Polska AD 2022 – JAD i BÓL – recenzja płyty „Ból”

Do przesłuchania najnowszego materiału grupy Ból zachęciły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze rekomendacja na fejsbukowym profilu „są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom”, który stwierdził, że to śliczna płyta. Drugi aspekt był stricte wizualny, bo chodzi o samą okładkę „Bólu„. No bo co my tu widzimy? Kontur Polski, Śmierć, czerń, i dwa słowa: JAD i BÓL. Przecież to wszystko tak bardzo pasuje do Polski ad 2022. Sprawdzam, co to jest!

I już od pierwszych sekund „Toniesz” wiem, że jesteśmy w jednej drużynie. Może to zasługa tego, że Jad bardzo sprawnie czerpie wzorce z polskiej sceny punkowej lat 80? Co wydaje się dziwne, gdyż nigdy nie czułem się fanem tego typu grania… No, ale w 2007 roku na łamach bloga krytykowałem techno, a w tym roku byłem wyłącznie na techno imprezach. Także człowiek się zmienia. Wróćmy jednak do tematu punka lat 80. Najwięcej podobieństw znajdujemy w samych utworach, które są żywą inspiracją takimi zespołami jak Armia, Siekiera czy Dezerter. Aczkolwiek w jednym z utworów na płycie wokalista stylem darcia ryja przypomina bardziej Ostrowskiego z Cool Kids of Death aniżeli wspomnianych wcześniej legendarnych ekip. Mimo to, sam Jad przemawia do mnie zarówno treścią jak i formą.

Materiał jest co prawda króciutki, gdyż trwa trochę ponad 17 minut, a że utworów jest na płycie 10 to każdy trwa trochę ponad półtorej minuty. Nie mniej tyle czasu w zupełności wystarczy Jadowi by wywołać w nas sporo emocji. No dają chłopaki kopa. Podobnie z resztą było na ich debiucie z 2019 roku, płycie „Strach„. Poziom został utrzymany, a nawet bym powiedział, że jest lepiej. Dodaje do ulubionych i czekam na jakiś koncerty na Górnym Śląsku. Może jakieś Dożynki Paniówek? To mogłoby być piękne. Ocena: 8/10.

Ciepło już było, cieplej nie będzie – Przegląd płyt z lata 2022

Przyszła jesień i to z dość mocnym przytupem. Nie wiem co będzie tej zimy, bo jeszcze nie mam węgla… Dlatego wróćmy jeszcze na chwilę do ciepłych momentów tego paskudnego roku. Wrzucam kilka mini recek płyt, których słuchałem w minione lato.

Momma – Household Name. Wydawało mi się, że Momma to absolutni debiutanci. W sumie to więcej rzeczy mi się nie zgadza. Raz, że to nie ich debiut a już trzeci longplay! Po drugie to nie duet a trio. No i po trzecie miejsce się nie zgadza. Co tam się dzieje w Los Angeles, że dzieciaki taką muzykę tam nagrywają? Wydawało mi się, że to raczej dźwięki ze małomiasteczkowego środka USA, ewentualnie Seattle albo Cleveland. No, ale nie kategoryzujmy. Liczy się przede wszystkim wnętrze, a te jest świetne. Śliczny, zgrabny, melodyjny, nieco naiwny indie rock spod rąk tych dziewczyn z odrostami to moje absolutne odkrycie tego roku. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Young Jesus – Shepherd Head. Kolejna płyta i kolejna niespodzianka. Sprawdzając nowy materiał od Young Jesus oczekiwałem kolejnej, energicznej płyty indie rockowej czerpiącej pełnymi garściami z rocka niezależnego lat 90. Tak jak to było na „The Whole Thing Is Just There„. Okazuje się, że Young Jesus to obecnie solowy projekt Johna Rossitera a muzyka znacznie odbiega od tego za co pokochałem grupę. Zamiast gitarowego indie rocka otrzymujemy indie-pop z elementami elektroniki inspirowany dokonaniami Animal Collective, Moderat, Apparat, Jamesa Blake’a czy też Grizzly Bear. I też nie jest to złe! Trochę szkoda, że posypał się zespół, ale materiał ten jest na tyle mocny, że jestem ciekaw co będzie dalej z młodym Jezuskiem. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Perfume Genius – Ugly Season. Michael Alden Hadreas stoi u mnie w rankingu ostatnio wysoko. W końcu jego „Set My Heart On Fire Immediately” to mój numer 1 wśród albumu z 2020 roku. To mu daje gwarancje, że przez najbliższe parę lat będę sprawdzał każdą jego produkcje. Tak dzieje się i tym razem. „Ugly Season” zdążyło zebrać już sporo pozytywnych recenzji. Jest to na pewno album inny niż poprzedni, ale też dużo mnie emocjonujący. Hadreas zaprasza nas w najmroczniejsze miejsce w swojej głowie, przez co momentami słuchacz odczuwa sporo dziwnego niepokoju. Dziwny to krążek, ale warto go sprawdzić. Nawet pomimo tego, że materiał ten nie obroni tytułu z 2020. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Built To Spill – When The Wind Forgets Hour Name. Jak dobrze jest słyszeć, że u Dougha Martscha wszystko jest OK a lata 90 trwają w najlepsze. Małe przypomnienie dla wszystkich nieletnich i żółtodziobów w dziedzinie indie rocka. Built To Spill to legenda sceny, która dzięki takim albumom jak „There’s Nothing Wrong with Love„, „Perfect from Now On” czy też „Keep It Like a Secret” zapisali się na stałe do kanonu muzyki gitarowej. Grupa wciąż w miarę regularnie wydaje nowe albumy, oczywiście z rożnym efektem. W przypadku „When The Wind Forgets Hour Name” jest on jak najbardziej pozytywny a ich twórczość brzmi wyjątkowo świeżo. Nic, tylko czekać aż wpadną do Polski przypomnieć swoje najlepsze kawałki. Nie chce nic sugerować, ale OFF Festival byłby idealny. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Uffie – Sunshine Factory. Mija dokładnie 12 lat od debiutanckiego albumu Pani Anny Katarzyny Hartley. Dla niewtajemniczonych Uffie to była swego czasu topowa wokalistka w kręgach alternatywnych. Nagrywała kawałki z Justice, Pharellem Williamsem czy też Crystal Castles. Co więcej sama Panna Hartley była takim kontynentalnym miszmaszem. Urodziła się w Miami, przez jakiś czas mieszkała w Hong Kongu, studiowała modę w Paryżu. Jednak to z muzyką związała się na dobre. W 2010 roku wydała długo oczekiwany długograj „Sex Dreams and Denim Jeans” po czym zniknęła ze sceny na długie lata. W tym czasie zajmowała się rodzeniem i wychowywaniem dzieci, jednak w 2018 roku ponownie zaczęła tworzyć. To zaowocowało EP-ką „Tokyo Love Hotel„. No i mamy rok 2022 i pojawia się „Sunshine Factory„. Z jednej strony spoko, bo zawsze lubiłem jej muzykę. Z drugiej jednak strony trochę to wszystko za późno, bo w sumie nie poświęciłem tej płycie tyle czasu ile poświęciłbym jeszcze parę lat temu. No ,ale mówi się, że lepiej późno nie wcale. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Stara krew i nowa krew pewnego seryjnego mordercy – dlaczego warto zobaczyć serial „Dexter”

Pod koniec minionego roku ukazał się serial „Dexter: New Blood„, który stanowił kontynuację losów Dextera Morgana, znanego wcześniej z serialu „Dexter” (emitowanego w latach 2006-2013). Nie mogłem jednak zasiąść do produkcji Showtime nie oglądając wcześniejszych losów głównego bohatera. Dlatego też nadrobiłem serial o którym było głośno w czasach mojej licealnej edukacji. Jeżeli też macie podobne serialowe braki to poniżej znajdziecie odpowiedź dlaczego warto nadrobić „Dextera„.

Przede wszystkim „Dexter” to oryginalny pomysł na przedstawienie historii seryjnego mordercy. Do tej pory mieliśmy raczej do czynienia z produkcjami, gdzie główne role odgrywali policjanci oraz detektywi będący na tropie psychopatycznych zabójców. Tutaj sytuacja jest odwrotna. Główną postacią jest Dexter Morgan – seryjny morderca. Co prawda działa on wedle kodeksu swojego zmarłego ojczyma, policjanta. Według niego może mordować wyłącznie osoby, które zasłużyły na śmierć (mordercy, gwałciciele, pedofile) a jakimś cudem przechytrzyły system prawny. Dlatego też główny bohater jest postrzegany przez widzów jako postać pozytywna, gdyż działa jako kat, który wymierza sprawiedliwość. Co więcej Dexter pracuje w policji z Miami, gdzie jako technik kryminalistyczny dodatkowo pomaga łapać przestępców. Na jego korzyść przemawia także fakt, że jest troskliwym i opiekuńczym ojcem i mężem. Generalnie nie sposób nie sympatyzować z… seryjnym mordercą.

Drugi pozytywny aspekt produkcji Showtime to świetnie napisane postacie drugoplanowe. Mamy całkiem ciekawy zbiór osobowości pracujących w Metro Police Miami. Sierżant Batista, to wiecznie wyluzowany sierżant o wielkim sercu. Wcielający się w tą rolę David Zayas od tej pory zawsze będzie mi się kojarzył z luźnymi koszulami i kapeluszem. Vince Masuka (w tej roli C.S. Lee) to świetny technik kryminalistyczny o dość specyficznym (wulgarnym) poczuciu humoru. Z kolei postacie Joeya Quinna oraz Marii LaGuerty to zmienne ukazywanie pozytywnych i negatywnych aspektów. Przykładowo postać grana przez Desmonda Harringtona to z jednej strony skorumpowany glina, spółkujący z prostytutkami, któremu ciężko zaufać, z drugiej natomiast dobry kumpel i angażujący się partner. Wiele postaci nie jest jednoznacznych, przez co serial nie ukazuje świata tylko przez czarno-biały pryzmat.

Na osobny akapit zasługują postacie z „rodzinny” Dextera. Ciekawym zabiegiem są rozmowy głównego bohatera ze swoim zmarłym ojczymem – Harrym. On jako jedyny zna sekret Dextera i mimo, że już nie żyje to wciąż potrafi mu doradzić. Pełni on tutaj rolę sumienia, które mówi co robić w danej sytuacji i zadaje właściwe pytania. Siostra Debra (W tej roli Jennifer Carpenter) to postać, którą najciężej było mi polubić. Nieco chaotyczna, pretensjonalna i wiecznie wpychająca swoje serce w złe miejsce na przestrzeni wszystkich sezonów zanotowała największy progres. Od zwykłej, nieco nieudolnej policjantki z „obyczajówki” do hardkorowej pani porucznik. Dużą zmianę zanotowała także partnerka Dextera – Rita. Początkowo stanowiła ona idealne alibi dla Dextera, jednak z czasem stała się czymś więcej w życiu głównego bohatera.

Słów kilka o samym głównym bohaterze granym przez Michaela C. Halla. Fakt, że gość jest przystojny, inteligenty, pracuje w policji i morduje tylko tych złych sprawia, że generalnie wszyscy go lubią. Jednak był momenty w serialu (z każdym sezonem było ich więcej), w których była ukazywana jego zła strona. Świetnie to ukazywał jeden z odcinków w którym Dexter wyrusza na łowy poza miasto by dorwać syna Arthura Mitchella. Jego postać zmieniała się także na przestrzeni poszczególnych sezonów, jednak ostatecznie prawda na temat jego żądnej krwi natury dokopała widzowi. Trochę przypominało mi to przedstawienie Waltera White’a z „Breaking Bad„. Na początku kibicujemy gościowi by na końcu go znienawidzić za to co odwalił.

No i na koniec kilka kwestii technicznych. Przede wszystkim ujęcia ciepłego, wilgotnego Miami. Oglądając ten serial czujemy ten upał i pogryzienia od komarów. Dobrze jest zobaczyć serial, który nie ma miejsca w Nowym Jorku lub LA. A Floryda wydaje się być doskonałą odskocznią od często powielanych schematów. Swoje dodaje także muzyka, zwłaszcza motyw przewodni, który pojawia się pod koniec każdego odcinka. Fajnie, że został on zachowany także w najnowszym „Dexter: New Blood„. Nim jednak do niego przejdę to parę negatywnych uwag odnośnie Dextera – bo mimo, że serial mi się bardzo podobał to nie ustrzegł się wad.

Przede wszystkim irytować mogą małe głupotki jak zastrzyk, który w ciągu nanosekundy powala na ziemię czy też łatwość z jaką udaje się Dexterowi uciec z opresji bez szwanku. Prawdą jest także, że w pewnym momencie serial staje się nużący. Pierwsze cztery sezony są na kapitalnie wysokim poziomie, kolejne już mniej wciągają. Cebulą jednak na torcie jest finał serialu, który pozostawia po sobie ogromny niedosyt i rozczarowanie. Dlatego też twórcy powracają do tematu i ukazują losy Dextera 10 lat po wydarzeniach z Miami w najnowszym serialu „Dexter: New Blood„. O nim słów parę poniżej (mogą być SPOILERY).

Dexter zmienia tożsamość i miejsce pobytu. Jako Jim Lindsay pracuje w sklepie z bronią i mieszka w małej mieścinie Iron Lake w stanie Nowy Jork. Od blisko 10 lat pozostaje w morderczej wstrzemięźliwości. Generalnie jest gitarka, ma nową dziewczynę – miejscową szefową policji, mieszka w drewnianej chatce w lesie i wszyscy go lubią. Wszystko jednak zaczyna się psuć, gdy powraca do niego „mroczny pasażer” nakazujący mordować. W dodatku odnajduje go jego własny syn Harrison, który także przejawia krwiste słoności, a w okolicy giną kolejne młode dziewczyny. Generalnie fajnie, że pojawił się ten serial bo parę spraw zostało dopowiedzianych i wyjaśnionych. Poza tym, jeżeli ktoś oglądał Dextera w latach 2006-13 to mógł na pewno zatęsknić za naszym mordercą. Całość zaczęła się obiecująco i potrafiła ponownie wciągnąć. Szkoda tylko, że twórcy popełnili ponownie ten sam błąd – zakończyli całość pozostawiając ogromny niedosyt. Mimo to warto sięgnąć po tą produkcję, a jeszcze bardziej warto wrócić do oryginalnego „Dextera” i przypomnieć sobie serial kręcony w starym, dobrym stylu.