Tradycyjnie nie mogło również zabraknąć na blogu recenzji najnowszej płyty Wavves. Mimo, że od premiery mija prawie pół roku to nadrabiam zaległości i śpieszę donieść o najnowszej propozycji od Kalifornijczyków.
O tym, że jestem gigantycznym fanem grupy wiadomo od dawna. Co jakiś czas daje o tym znać na blogu przy okazji premiery kolejnych płyt od Nathana Williamsa. Nie mniej w ocenie płyty nie jestem zaślepiony swoją miłością do grupy, także nie jest to laurka od szesnastoletniej groupies. Tradycyjnie także w tym miejscu zaapeluje by grupa wpadła do Polski na koncert, najlepiej tej południowej. Jakoś wciąż nie mogę przeboleć tego odwołanego występu z Off Festivalu 2009… Przejdźmy jednak do sedna tematu, czyli płyty.
„Hideaway” to już siódmy album grupy. Tym razem Williams i spółka prezentują na nim bardziej popowe oblicze. Brzmienie piosenek jest złagodzone, brakuje tutaj dotychczasowego punkowego grania i psychodelicznych odlotów. Jest to muzyka do samochodu, a nie do picia alkoholu z kumplami i jeżdżenia na deskorolce. Williams odwołuje się tutaj do klasycznego, balladowego amerykańskiego rocka. Takie piosenki jak: „Caviar” czy też „Honeycomb” to potwierdzają. Co więcej Williams chyba dużo czasu spędził na pustyni pisząc te utwory, gdyż znajdziemy tutaj nawet elementy country w „The Blame„.
Co więcej, zdaje się, że Wavves zaczyna uderzać także w bardziej mainstremowe tony tworząc przyjazne radiu single w postaci tytułowego „Hideaway” czy też „Sinking Feeling„. Po zmianie kierunku przez takie grupy jak Cold War Kids czy też Arcade Fire nie zdziwiłoby by mnie zbytnio, gdyby zaczęli grać w radiu Zet Wavves. Jednak nie jest to jeszcze pełna metamorfoza, gdyż stary, dobry Wavves znajdziemy pod koniec płyty w „Planting a Garden” i „Marine Wife„.
Generalnie płyta jest OK. Jest letnio, melodyjnie i przyjemnie. Materiał trwa ledwie pół godziny, także warto się zapoznać. Nie mniej i tak w tym roku częściej słuchałem pamiętnego „King of The Beach„. Ocena: 6/10.
O tym, że Tyler Gregory Okonma wielkim artystom jest przekonujemy się przy okazji każdej jego kolejnej płyty. Pierwsze wydawnictwa jak „Bastard” i „Goblin” jeszcze tego nie wskazywały, ale już uświadamiały słuchaczowi, że mają do czynienia z nową, nietuzinkową postacią na scenie hip-hopowej. Wydany w 2013 „Wolf” nie wprowadzał rewolucji, jednak już na „Cherry Bomb” oraz „Flower Boy” dowiedzieliśmy się, że Tylerowi w duszy gra r’n’b. Bardziej popowe oblicze rapera w pełni usłyszeliśmy również na jego ostatnim, kapitalnym krążku „Igor”. Wydawnictwa rapera z LA to idealny obraz tendencji wzrostowej, rozwoju, eksperymentowania i nabierania doświadczenia.
Jak ma się zatem sytuacja na jego najnowszym, już siódmym długograju? „Call Me If You Get Lost” to w pewnym sensie powrót do korzeni. Dobrze przyjęte r’n’b ponownie łączy się z dość mrocznymi i dziwacznymi wstawkami hip-hopowymi. Już otwierający całość „SIR BAUDELAIRE” można określić „it sooo 2015”. A wspominane przeze mnie nagłe zmiany stylu już słychać w trackach 4 i 5, gdzie po błogim, popowym „WUSYANAME” wchodzi goblinowy Tyler w „LUMBERJACK„. Dobrym przykładem jest także utwór „MASSA„, gdzie do około 20 sekundy brzmi on jak jakiś soundtrack z filmu Disneya by potem nagle wtargnął posępny beat. Generalnie w strefie dźwiękowej płyta ponownie jest pełna różnorakich wpływów i wachlarzy stylów. Materiału jest całkiem sporo, a wymienianie co tu znajdziemy jest zbędne. Jest tutaj wszystko co jest dobre.
Lirycznie także Tyler zdobywa medal. Błyskotliwe zwrotki, cięte riposty, nawiązania do popkultury, ironizowanie, dziwoty i co chwilę dzwoniący telefon. Czy na taką teleporadę chcielibyśmy zadzwonić? Po paru piwkach chętnie! Poza tym po drugiej stronie telefonu usłyszymy także wiele ciekawych nazwisk. Wśród gościnnych występów znajdziemy m.in. Pharrella Williamsa, DAISY WORLD, Lil Wayne’a czy też Ty Dolla $ign.
Podsumowując, najnowszy album Tylera, The Creatora „Call Me When You Get Lost” to kolejna dobra propozycja muzyczna. Artysta ponownie wrócił do hip-hopu, nie zapominając jednocześnie o swoim bardziej popowym obliczu, które w ostatnim czasie pozwoliło mu wypłynąć na szersze wody. Mimo, że „Igor” oraz „Flower Boy” to dzieła o półkę wyższe, to raper wciąż ma wiele do przekazania. Warto się zapoznać, bo to jedna z lepszych tegorocznych hop-hopowych longplayów. Ocena: 8/10.
Właśnie dobiegła końca emisja trzeciego już sezonu serialu „Sukcesja„. Jestem pod tak dużym wrażeniem produkcji HBO, dlatego postanowiłem opisać szerzej serial stworzony przez Jessego Armstronga. Na początek słów parę o fabule. Serial przybliża widzowi losy amerykańskiej rodziny miliarderów – Roy’ów. Głowa rodziny – Logan Roy to właściciel ogromnej firmy Waystar Royco, w której skład wchodzi telewizja, parki rozrywki czy też ekskluzywne rejsy morskie. W momencie, kiedy podupada na zdrowiu czwórka jego dzieci włącza się w „grę” przejęcia po nim władzy w firmie. Jak się jednak okaże, stary Logan zagra każdemu na nosie nie jeden raz, a sama firma zaliczy wzloty i upadki.
Sukces „Sukcesji” tkwi przede wszystkim w stworzonych postaciach. Najważniejszą z nich jest oczywiście Logan Roy – grany przez świetnego Briana Coxa. Na pierwszy rzut oka jest to potulny dziadzio w eleganckim swetrze. Pozory mylą, gdyż lata spędzone w mediach, biznesie i polityce ukształtowały Logana na człowieka bez skrupułów. To i tak eleganckie określenie, gdyż w serialu nie jednokrotnie okazywał się zwykłym chujkiem. Manipuluje, oszukuje i wykorzystuje praktycznie każdego. Jego „spierdalaj” weszło już do ogólnego użytku w całym otoczeniu. Pomimo odrzucającego zachowania, okazuje się, że to jednak on ma zawsze racje, i że to on zawsze wygrywa. Pytanie tylko, jak długo to potrwa?
Kolejne są jego dzieci. Najstarszy syn (z pierwszego małżeństwa) Connor to typowy nieudacznik, z brakiem pewności siebie, który początkowo jest odsunięty od firmy i rodziny. Mieszka gdzieś na pustyni w Nowym Meksyku, a dziewczyna z którą się pokazuje (Willa), zostaje opłacana za te spotkania. Z biegiem serialu postać grana przez Alana Rucka coraz głębiej angażuje się w firmę oraz politykę, gdyż postanawia kandydować na urząd Prezydenta USA. Najstarszy syn (z drugiego małżeństwa) Kendall Roy (W tej roli Jeremy Strong) to jedyna postać, która siedzi w firmie już od dawna. Od początku jest szykowany na następce Logana i w pewnym sensie wydaje się faworytem w oczach ojca. Jednak gdy do tego nie dochodzi postanawia przejąć władzę na własną rękę. Jego plany przeważnie nie wypalają, gdyż sam sobie staje na drodze do sukcesu. Problem z używaniem narkotyków, wyrzuty sumienia a także rozwód z żoną to główne jego bolączki. Momentami mógł być postacią, której się kibicuje. Jednak jak się okaże, tutaj nikomu nie można kibicować.
Jedyna córka Siobhan „Shiv” Roy (W tej roli Sarah Snook) również początkowo nie angażuje się w firmę. Prowadzi całkiem udaną karierę w politycznym PR i jest żoną Toma Wambsgansa (dziwne nazwisko), który jest jednym z dyrektorów w firmie Logana. Shiv z jednej strony ma dobre pomysły na firmę, które na pewno by ją uzdrowiły. Jednak tak jak reszta postaci ma także swoją drugą, ciemną stronę. Zdradza Toma, a w dniu ślubu oznajmia mężowi, że chce otwartego związku. Co więcej jest równie dobrą manipulantką co Logan Roy. Ostatni w zestawieniu jest Fuller, brat Kevina. Żart. To oczywiście Roman Roy, którego gra Kiernan Culkin (czyli de facto odtwórca roli Fullera w „Kevinie Sam w Domu” oraz brat Macaulaya). Najbardziej dziwaczna postać w zestawieniu. Śmieszek, z jakimiś dysfunkcjami seksualnymi, który całkiem dobrze sobie radzi w biznesie. Z czasem stanie się kolejnym faworytem Logana, jednak przez zachowania na pograniczu molestowania seksualnego sprawiają, że nie można go traktować poważnie.
Ważne są także pozostałe postacie. Duet Tom – kuzyn Greg to przede wszystkim elementy komedii, satyry czy też kabaretu. Z nimi zawsze się coś dzieje. Główna prawniczka firmy Gerri Kellman z kolei wchodzi w dziwne relacje z Romanem Royem, które momentami (a w zasadzie zawsze) mają podtekst seksualny. Jest także Marcia – żona Logana, o której nie dowiadujemy się za wiele. Epizodycznie pojawia się także brat Logana, który utożsamia go z największym na świecie złem i jego poprzednia żona, którą ciężko nazwać matką roku.
Fakt, że nie ma w serialu postaci, której można kibicować i się utożsamiać sprawia, że nigdy nie jesteśmy pewni co się wydarzy. Mimo, że akcja skupia się wyłącznie w firmowych dyskusjach, głosowaniach czy też meetingach to serial potrafi wciągnąć. Ciągle coś się dzieje, momentami aż za szybko. Gdy w jednym odcinku pewne sprawy mają wagę życia i śmierci, to już kilka epizodów dalej tematy te zostają całkowicie wygaszone, przez inne problemy. To w zasadzie jedyna rzecz, której mógłbym się przyczepić, ale czy w rzeczywistości medialno-polityczny biznes tak nie wygląda? Czy jeden skandal, afera nie zostaje zastąpiony przez inny?
„Sukcesja” to w zasadzie taka „Gra o Tron„. Tylko zamiast smoków mamy tutaj twittera, zamki zastępują luksusowe wille i biurowce a żelaznym tronem jest fotel Logana Roya. Mam tylko nadzieje, że serial równie dobrze się zakończy jak się zaczął, i to będzie jedyna różnica między nim a serialem o Westeros. Na zakończenie tylko jeszcze dodam, że serial ma genialną czołówkę. Zobaczcie koniecznie, serial dostępny na platformie HBO Go.