Wielkie problemy na małomiasteczkowym tle – recenzja serialu „Mare z Easttown”

W ostatnim czasie nadrobiłem kolejny seriale z bazy HBO, który zebrał w minionym roku sporo pozytywnych recenzji i opinii. Tym razem padło na „Mare z Easttown„, które przybliża nam pewne śledztwo w jednym z małych amerykańskich miasteczek. Czy wspomniane zachwyty są zasłużone? O tym nieco szerzej poniżej.

Zacznijmy od fabuły. Trafiamy na przedmieścia Filadelfii, do jednego z małych miasteczek stanu Pensylwania. Główną bohaterką jest detektyw policji Mare (W tej roli niesamowita Kate Winslet), która od roku bada sprawę zaginięcia nastolatki. W tym czasie dochodzi do kolejnych zbrodni. Zamordowana zostaje nastoletnia matka Erin McMenamin a kilka dni później znika kolejna nastolatka. Okazuje się, że sprawy są powiązane, dlatego też do pomocy Mare zostaje przydzielony detektyw z miasta Colin Zabel (W tej roli Evan Peters). Jednak to nie koniec problemów głównej bohaterki. Do pełnego stresów, problemów i traum z przeszłości życia dochodzi kwestia opieki nad jej kilkuletnim wnukiem. Jak potoczą się dalsze losy? Dowiemy się tego oglądając ten 7 odcinkowy serial.

Ok, przyznaję, że opis fabuły nie zachęca wybitnie do seansu. Przecież to wszystko już było. Znudzony życiem glina, małe miasteczko, tajemnicze zaginięcia nastolatek… To i inne wątki przecież wykorzystało już ze dziesiątki seriali kryminalnych: „Miasteczko Twin Peaks„, „Grzesznica„, „Detektyw” czy ostatni „Kasztanowy Ludzik” to tylko pierwsze z brzegu przykłady, a jest tego więcej. Nawet zaskakujący finał, to de facto także ograny schemat. Co zatem jest w tym serialu, czego nie ma w innych? Już śpieszę tłumaczyć:

Jedną z największych zalet jest świat przedstawiony i klimat serialu. Pięknie zobrazowana jest linia zależności pomiędzy mieszkańcami małego miasteczka z Pensylwanii. Tutaj wszyscy wszystkich znają i wszystko o wszystkich wiedzą. Serial przedstawia wiele wątków pobocznych, które ładnie się składają na obraz całego miasteczka. Poza problemami Mare i sprawą śledztwa policji mamy tutaj wątek o bracie narkomanie, zdradzie małżeńskiej, problemach związanych z dzieckiem Erin, tajemniczej przeszłości diakona Marka Burtona czy też wątek miłosny córki Mare – Shiobhan (Swoją drogą kolejny kapitalny serial z imieniem Shiv!). Nie ma tutaj nie potrzebnych dłużyzn, a każdy wątek, który wymieniłem (a jest tego więcej!) dodaje tylko kolorytu całej historii.

Podoba mi się także klimat całości. Jest nieco depresyjnie, szaro, mgliście i jak to bywa w prawdziwym życiu – nie wszystko jest idealne. Zdecydowanie wolę takie podejście do filmów czy też seriali, aniżeli kolejną hollywodzką historię nakręconą na słonecznych wzgórzach, gdzie wszystko bohaterom przychodzi z łatwością. Fajnie też, że twórcy serialu nie zapomnieli o elementach komedii. Pojawia się parę momentów, gdzie się uśmiechniemy czy też parskniemy śmiechem. I to też jest fajne, bo w końcu życie to nie tylko smutek, strach i ból.

Ważnym elementem budującym pozytywny odbiór serialu są dobrze napisane i zagrane postacie. Tytułowa postać w szczególności została w najmniejszych detalach przedstawiona. Mare z całą pewnością nie jest zero-jedynkową policjantką. Poza sprawami zawodowymi ma inne problemy i problemiki na głowie. Rozwód z mężem, samobójstwo syna, kwestia opieki nad wnukiem, znajomość z Richardem, skomplikowane relacje z członkami rodziny, a zwłaszcza ze swoją matką i idąca za nią od czasów szkolnych legenda pewnego meczu w koszykówkę. Wspaniale w tej roli odnalazła się Kate Winstlet, która przypomniała o sobie, że jest aktorką o wszechstronnych umiejętnościach. Drugim dla mnie takim wyróżniającym się aktem była gra Jean Smart, która wzbudziła we mnie wiele różnych emocji jako matka Mare.

Podsumowując, „Mare z Easttown” to serial zaskakująco dobry i wciągający. Dobrze napisane i zagrane postacie, kapitalny klimat małego miasteczka, angażująca fabuła, wielowątkowość w dość krótkiej formie oraz forma świata przedstawionego to największe atuty serialu Craiga Zobela. Jeżeli jeszcze nie widzieliście, to musicie nadrobić. Nie pożałujecie. Serial w tej chwili dostępny jest na HBO Go. Moja ocena to 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Muzyczna nowa fala – Przegląd płyt ze stycznia

Pierwszy miesiąc roku za nami. Sprawdźmy co tam było słuchane w tym czasie.

Angèle – Nonante-Cinq. 27-letnia Belgijka wydała swój drugi długograj, który zasłużenie zbiera pozytywne recenzje. Przyjemny, melodyjny i taneczny pop ładnie się komponuje ze słodkim, francuskim wokalem Pani Van Laeken. Poza wprawiającymi w ruch nóżkę dance popem jest tutaj sporo momentów sentymentalnych i nostalgicznych, przybierających momentami formę teatralną. Angèle śpiewa tutaj o rozstaniu, złamanym sercu i miłości do swojego rodzinnego miasta (posłuchajcie „Bruxelles je t’aime„). Warto sprawdzić, gdyż Belgijka notuje poważny progres a przy okazji jest o niej coraz głośniej, zwłaszcza po wspólnym kawałku z Duą Lipą. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Bonobo – Fragments. O najnowszej płycie muzyka z Brighton powiedziano w zasadzie już wiele. I tak, jest to prawda, że to jego jedna z najlepszych płyt. Na „Fragments” Anglik zachował idealną równowagę z onirycznym klimatem a parkietowym basem. W końcu to lider nieoczywistych mieszanek w muzyce. Do tańca porywają wspaniałe „Rosewood” czy też „Otomo„. Z drugiej jednak strony jest sporo kawałków do zwykłej komplementacji i rozmyślań jak chociażby „Tides”. Sporo roboty robią tutaj występy gościnne. Na szczególne wyróżnienia zasługują przede wszystkim Jamila Woods oraz Jordan Rakei. Niby to siódmy już longplay w jego kolekcji, a koleś dalej potrafi wymyślić proch. Dobry album zarówno na karnawał, jak i na post. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Burial – Antidawn. William Bevan – Brytyjski producent muzyczny, którego wszyscy dobrze znają jako Burial, postanowił powrócić po raz pierwszy z dłuższym materiałem od wydania legendarnego już albumu „Untrue” z 2007 roku. Co prawda „Antidawn” to wciąż formalnie EP-ka, ale trwająca 43 minuty, czyli płyta do której już trzeba przysiąść na spokojnie. 5 nowych utworów na tegorocznej EP-ce Buriala to zestaw mocno posępny i mroczny. Liczne szmery, trzaski, pogłosy, dźwięki otoczenia sprawiają jakbyśmy się czuli pośrodku niczego. Słyszymy, że gdzieś coś gra, ale nie potrafimy zlokalizować źródła muzyki. Są to tylko muzyczne strzępki a słowa typu „Nowhere To Go” wprawiają nas tylko w niekomfortowym położeniu. Brytyjczyk nie cacka się ze słuchaczem na tym materiale, ale jest on na tyle interesujący, że chcemy do niego wrócić. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Dodos – Grizzly Peak. Trochę wstyd się przyznać (a może w sumie i nie), ale The Dodos na dobre rozpocząłem słuchać właśnie przy okazji wydania ich najnowszego, dziewiątego już krążka „Grizzly Peak„. Odkąd interesuje się wszystkim co z indie rockiem jest związane, grupa ptaszyn dodo gdzieś tam się zawsze pojawiała. Jednak nigdy u mnie na blogu. Czas to zmienić, bo szczyt misia grizzly to dobry materiał. Jeżeli tęsknicie za starymi dobrymi czasami i chcecie powrócić do grania w stylu Menomeny, Wolf Parade, Phoenix i tym podobnych kapel to warto sprawdzić ten krążek. Ostrzegam jednak, że nie znajdziecie tu żadnych innowacji. Ta płyta na pewno nie pojawi się na rocznych podsumowaniach, ale przecież nie jemy steków wołowych, owoców morza czy też rolady z kluskami codziennie na obiad. Taki chleb z pasztetem też czasami bywa pyszny. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Earl Sweatshirt – SICK!. Thebe Neruda Kgositsile skradł nasze serce już dwukrotnie. Za pierwszym razem przy okazji wydania debiutanckiego długograja „Doris” w 2013 roku oraz przy okazji wydania „Some Rap Songs” w 2018 roku. Tegoroczne „SICK!” ponownie zaskakuje szczerością i krótką formą. 10 utworów trwających niespełna 25 minut to format krótszy niż niektóre EP-ki, ale nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest jak zwykle wysoka. Zapomnijcie o plastikowych beatach, auto-tune, Lil Waynie jako featuring i laskach trzęsących tłustymi zadami. Earl spocona-koszula stawia na klasykę spod znaku Nasa i Raekwona. Muzycznie podkłady krążą wokół jazzu i elektroniki, a występy gościnne ograniczają się do Zelooperz i Armanda Hammera. Sam Earl z nową fryzurą pozostaje tym samym ziomkiem, którego słyszeliśmy na poprzednich albumach. Warto sprawdzić. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

FKA Twigs – CAPRISONGS. O Pani Tahliah Debrett Barnett wspominałem już tutaj wielokrotnie, dlatego też żadnym zaskoczeniem nie jest, że musiałem sprawdzić jej najnowszą pozycję „CAPRISONGS„. Niech nie zmyli was nazwa tego materiału. To z całą pewnością nie jest żadna letnia playlista do odpalania na dyskotekach w Mielnie czy Łebie. Amerykańska wokalista porusza się tutaj w rożnych gatunkach i stylistykach, ale żaden z nich nie można porównać do wakacyjnych przebojów spod ręki Calvina Harrisa. Najbardziej taneczny kawałek ma tytuł „Tears in the club„, także tego… Czuć, że FKA Twigs z każdym kolejnym albumem jest dojrzalsza i pewniejsza na scenie muzycznej. Tegoroczny longplay jest tego idealnym przykładem. Dobre teksty i rozbudowane melodie dają efekt jednolitej i zgrabnej całości. Ulubione momenty? Sprawdźcie „oh my love„, „which way” oraz „ride the dragon„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.