Żałoba jako najlepsza muza dla artysty, wydanie płyty jako najlepsza terapia na przykładzie Sufjana Stevensa – recenzja „Javelin”

Nie jest to najlepszy okres w życiu prywatnym Sufjana Stevensa. Po śmierci rodziców, artysta jest ponownie w żałobie. W kwietniu odszedł jego partner życiowy – Evans Richardson. Nie jest to koniec złych wiadomości, gdyż u muzyka rozpoznano Zespół Guillaina-Barrégo. Po takich życiowych ciosach, nie jeden człowiek załamał się i popadł w depresję. Jednak sam Sufjan Stevens zachowuj spokój ducha i afirmuje życie. A jak to robi dokładnie? W sprawdzony już i najlepszy dla siebie sposób… Wydaje kolejną kapitalną płytę.

Lata temu w odniesieniu do twórczości Muse, (Tak, wiem – dziwnie wspominać tą grupę w kontekście „Javelin„) napisałem, że najlepszą muzą jest złamane serducho. Podtrzymuję tą tezę, tyle, że w tamtym momencie miałem na myśli miłosny zawód. Dziś do tego pojęcia dodaję żałobę. Zarówno „Javelin„, które jest zadedykowane niedawno zmarłemu partnerowi Stevensa, jak i wydane po śmierci mamy „Carrie & Lowell” to albumy wybitne w bogatej dyskografii Pana Stevensa. Czas żałoby i wspominania straty najbliższych to moment w którym najbardziej się otwiera, i zrobił to ponownie.

Javelin” w zasadzie nie jest płytą o śmierci, ani o zmarłym Evansie Richardsonie. Jest ona o samym Stevensie, który otwiera się przed słuchaczem. Traktuje on swoje dzieło jako swoistą terapię. A ta działa pozytywnie, gdyż otrzymujemy zestaw 9 pogodnych utworów. Sufjan ponownie uderza swoim największym orężem, którym jest melodyjny indie-folk dopracowany w najmniejszym szczególe. Album zaczyna się dość zaskakującym „Goodbye Evergreen„, który swoim rozmachem i patetycznością przywołuje na myśl pompatyczne utwory z „Age of Adz”. Jednak już takie „Everything That Rises” czy też „Genuflecting Ghost” to typowe indie-folkowe ballady, którymi artysta wzruszał już nie raz. Drugim, dość niekonwencjonalnym dla płyty utworem jest „Shit Talk„, gdzie Stevens ponownie zaskakuje. Na koniec otrzymujemy cover utworu Neila Younga „There’s a World„, który stanowi idealne zwieńczenie całości.

Javelin” to przede wszystkim piękna płyta, z kapitalnymi kompozycjami, która jest dopracowana w każdym, najdrobniejszy detalu. Brzmieniowo i tematycznie, najbliżej jej do „Carrie And Lowell„, jednak można dopatrzeć się tutaj także pozostałości po „Age of Adz” czy też „Illinois„. Stevens to artysta nietuzinkowy, który ma na koncie wiele wyśmienitych płyt. Wystarczy wspomnieć albumy „Seven Swans”, „Michigan” czy też „Age of Adz„. Jednak te najszczersze, to albumy wydane w chwili straty najbliższych. Oczywiście, chciałbym by każdy kolejny jego krążek był równie piękny, jednak życzyłbym sobie by nie był już dedykowany nikomu zmarłemu. W zasadzie wciąż wierzę, że projekt płyty o każdym amerykańskim stanie się jeszcze kiedyś zmaterializuje. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

3 oldschoolowe horrory z lat 80, które warto zobaczyć

Trochę spóźniony halloweenowy wpis dla wszystkich kinomaniaków, którzy z nostalgią zerkają na produkcje klasy B a nawet C z lat 80. Zaznaczam, że nie będzie tutaj żadnych ikonicznych tytułów, tylko te mniej znane, które warto poznać!

Mieszkaniec podziemi / Cellar Dweller (1988, reż. John Carl Buechler). Na początek polecam film, którego szukałem od paru dobrych lat. Widziałem go w dzieciństwie, zapamiętałem zalążek fabuły i jedną scenę urwania głowy. Jednak te informacje były nie wystarczające bym sam znalazł film w internecie, ani też by na specjalistycznych forach ktokolwiek wskazał tytuł. Film w końcu znalazłem parę dni temu dzięki serialowi dokumentalnemu o horrorze z lat 80 pt. „Krwawa Dekada„. Film opowiada historię twórcy komiksów Clina Childressa (W tej roli Jeffrey Combs znany m.in. z „Re-Animatora„), który przy tworzeniu swojego najnowszego dzieła „Mieszkańca podziemi” korzysta z tajemniczej księgi. W efekcie, wszystkie wizje z komiksu spełniają się w rzeczywistości co przywołuje na świat kudłatego demona i doprowadza do pożaru, w którym ginie Childress. 30 lat później w tym samym budynku, w którym mieści się teraz pewnego rodzaju Akademii Sztuki pojawia się młoda fanka twórczości Childressa – Whitney Taylor (W tej roli Debrah Farentino). Postanawia ona reaktywować niedokończone dzieło swojego idola, co ponownie przywoła na świat straszliwe monstrum. „Cellar Dweller” to typowy horror klasy b z późnych lat 80. Niskibudżet jest widoczny pod każdym względem, jednak Buechlerowi udaje się stworzyć udany i interesujący film. Atutem na pewno jest samo monstrum, które jak na niskie środki finansowe wygląda przekonywująco. W dodatku sama historia jest ciekawa i generalnie wszystko w tym filmie się klei, co jest zasługą dobrego scenariusza. Sam film jest krótki (to tylko 77 minut) przez co ogląda się go sprawnie. Ocena 6/10.

Dom Pani Slater / The House on Sorority Row (1983, reż. Mark Rosman). Grupa młodych dziewczyn planuje zorganizowanie hucznej imprezy na koniec roku szkolnego. Jest tylko jedna przeszkoda – starsza pani Dorothy Slater (W tej roli Lois Kelso Hunt). Dziewczyny planują postawić na swoim i zrobić staruszce żart, jednak nie wszystko układa się jak należy a staruszka przypadkowo ginie. Do imprezy dochodzi, jednak dziewczyny mają podwójny problem. Pierwszy z nich to fakt morderstwa i próba zatuszowania go. Drugi, to tajemnicza postać, która widziała zajście i postanawia zabić uczestniczki tego nieszczęśliwego żartu… „Dom Pani Slater” to typowy slasher z lat 80, który stawia przede wszystkim na dwie rzeczy: ładne dziewczyny i krew. A tego tutaj nie brakuje. W końcu mamy grupkę młodych dziewczyn oraz tajemniczego seryjnego mordercę, który w różnoraki sposób będzie mordował ów damski narybek. Pomimo tej sztampowej formy sam film potrafi zaangażować i zaciekawić, fabuła jest prowadzona sprawnie a sam film nie przynudza. Film doczekał się remake’u w postaci „Ty Będziesz Następna„. Ocena: 7/10.

Demony / Demoni (1985, reż. Lamberto Bava). Jeżeli piszesz o horrorze z lat 80 to nie możesz nie wspomnieć o włoskim kinie z tego okresu. To jeden z grzechów ciężkich wszelakich recenzentów zapominających, że dobre kino powstaje także poza Stanami. Zwłaszcza, u nas w Europie. Włosi szczególnie wyspecjalizowali się w kinie gatunkowym, wystarczy wspomnieć spaghetti westerny. Horror to ich kolejne wyśmienite danie w kinowym menu. Lucio Fulci, Dario Argento, Umberto Lenzi i Lamberto Bava to czołowi reprezentanci gatunku. Dziś rzucimy okiem na dzieło ostatniego z nich. „Demony” to mordercza jazda bez trzymanki. Fabuła nie jest skomplikowana, gdyż pokazuje nam grupkę ludzi, którzy trafiają do sali kinowej. Podczas seansu filmowego dochodzi do pewnego rodzaju uwolnienia demonów, które zaczynają polować na ludzi. Film ma świetny klimat, sceny gore są kapitalne a akcja filmu jest intensywna. W filmie znajdziemy sporo kiczu, łącząc do tego mordercze demony mam jawną inspirację Samem Raimim i jego „Martwym Złem”. Film doczekał się aż dwóch kontynuacji. Ocena: 6/10.