje się trochę bardziej znudzony) chłopaki wciąż potrafią wywołać ciary swoimi gitarami a Fabrizio Moretti pozostaje żywą maszyną perkusyjną.

Oczywiście Nowojorski band próbuje nieco eksperymentować, gdyż takie kawałki jak „At The Door” czy też „Eternal Summer” nie przytrafiały się wcześniej grupie. W pierwszym z nich grupa postawiła na nieśpieszne tempo i syntezatory. Drugi natomiast to jakaś szalona wariacja łącząca w sobie nieco popu i psychodelicznego rocka. Pomyślcie teraz jak często Casablancas śpiewa falsetem? Tu to jest. I wiele innych smaczków.

Pozostałe utwory pozostają już w klimacie znanym dla grupy. Sporo gitar, nieco chaosu i brudu, nieco znużenia i mamy stare, dobre The Strokes. „Bad Decisions” spokojnie odnalazłoby się na debiucie. „Why Are Sundays So Depressing” za sprawą refrenu przypomina zabawę z komercyjnymi indie rockiem na „First Impressions of Earth„, z kolei kończące całość „Ode To The Mets” swoją epickością przywołuje na myśl kompozycje na „Room On Fire„.

Dobrze, że Strokesi wrócili w takim stylu. Nie jest to płyta przełomowa, ale umówmy się… kto na taką w ogóle czekał? Chłopaki zrealizowali swój plan w 100 %. Pomimo, że prochu tutaj nie wymyślili to fajnie, że próbowali czegoś innego jednocześnie dając nam to za co ich pokochaliśmy. Ocena: 7/10.