Powrót do dzieciństwa – dlaczego „Batman: The Animated Series” to klasyk?

Za sprawą HBO MAX ponownie odświeżyłem sobie kultowy już serial animowany Batman z 1992 roku stworzony przez Bruce’a Timma i Erica Radomskiego. Jeżeli jesteście w drużynie DC, urodziliście się w latach 80-90 i lubicie mroczne klimaty to z pewnością „Batman: The Animated Series” to produkcja dla was! Jednak by nie być gołosłownym poniżej rozebrałem tą produkcję do czynników pierwszych i powoli punktuje, dlaczego ten serial to KLASYK.

Po pierwsze, czołówka serialu. Jest to jedna z niewielu czołówek, których nie przewijam pilotem. Dlaczego? Bo to kwintesencja mrocznego klimatu jakim dysponuje „Batman„. Ta czołówka to w zasadzie serial w pigułce. Świetna muzyka Danny’ego Elfmana, świetny montaż i gra kolorów. Z resztą co będę opisywał. Zobaczcie sami:

Po drugie i w zasadzie najważniejsze to mroczny klimat. Animowana produkcja jest kontynuacją Burtonowskiej wizji Gotham. Mamy tutaj sporą dawkę kina noir (wygląd gangsterów, samochody, broń), która nawiązuje do lat 30 wieku XX, czyli okresu kiedy to Mroczny Rycerz zadebiutował w pierwszym swoim komiksie. Ów klimat kina noir łączy się tutaj z kinem akcji i kryminałem lat 90, czyli nowoczesnością w momencie tworzenia serialu. Dziś jednak ona po upływie 30 lat jest jest równie kultowa i oldschoolowa jak filmy gangsterskie z lat 30. Mrocznego klimatu dodaje również kolorystyka. Za dnia niebo jest czerwone, w nocy zaś czarne. W Gotham nigdy nie ma pięknej pogody! Jednak co tam Gotham, nawet gdy Batman ląduje na pustyni czy też w odległej Azji to kolorystyka się nie zmienia. Z kolei sama postać Batmana idealnie się łączy się z mrocznym tłem. Wcale mnie nie dziwi, że bandyci się go bali z powodu przerażającego wyglądu!

Kolejny powód by zobaczyć „Batmana” z 1992 roku to świetne napisane postacie. Zauważcie, że w tym serialu otrzymaliśmy to czego zabrakło w późniejszych filmach DC a dostarczył nam Marvel. Mowa o dobrze napisanych postaciach. I w zasadzie nie chodzi mi o samego Bruce’a Weyne’a – chociaż on także robi robotę. Mowa tutaj o villainach, czyli czarnych charakterach, które w zasadzie takie czarne nie są. O wiele ciekawiej ogląda się pewną historię, jeżeli znamy motywacje wroga i jeśli jest ona w zasadzie na tyle słuszna, że moglibyśmy jej kibicować. Przykładowo Pamela Isley, znana jako Trujący Bluszcz stara się chronić zagrożone gatunki roślin. To samo czyni Kobieta-Kot, kradnie by wspomóc zagrożone kocie gatunki. Pingwin? To przykład odrzucenia i samotności, które próbuje zatrzeć dobrym smakiem i pieniędzmi. Mr. Freeze z kolei kieruje się miłością do zmarłej żony a Harley Quinn to po prostu naiwna ofiara Jokera, którego z kolei nic nie tłumaczy w serialu. Jest on po prostu szaleńcem, który nie istniałby bez Batmana.

Z drugiej strony barykady mamy ciekawą historię Dicka Graysona, który w młodości traci rodziców i trafia pod opiekę Bruce’a Weyne’a. Z czasem staje się on Robinem i prawą ręką Batmana, jednak wciąż poszukuje zemsty na gangsterze, który zabił jego rodziców. Swoją drogą zauważyliście, że ci wszyscy superbohaterowie to zawsze są sierotami? Pojawia się także postać Barbary Gordon (kolejna sierota), której przyszywanym ojcem jest komisarz Gordon. Kiedy policjant wpada w kłopoty, jego córka postanawia mu pomóc jako batgirl. Trudną do polubienia i rozszyfrowania jest postać Bullocka, który jako glina wydaje się pretensjonalny i gburowaty, jednak generalnie dobrze wykonuje swoją robotę.

Omawiając postacie warto wspomnieć o kapitalnej pracy dubbingowej. Największą robotę oczywiście robi Kevin Conroy jako Batman, jednak to Mark Hamill (znany z roli Luke’a Skywalkera) ma najbardziej kultową rolę Jokera. Na tyle kultową, że jego kreacja jest wymieniana tuż obok Jacka Nicholsona, Heatha Ledgera czy też Joaquina Phoenixa. Inni oczywiście też dają radę, zwłaszcza Adrienne Barbeau jako Selina Kayle, Diane Pershing jako Poison Ivy czy też Arleen Sorkin jako Harley Quinn. Nie bez znaczenia jest także muzyka, a tę tworzył wspomniany wcześniej Danny Elfman. Twórca skomponował także muzykę do filmowej wersji Batmana w reżyserii Tima Burtona. Po raz kolejny nadaje ona nieśmiertelnego klimatu tej produkcji. Mało w latach 90 było seriali animowanych, które mogłyby pochwalić się tak profesjonalną ścieżką dźwiękową.

Jeżeli oglądaliście w młodości ten serial to myślę, że warto go odświeżyć. Ja to zrobiłem już dwa razy! Jeżeli nie widzieliście go nigdy, to jest to najlepsza okazja by nadrobić zaległości. Obecnie platforma HBO Max oferuje ten serial w całości!

Instrumentalne improwizacje Pepperoni Playboya – recenzja „Five Easy Hot Dogs” Maca DeMarco

Podczas minionej pandemii koronawirusa wydarzyło się wiele złych rzeczy. W kategorii kultura najgorszą były odwołane festiwale, w efekcie czego Mac DeMarco nie pojawił się jednak w Katowicach podczas Off Festiwalu. Mam jednak nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze i Pepperoni Playboy pojawi się w naszym kraju, a najlepiej na Górnym Śląsku. Póki co, pozostały mi do słuchania jego wydawnictwa płytowe i właśnie o najnowszym będzie dzisiejszy wpis.

Five Easy Hot Dogs” to wbrew nazwie żadna oda do ciepłej parówki. Mac DeMarco przy okazji wydania swojego piątego długograja postawił na instrumentalne zabawy z muzyką. Tak, dobrze czytacie. Na najnowszym krążku nie pada ani jedno słowo, sama muzyka. Dla tych, którzy śledzą wiernie poczynania Kanadyjczyka nie jest to niespodzianka, gdyż artysta ma już w dorobku parę takich utworów. Najsłynniejsze są oczywiście utwory wydane na cześć zmarłego kota PICKLESA.

W zasadzie zawartość najnowszej produkcji DeMarco nie wiele różni się od kociej trylogii. To ten sam luźny, nieco zwariowany, nieco zaimprowizowany klimat. Gdy słyszymy utwory typu „Gualala” czy też „Chicago” to mamy wrażenie, że proces twórczy tych piosenek trwał kilka sekund. Tak jakby Mac DeMarco chwycił za gitarę i po prostu nagrał pierwsze co przyszło mu do głowy. Co więcej, te brzmienie jest już tak charakterystyczne, że od razu wiemy kto za tym stoi, nawet jak nie słyszymy wokalu. I za to SZACUNECZEK.

Mimo, że nie ma tutaj tekstów i wokali, to dobrze wiemy, że to płyta drogi. Mówią o tym tytuły piosenek, które są nazwami miejscowości. DeMarco nagrywał ten album podczas trasy z Los Angeles do Nowego Jorku. I tak też wędrujemy na mapie, dzięki utworom. Rozpoczynamy od Gualala w stanie Kalifornia, lecimy przez Crescent City i Portland. Zahaczamy na dłuższy moment Victorię, Vancouver i Edmonton w Kanadzie po czym wracamy do Stanów, a dokładnie do Chicago. Kończymy przy Atlantyku, a dokładnie w Rockaway.

Five Easy Hot Dogs” to album ciepły, luźny, miły w odsłuchu. Doceniam to jak zgrabnie Mac DeMarco obsługuje się gitarą i jak świetnie wypracował swój własny, rozpoznawalny styl. Nie mniej nie jest to płyta na miarę „2” czy też „Salad Days” bym do niej wracał namiętnie. Chętnie bym jeszcze usłyszał coś więcej od Kanadyjczyka poza przeróbkami świątecznych utworów i instrumentalnymi improwizacjami. Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze jakąś kozacką piosenkę o jaraniu szlugów. Póki co mocne 7. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.