Niepozorny Tauron rozbił bank – relacja z Tauron Nowa Muzyka Katowice 2024

XIX edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice już za nami. W minionym tygodniu miałem przyjemność wziąć udział po raz szósty w katowickim wydarzeniu spod znaku muzyki elektronicznej. Jak było? O tym dowiecie się poniżej.

Dzień I

Szczerze powiedziawszy po ogłoszonym line-upie imprezy nie wiązałem wielkich nadziei z tegoroczną edycją Taurona. W jak wielkim tkwiłem błędzie przekonałem się już pierwszego dnia. Przede wszystkim w porównaniu do poprzednich edycji festiwal zanotował ogromny progres pod względem organizacyjnym. Już na powitaniu zaskoczył mnie pozytywnie fakt, że jako media mogłem przejść przez bramki bez zbędnego przeszukiwania przez ochronę. Oczywiście nie miałem zamiaru przemycać na festiwal niedozwolonych rzeczy czy też substancji, ale zawsze nieco mnie to irytowało, gdyż czułem się jak potencjalny przestępca… A przecież przyjechałem na imprezę by ją relacjonować dla Was. Niby nic istotnego, ale takie rzeczy są mile odbierane przez media. Co więcej do strefy medialnej wróciła lodówka z napojami. Co prawda tylko woda niegazowana, ale to miły gest. Zwłaszcza, gdy temperatura na zewnątrz jest afrykańska.

To nie koniec zmian. Samo miasteczko festiwalowe rozrosło się do znacznie większego i ciekawszego. Czego tam nie było? Fryzjer, stoiska z samochodami, różnego rodzaju alkohole i piwa (Do tej pory rządziła zawsze jedna marka), więcej foodtracków, plac zabaw ze stołem do ping-ponga i koszami do koszykówki, nowa scena Kominiarz, więcej miejsc do spokojnego chillowania. Tauron pod tym względem przebija resztę śląskich festiwali. Ogromny wybór wszystkiego i przede wszystkim miejsc, gdzie można spokojnie usiąść i delektować się imprezą. Pomimo sporej liczby widowni (Około 20 tysięcy ludzi) to na miejscu w ogóle nie czuć było tłumów. Brawo Tauron, było na prawdę pięknie. Przejdźmy teraz do muzyki.

Jak wspomniałem wcześniej zestaw artystów na papierze nie był imponujący. Nauczyłem się jednak nie oceniać książki po okładce, gdyż na żywo wielu artystów potrafi zrobić robotę. Tak było i tym razem. Swoją przygodę z TNMK rozpocząłem od występu Darii ze Śląska. Mimo, że artystka jest hajpowana już od dwóch lat to dopiero teraz miałem okazję usłyszeć ją pierwszy raz live. Przyznaję, że ta niepozorna dziewczyna robi ogromne wrażenie i po jej koncercie koniecznie muszę dokładnie przyjrzeć się jej dokonaniom muzycznym. Następnie udałem się pod scenę amfiteatru by sprawdzić USO 9001. Przyznaje, że nie znałem wcześniej tej grupy muzycznej i dlatego też pozytywnie mnie zaskoczyła. Trio, które tworzą Jan Pieniążek (perkusja), Jan Gałosz (gitara), Miłosz Pieczonka (saksofon) to połączenie jazzu, hip-hopu i muzyki gitarowej. Idealnie się odnaleźli na pikniku jaki wytworzył się w amfiteatrze nieopodal budynku NOSPR. Chłopaki z pewnością spełniają wszelkie europejskie normy jakościowe. Przez posiadanie butelki z wodą nie dostałem się na koncert Kelly Moran w budynku NOSPR… (Pozostawię to bez komentarza) dlatego wybrałem się na występ Nosowskiej pod Sceną Muzyki Miasta. No cóż, był to mój kolejny koncert ów legendy polskiej muzyki. Mam do niej ogromny szacunek za dokonania z grupą Hey i solowo, jednak gdy Pani Katarzyna zaczęła rapować to uznałem, że to mi wystarczy (A był to w zasadzie początek jej występu). Pod sceną Electronic Beats sprawdziłem Panią Jin Synth i był to mocarny set muzyki klubowej.

Niestety późnym wieczorem pogoda się zepsuła i zaczęło dość intensywnie padać. Dlatego też oczekiwany przeze mnie występ grupy Kury na scenie Amfiteatru nie odbył się (Jak również Nihiloxica). Trochę szkoda, że nie spróbowaną upchnąć tych zespołów na scenach znajdujących się w MCK… Dlatego też by uniknąć zmoknięcia udałem się na występ austriackiego duetu Kruder & Dorfmeister AV. I było OK, jednak o wiele lepsza potańcówka odbywała się pod Secret Stage, gdzie grała Franca. Wieczór jednak należał do głównej gwiazdy całego festiwalu, czyli Roisin Murphy. Członkini grupy Moloko dała wspaniałej show, w pełni tego słowa znaczeniu. Czego tam nie było? Zmiana strojów, dzikie tańce, różne rekwizyty od kwiatów po wisior z ogromnego bobasa, różnorakie nakrycia głowy, wyjścia artystki do publiczności. Na tym występie nie dało się nudzić. Zwłaszcza, że setlista była mocarna z takimi hitami jak „The Time Is Now” czy tez „Sing It Back„. Do był występ idealny na którym zakończyłem pierwszy dzień Taurona.

Dzień II

Drugi dzień Taurona obfitował w znacznie lepszą pogodę (bez deszczu) i rywalizował z innym wielkim muzycznym wydarzeniem jakim był występ Dawida Podsiadły na Stadionie Śląskim. Z wyrazami szacunku dla Dawida, który bił w tym czasie rekord frekwencji to jednak impreza parę kilometrów dalej rozbiła bank. Sobotę rozpocząłem nieco wcześniej aniżeli piątek od występu Huberta na scenie amfiteatru. Ten zdolny raper ze Szczecina, którego wcześniej kojarzyłem wyłącznie z kolaboracji z duetem Coals zagrał kapitalny występ pod chmurką. Właśnie dla takich występów Turon to jedna z lepszych imprez muzycznych na Śląsku, jak i całej Polsce. Nie obyło się jednak bez negatywnych niespodzianek, gdyż swój występ odwołał Tuğçe Şenoğul. Nie zawiodła jednak urodzona w Lizbonie raperka IAMDDB. Co prawda na swój występ mocno się spóźniła, a później towarzysząca jej DJ-ka przez kwadrans przygotowywała publiczność na pojawienie się samej IAMDDB. Zatem artystce pozostało nieco ponad półgodziny na występ. I to w zasadzie wystarczyło bo to był najmocniejszy hip-hopowy akcent całej imprezy.

Sporym objawieniem okazał się dla mnie zespół Rat Kru, który występował na scenie Amfiteatru. Założony w 2016 roku w Poznaniu kolektyw tworzy muzykę spod znak ave, rap, techno, electropop i dub. Dopiero na Tauronie miałem okazję przekonać się, że chłopaki dobrze sobie radzą. Niesamowity spektakl wizualny zgotował uczestnikom Taurona Evian Christ, który całą scenę Tauron Music Hall zadymił gęstym dymem. Wyglądało to pięknie w parze z pulsującymi światłami. W obawie że dostanę ataku epilepsji od tej intensywności świateł opuściłem MCK w Katowicach po około kwadransie. W sobotni wieczór pojawiła się kolejna nowość, jakim był pokaz mody Pilawskiego, który zaprojektował tegoroczny merch Taurona. Pokaz trwał równe 15 minut, podczas których modelki oraz modele zaprezentowali festiwalową odzież oraz ubrania z najnowszej kolekcji Pilawskiego. Był to mój pierwszy raz podczas tego typu wydarzenie i zrobił on na mnie pozytywne wrażenie.

Występujący na Scenie Miasta Muzyki Leftfield to legendarny duet tworzony przez Neila Barnesa i Paula Daley’a. Czemu legendarny? Bo gdy w 1989 ja przychodziłem na świat, to oni już występowali w londyńskich klubach. Pomimo długiego stażu scenicznego brytyjskiemu duetowi nie zabrakło sił i werwy by porwać katowicką publikę do zabawy. Równo o północy rozpoczęły się dwa koncerty, które równie mocno chciałem sprawdzić. Wpierw udałem się pod Amfiteatr by posłuchać grupy Klawo. I był to dokładnie taki koncert jakiego się spodziewałem po festiwalowym opisie. Szalona, zahaczająca o jazz, groove i funk muzyka stanowiła idealne tło muzyczne do pełnego relaksu. Po 30 minutach ruszyłem jednak pod Tauron Music Hall, gdzie występował Clark. Artysta nieco pechowy dla festiwalu, gdyż miał wystapić już rok wcześniej. Jednak z powodów problemów wizowych odwoła swój koncert. Tym razem jednak udało mu się przybyć do Katowic i zrewanżował się za poprzednią edycję w 100 procentach. Punkt 1:00 rozpoczął się główny występ tego dnia, jakim był koncert Bicep present Chroma AV set. Bicep to didżejski duet tworzony przez Matta McBriara i Andy’ego Fergusona. Powstali w 2008 roku w Belfaście i od tego czasu wyrobili sobie ogromną markę, którą można było usłyszeć podczas Taurona. Ich muzyka idealnie połączyła się z specjalnym setem audiowizualnym Chroma, w efekcie czego otrzymaliśmy mocno spektakularny występ tego dnia. Sobotnie wojaże zwieńczyłem zahaczeniem o Chase i Status, jednak tego typu drum’n’bass nigdy nie był mi bliski, dlatego odpuściłem i zakończyłem tegoroczną edycję Tauron Nowa Muzyka.

Podsumowując, Tauron Nowa Muzyka Katowice zanotował ogromny progres organizacyjny i rozrósł się do nieporównywalnych rozmiarów względem poprzednich edycji. Pomimo, że line-up nie obfitował w wielkie nazwy poza Rosin Murphy to muzycznie impreza dała radę. Mam nadzieję, że obecny poziom zostanie zachowany i spotkamy się ponownie za rok w Katowicach.

Epicka zabawa pod kominem – relacja z CARBON Silesia Festival 2024

W miniony weekend zakończyła się czwarta edycja CARBON Silesia Festival. Impreza ponownie odbyła się w industrialnej scenerii Sztolni Luiza w Zabrzu. Był to mój trzeci raz z tym muzycznym wydarzeniem, i tak jak w poprzednich latach ponownie potwierdzam, że jest to jedna z najlepszych tego typu imprez w Polsce. Jak dokładnie było i kto wystąpił w Zabrzu? O tym dowiecie się poniżej.

Dzień I

Dzień pierwszy imprezy rozpocząłem od dokładnego sprawdzenia całej miejscówki przy dźwiękach Mniam Collective, który puszczał swój set na Carnall Stage. Pojawiło się parę nowości. Studio tatuażu, koszy do koszykówki czy też scena Fresh Faces. Widać, że organizatorzy cały czas starają się rozwijać i nie stoją w miejscu. Pierwszy koncert, który udało mi się zobaczyć to występ duetu Jeszcze na Scenie Głównej Lipton. Rodzinny kolektyw pochodzący z mazurskiej wsi to połączenie delikatnego wokalu oraz energicznej muzyki elektronicznej. Jeszcze powstali w 2021 roku i było to widać. Skromni, nieco zawstydzeni młodzi ludzi dali ogólnie ciekawy występ i zachęcili mnie do powrotu do ich muzyki. Chwilę później na tej samej scenie, przy większej frekwencji pojawił się inny duet. Mowa o Ikarvs, w skład którego wchodzą: Aleksandra i Przemek. Twórcy piosenki „Akacje” równie nie posiadają długiej historii, jednak w tym przypadku nie można było mówić o onieśmieleniu na scenie. Fikuśne stroje, dziwne pozycje, zmiany instrumentów, kolorowe wizualizacje były dopełnieniem dzikiej muzyki. Być może na scenie działo się więcej, jednak nie doszukałem się tutaj podobieństw do zespołu Arca czy też Caroline Polachek.

W tym roku najmniej czasu spędziłem pod sceną Jungle. Być może dlatego, że najciekawsze występy rozpoczynają się tutaj najpóźniej. W piątkowy dzień sprawdziłem występujących tam Sarapata oraz Edvvina, jednak żaden z nich nie zmusił mnie do pozostania dłużej niż 5 minut. Inaczej wyglądała sprawa pod sceną Carnall. Tam trwała cały czas impreza, zwłaszcza jak występowała pochodząca z Krakowa Charlie czy też Radio Slave. Wróćmy jednak pod scenę główną, gdyż tam grał pochodzący z Francji NTO. Anthony’ego Faviera pierwszy raz widziałem live właśnie na CARBONIE 2022. Wtedy grał na mniejszej scenie i to był błąd, gdyż duża scena bardziej do niego pasuje. Założyciel wytwórni „Hungry Music” wypracował już własny, rozpoznawalny styl, ma na koncie wiele kapitalnych utworów jak chociażby „La clé des champs” i potrafi porwać tłumy do tańca. Jeżeli będziecie mieli kiedykolwiek okazję sprawdzić NTO na żywo, to zdecydowanie POLECAM! Gwiazdą wieczoru jak i całego festiwalu był norweski Röyksopp. Był to mój trzeci koncert tej grupy i ten zdecydowanie był najlepszy. Pełen energii i tanecznej muzyki set porwał ludzi do tańca i był to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów festiwalu.

Dzień II

Drugiego dnia nieco się spóźniłem, dlatego też zdążyłem zobaczyć tylko ostatni utwór grany przez Ptakova. Jednak to co zdążyłem zobaczyć brzmiało obiecująco. Sporo dobrej muzyki można było usłyszeć spod namiotu Carnall Stage, gdzie imprezę rozkręcał Nuarrrr. Ja jednak najbardziej oczekiwałem występu We Draw A. Duet Radek Krzyżanowski (Kamp!) oraz Piotrek Lewandowski (Indigo Tree) pomimo długiego scenicznego stażu widziałem po raz pierwszy. I był to strzał w dziesiątkę, gdyż muzycznie jak wizualnie koncert ten spełnił moje oczekiwania. Grupa grała zarówno starsze kawałki jak i utwory z najnowszego „New Mornings” z kapitalnym „Breeze” na koniec koncertu. Rok wcześniej równie dobrze bawiłem się podczas występu grupy Kamp! We Draw A stanowi całkowicie ciekawą jego kontynuacje.

GusGus to kolejny zespół, który widziałem już wcześniej. I nie chodzi mi o to, że przed nosem pomykał mi Birgir Þórarinsson w scenicznym stroju z lampką wina. Byłem na ich koncercie podczas jednej z edycji Tauron Nowa Muzyka. Swoją drogą Islandczycy lubią koncertować w naszym kraju i było to czuć także podczas tegorocznego Carbona. Świetny koncert. Udało mi się sprawdzić za to po raz pierwszy na żywo Goldiego, którego wspomagał Medic MC ( Z resztą tak samo jak Zero-T). Klasyka Drum’n’bassu. Oczywiście bez Pana Medica, którego już widziałem wcześniej i cały czas się zastanawiam, jak się mają te jego okrzyki do mikrofonu do muzyki w tle? Strasznie psuł mi odbiór całości… Gwiazdą wieczoru był francuski dj Vitalic, o którym słyszałem wiele dobrego. Co prawda nie ujął mnie tak jak wieczór wcześniej NTO, ale był to bardzo mocny set. Myślę, że łysy francuz spełnił całkowicie oczekiwania widowni. Z pewnością wybrał bym się ponownie na jego występ.

Podsumowując, czwarta edycja CARBON Silesia Festival ponownie dała radę. Zaproszeni artyści w większości spełnili oczekiwania a organizatorzy dołożyli wszelkich starań by zadowolić fanów. Poczułem także ponownie kapitalny, industrialny klimat Sztolni Luiza w Zabrzu. Mam nadzieję, że ta impreza pozostanie z nami jak najdłużej w niezmienionej formule i do zobaczenia za rok!

Przegląd Płyt: The Smashing Pumpkins

Już niebawem wybieram się na koncert The Smashing Pumpkins do Gliwickiej Areny. To idealny moment by przyjrzeć się bliżej bogatej dyskografii zespołu z Chicago, który na scenie jest od końca lat 80! Na blogu nie wiele miejsca poświęciłem grupie Billy’ego Corgana, poza recenzją płyty Oceania i krótkiej notki z ich występu podczas OFF Festival w 2013 roku. Pora naprawić ten błąd i sprawdzić, które płyty grupy są warte uwagi.

Gish (1991). Debiutancki album grupy z wietrznego miasta uznawany jest przez krytyków i znawców za jeden z najlepszych w dyskografii The Smashing Pumpkins. Brzmieniowo to mieszanka wszystkiego co było na topie w latach 90 gitarowej muzyki. Od Dream Popu, przez Grunge po Heavy Metal. Tylko trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że „Gish” było jedną z płyt od których rozpoczęła się rewolucja w gitarowej muzyce. Składający się z dziesięciu utworów debiut ujawnił ogromne zdolności grupy w aranżacji utworów i nakładaniu gitar na siebie by zmaksymalizować finalny efekt. Utwory takie jak „Rhinoceros” czy „Daydream” weszły do kanonu gatunku a na radarze pojawił się nowy zespół, który przysporzył sobie rzeszę wiernych fanów. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Siamese Dream (1993). Drugi w dorobku album grupy do tej pory uznawany jest za ich najdoskonalsze dzieło. I trudno się z tym nie zgodzić. Corgan postanowił pozostać w sprawdzonej rockowej, grungowej estetyce jednak sporo także dodał nowości w brzmieniu. Wpływ na to miały problemy składu, przez co Corgan nagrał praktycznie wszystkie instrumenty samodzielnie (poza perkusją). W porównaniu do poprzedniej płyty i twórczości Nirvany na „Siamese Dream” otrzymaliśmy zupełnie inne gitarowe brzmienie, bardziej łagodne i melodyjne. Serdeczne i zarazem refleksyjne teksty Corgana dopełniły sukcesu jakim były listy sprzedaży płyty. W tamtym czasie obok „Nevermind” Nirvany najchętniej kupowanym albumem było właśnie „Siamese Dream” od zmiażdżonych dyń. Dziś to już klasyk pełną gębą i opus magnum grupy. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Mellon Collie and the Infinite Sadness (1995). Wydana w październiku 1995 roku płyta należy do wielkiej trylogii The Smashing Pumpkins, czyli trzech pierwszych i zarazem najlepszych krążków grupy. Tym albumem Billy Corgan i ekipa pokazali prawdziwy rozmach. 28 utworów, blisko 2 godziny muzyki. Co więcej to właśnie na tym albumie znajdziemy ich najlepsze utwory takie jak użyte w ścieżce dźwiękowej do gry GTA IV „1979„, okraszone wspaniałym wizualnie teledyskiem „Tonight, Tonight” czy „Bullet With Butterfly Wings” z pamiętnym tekstem „World is a vampire„. Corgan czerpał tutaj pełnymi garściami z zespołów rockowych i heavy metalowych lat 70, jednak nie poprzestawał na samej inspiracji a rozwijaniu usłyszanych motywów. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” to przede wszystkim pokaz kreatywności oraz konsekwencji w tworzeniu, dlatego też ten album do dziś jest uznawany za wybitny. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Adore (1998). Przy tworzeniu czwartego albumu w grupie nastąpiły przetasowania kadrowe a skład opuścił perkusista Jimmy Chamberlin. Punktem wyjścia przy tworzeniu płyty był hit z poprzedniej płyty „1979„. Całość miała brzmieć jak wspomniana piosenka, czyli pulsująco, elegijnie z wyciszonym brzmieniem. I to w pewnym sensie się udało. Dodano sporo syntezatorów, a utwory obracały się w drem-popowym klimacie co najlepiej opisuje określenie „Post-Grunge”. Corgan tym razem stworzył „skromne” 74 minuty muzyki. Pomimo swoich grzechów to całkiem udany album, który wciąż brzmi dobrze. Nie ma na nim tak pamiętnych hitów jak na poprzednich płytach The Smashing Pumpkins, ale potwierdza, że lata 90 należały do zespołu z Chicago w stanie Illinois. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Machina/The Machines of God (2000). Grupa Corgana nigdy nie doznała syndromu drugiej płyty, gdyż ich drugi krążek okazał się najlepszy w ich dyskografii. Także następny w kolejności „Mellon Collie…” to wybitna perełka w ich dyskografii. W przypadku The Smashing Pumpkins można powiedzieć w zasadzie o syndromie piątej płyty. Przy słuchaniu „Machiny” miałem mieszane uczucia. Wydawać by się mogło, że to będzie jakiś epicki progresywny album koncepcyjny. Nic z tych rzeczy. Sam Corgan nie miał za bardzo pomysłu co zrobić z tą płytą. Próbuje tutaj łączyć dokonania z „Mellon Collie” oraz poprzedniego „Adore„, jednak niekoniecznie te najlepsze. Płyta ponownie jest długa i pojawiają się na niej dobre momenty, jednak po kilku średnich, bezpłciowych utworach zapominamy o nich. Płyta sama w sobie nie jest zła, jednak jak stawiasz koło niej cztery poprzednie albumy to słyszysz różnicę. To jest właśnie ten syndrom piątej płyty. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Zeitgeist (2007). Rok 2007 to był na prawdę wspaniały rok. Bardzo miło go wspominam. Człowiek był młody, Milan wygrywał Ligę Mistrzów no i pojawiło się wiele świetnych płyt. ALE niestety nie autorstwa The Smashing Pumpkins. Wydany w tym roku „Zeitgeist” uznawany jest przez znawców i krytyków za najsłabszy album w całej ich dyskografii. I trudno się z tym nie zgodzić gdy słyszymy te przesadnie skonstruowane utwory. Od wydania poprzedniej płyty mijało 7 lat. W tym czasie zespół się rozpadł a Corgan nagrał „jedyny swój solowy” album „TheFutureEmbrace„. Oczywiście ten cudzysłów przy sformułowaniu jedyny solowy album to taka półprawda. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że The Smashing Pumpkins to Billy Corgan a zespół to tylko ładnie skrojone tło pod jego wizerunek. O reaktywacji The Smashing Pumpkins członkowie dowiedzieli się z ogłoszenia w lokalnej gazecie, także ciężko tutaj mówić o dobrej płycie. No, ale patrząc na ogólne oceny to słuchaczom przypadła do gustu… Krytykom już nie. Ja tylko dodam fakt, że to jedyna płyta grupy, której nie posłuchacie na Spotify. Tak jakby ktoś schował wstydliwy krążek. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Oceania (2012). O tej płycie pisałem przy okazji występu zespołu podczas OFF Festival w 2013 roku TUTAJ, dlatego też nie będę się zbytni rozpisywał. Wówczas słabo znałem dyskografię grupy, a ich najnowsza płyta podobała mi się. Teraz z perspektywy czasu złagodziłbym swoją ocenę. Płyta sama w sobie po tym czasie, gdy ją słucham wydaje się być OK. Zwłaszcza po przesłuchaniu przekombinowanego „Zeitegeist„. Jednak na przestrzeni tych 11-12 lat nie wróciłem do tego krążka ani razu, dopiero teraz przy okazji tworzenia tego wpisu. Podejrzewam, że teraz następny powrót także nie nastąpi zbyt wcześnie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Monuments to an Elegy (2014). Album z 2014 roku to drugi po „Oceanii” album w ramach projektu Teargarden by Kaleidyscope i pierwszy krążek zespołu, który nie trwał dłużej niż 33 minuty. Znając Billy’ego Corgana i jego zamiłowanie do tworzenia monumentalnych, rozbudowanych i niemiłosiernie długich albumów taka decyzja mogła zaskakiwać. Osobiście uważam, że zespół na tym skorzystał, gdyż „Monuments to an Elegy” jest znacznie przystępniejsze w odbiorze. Dostajemy konkretny, zwarty zestaw piosenek aniżeli rozciągnięte fascynacje i wizje Corgana. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Shiny and Oh So Bright, Vol. 1 / LP: No Past. No Future. No Sun. (2018). Dziewiąty album w dorobku grupy The Smashing Pumpkins tylko z nazwy jest długi. Billy Corgan postanowił użyć sprawdzonego na wcześniejszej płycie patentu i nagrał materiał trwający trochę ponad półgodziny. Dzięki temu płyta jest zwarta i łatwiej wyczuć chemię pomiędzy muzykami. A ta przy zmienionym składzie się udzieliła. Do składu wrócił pierwszy perkusista grupy Jimmy Chambarlin oraz gitarzysta James Iha. Tą pozytywną energię czuć zwłaszcza w takich utworach jak „Travels” czy też „With Sympathy„, gdzie otrzymujemy niemalże popowe brzmienie. Nie brakuje tutaj także mocniejszego, gitarowego brzmienia jak chociażby w „Solara„. Udany i całkiem przyjemny powrót Dyń z Chicago. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cyr (2020). Można było się spodziewać, że Corgan nie pozostanie długo przy formule krótkich i zwięzłych albumów. Ten romans potrwał tylko przez dwie płyty, gdyż wydany w okresie pandemii „Cyr” to już kolejna rockowa epopeja trwająca 72 minuty. Sporo tutaj syntezatorów i spłaszczonego brzmienia, Corgan z kolei dwoi i się troi by wszystko brzmiało tak, jak to zaplanował. Przyznam, że nie jestem fanem kierunku, w którym zmierza grupa. Płytę przesłuchałem bez większych emocji, nie była zła, ale na pewno do niej nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Atum: A Rock Opera in Three Acts (2022-2023). Nie dajcie się zmylić nazwie. To żadna Opera. Co prawda są trzy akty (to znaczy trzy albumy), ale nie jest to żadne wzniosłe, patetyczne, wielkie dzieło The Smashing Pumpkins. To po prostu kolejna, nieco miałka płyta Billy’ego Corgana, która została niemiłosiernie rozciągnięta do trzech krążków. Tak jak na minionym „Cyr” jest tu ponownie sporo syntezatorów, a całość brzmi jak nieco dziaderski rock bez pomysłu, ale za to z wieloma wspomnieniami. Szkoda, że nie powstało z tego coś wielkiego i podniosłego. Corgan ma zdolności do tworzenia takich dzieł, jednak już od dawna ich nie używa… Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.