
O tym, że jestem ogromnym fanem Cut Copy wiecie doskonale. Nie przez przypadek członkowie tego australijskiego bandu widnieją już od paru lat w górnym logo mojego muzycznego bloga. Miłość do ich muzyki zaczęła się od pamiętnego „In Ghost Colours”. To była muzyka mojej młodości, późne imprezy do rana przy dźwiękach „Lights & Music„, zachwyty nad „So Haunted” czy też odpowiedni na każdy moment „Hearts on Fire” to soundtrack mojego życia z tamtego okresu, ale także kamień milowy dla muzyki z pogranicza popu, indie i elektroniki. Później pojawiły się: „Zonoscope„, „Free Your Mind” oraz „Haiku From Zero„, które były dobre, ale nigdy nie dorównały poziomem do mojego wielbionego krążka z 2008 roku
Teraz grupa powraca ponownie z kolejną porcją muzyki, której bliżej do ambientu aniżeli typowego tanecznego popu. Sam lider grupy w końcu powiedział, że „to najbardziej elektroniczny album jaki zrobiliśmy i jednocześnie najmniej taneczny. Wcześniej będąc w studiu nagraniowym chcieliśmy zmusić ludzi do wyjścia na parkiet, teraz chcemy ich poruszyć emocjonalnie”. I to słychać na „Freeze, Melt„. Dan Whitford i spółka tym razem udają się w nieco spokojniejsze i mroczniejsze regiony, jednocześnie sięgając ponownie po sprawdzone patenty z lat 80. Muzycznie możemy odnaleźć tutaj porównania do Portishead, Boards of Canada czy też Hansa-Joachima Roedeliusa.

„Freeze, Melt” to hipnotyczny, ciekawy w brzmieniu album, który faktycznie zmusza do przemyśleń. Tematycznie skupia się na pogodzie, zmianach klimatycznych, nocnych przemyśleniach. Skąd ta zmiana z dość lekkiej muzyki do potańczenia na muzykę do politycznych rozważań? Pomyślicie, że człowiek się starzeje i poważnieje wraz z wiekiem. Może, acz niekoniecznie. Liderowi grupy udzielił się skandynawski klimat. Pan Dan Whitford przed nagraniem płyty pomieszkał chwilę w Kopenhadze i po prostu udzielił mu się nieco nastrój zimna i długich skandynawskich nocy. Wyobraźcie sobie, że wcześniej urzędujecie w słonecznym australijskim Melbourne. Albo w ciepłych stanach USA. To duża zmiana, która dała dość fajny efekt w postaci longplaya „Freeze, Melt„.
Podsumowując, najnowszy, szósty krążek Cut Copy to album mniej taneczny, ale bardziej osadzony w elektronice. Jest mrocznie, ambientowo, hipnotycznie i ciekawie. Tęsknie za rozrywkowym Cut Copy, ale takie też mi odpowiada w pełni. Płyta warta przesłuchania, zwłaszcza teraz – w długie, jesienne wieczory. Podczas odsłuchu możecie się poczuć jak Dan Whitford podczas mroźnych, duńskich nocy. Ocena: 7/10.