
Tegoroczny OFF Festival był moim małym jubileuszem, gdyż W Dolinie Trzech Stawów (A wcześniej Parku Słupna) pojawiłem się po raz dziesiąty. Tym razem tylko na jeden dzień (sobota 3.08.2024), jednak pozytywnych emocji dostarczył mi ten wypad jak nie jeden festiwal dwu lub trzy dniowy. Jak było tym razem na Offie? O tym przeczytasz poniżej.
Wizytę w Katowicach rozpocząłem od koncertu polskiego rapera Yung Adisz. Przyznam, że dawno nie widziałem tyle zażenowania co podczas tego występu. Tutaj chyba wszystko było nie tak. Na początku pojawił się dj w towarzystwie ziomka by rozgrzać publikę. Amerykańskie rapsy słabo zadziałały na publikę a wspomniany duet wypatrywał tylko pojawienia się Adisza by rozbujać towarzystwo. Wejście w towarzystwie licznej paki, wyglądającej jakby została zebrana spod sklepu z płazem w logu na nie wiele się zdała. Ludzie nie byli gotowi by wariować przy tej muzyce, a co więcej nie znali twórczości Yung Adisza. Ja też nie, przyjechałem na OFFa by ją poznać. Niestety koncert nie zachęcił mnie by zagłębić się w tą muzykę, pomimo, że jestem ogromnym fanem rapu. Rapowanie do odgrywanych utworów i teksty o chlaniu i ćpaniu średnio wpadły w mój gust.
Na szczęście później było już tylko lepiej. John Maus, który został przesunięty do sceny namiotowej pomimo grania bez zespołu na żywo zdołał lepiej porwać katowicką publikę. Ten nie pozorny gość, który wyglądał jak typowy korpo pracownik z objawami adhd, dwoił się i troił by dać energiczny występ. Zagrane utwory takie jak: „Streetlight„, „The Combine” czy też „Cop Killer” brzmiały bardzo dobrze a sam występ Mausa idealnie wpisał się w off’ową estetykę. Świetny rapowy występ zaprezentował Clavish. Gość dostosował się do publiczności, a ta dużo lepiej bawiła się niż godzinę przed podczas Yung Adisza. Wkrótce po brytyjskim raperze w scenie namiotowej występowała Edyta Bartosiewicz. Publiczność zebrała się tłumnie i wszędzie można było usłyszeć często powtarzane „idziemy na edzię”. Mam wrażenie, że ten koncert odbył się o dobre 10-12 lat za późno, jednak dobrze było usłyszeć takie hiciory jak „Zegar„, „Skłamałam” czy też „Jenny„. Legenda pop rocka z lat 90 występowała bez zespołu w solo-akcie i z jednej strony dobrze bo koncert dzięki temu wydawał się bardziej kameralny. Z drugiej jednak strony wspomniane hity nieco straciły na swojej mocy. Pozytywnym zaskoczeniem dla mnie był występ Baxtera Dury’ego. Brytyjski muzyk dosłownie rozdzierał z siebie szaty by wypaść dobrze na scenie głównej. Byłem tam chwilę, ale wystarczająco by żałować, że nie zobaczyłem pełnego występu Baxtera.
Ten dzień, jak i cała moja wizyta na Offie należała do jednego zespołu jakim było Les Savy Fav. To, że jestem ogromnym fanem amerykańskiego indie rockowego bandu wiecie z mojej twórczości na blogu już od dawna. I pomimo tego, że to kolejny koncert, który mógłby już się odbyć dobre 10-15 lat temu to i tak nie zabrakło mocy. A wszystko za sprawą Tima Harringtona, który jest istną sceniczną bestią. A w zasadzie nawet nie sceniczną, bo facet ewidentnie stara się jak najmniej czasu spędzać na scenie. Nie było to dla mnie szokiem, bo widziałem już w necie parę jego występów. Nie mniej na żywo to robi większe wrażenie. Nie było chyba miejsca pod Sceną Leśną, gdzie nie zajrzał by wokalista Lest Savy Fav. I nie było chyba rzeczy, której nie dotknął albo nie rzucił w stronę publiczności. Kubki, Aparaty, Butelki, kubeł na śmieci, płaszcz przeciwdeszczowy czy nawet paleta Euro. Ochrona miała wyczerpującą godzinę pracy przy Harringtonie, a wśród publiczności nikt nie mógł się czuć bezpieczny, gdy nieopodal grasował wokalista LSV. Co więcej, z każdą minutą występu jego ubiór był coraz bardziej skąpy by ostatecznie paradować w samych batkach. A muzycznie? Rewelacyjnie wykorzystana godzina. Utwory z najnowszego albumu „OUI, LSF” na żywo brzmiały bardzo dobrze. W szczególności „Limo Scene” oraz „Legendary Tippers„. Jednak znaczna część setlisty to były utwory starsze, a wśród nich takie szlagry jak „The Sweat Descends„, „Patty Lee” czy też „Let’s Get Out of Here„. Jasne, mogłoby być więcej utworów z starszych płyt jak „Inches„, jednak zagrny zestaw w pełni zadawalał. Z perspektywy czasu uważam, że występ Les Savy Fav był jednym z najlepszych w historii OFFowych koncertów. Gdybymy nie pojawił się w Katowicach tego dnia, żałowałbym okropnie.
Gwiazdą dnia, jak i całego festiwalu była jednak legendarna Grace Jones. 76-letnia jamajska piosenkarka jest w niesamowitej formie! Cały jej występ to był prawdziwy show, podczas, którego nie zabrakło tańców, zmian garderoby, fruwającego konfetti jak i różnorakich rekwizytów. Podczas kończącego koncert „Slave to the Rhythm” artystka przez cały czas kręciła hula-hop, nie łapiąc przy tym zadyszki wokalnej ani na chwilę! Wybór utworów także trafiony, gdyż nie zabrakło takich hitów jak: „Williams’ Blood”, znanego z filmy „Frantic” Romana Polańskiego – „I’ve Seen That Face Before” czy też „Private Life„. Sporo było coverów od m.in. The Police, Roxy Music czy też Iggy’ego Popa. Świetny koncert, po którym nie spodziewałbym się tak genialnego show. Na zakończenie wybrałem się także pod scenę eksperymentalną, by sprawdzić Backxwash. Kryjąca się pod tą nazwą zambijska raperka Ashanti Mutinta porusza się w mrocznych wartstwach rapu dodając do niego sporo z metalu i hardcore’u. Niby spoko, ale jak na taki dzień wystarczyło mi wrażeń. Dlatego też zakończyłem swój jubileuszowy, dziesiąty OFF Festiwal.
Podsumowując, sobotni dzień OFFa należał do najlepszych po deszczowym piątku i nierównej niedzieli. Szkoda, że cały festiwal nie stał na tak wysokim poziomie, jak sobotni dzień. Rok temu wyglądało to podobnie, dlatego też cieszę się, że wybrałem się do Doliny Trzech Stawów na jeden dzień. Szkoda, też, że nie dostałem żadnej odpowiedzi na wniosek akredytacyjny. Ogólnie festiwal piękny, tylko szkoda, że ludzie go organizujący zapominają o tym co stworzyło legendę OFF Festiwalu. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że w przyszłym roku będzie pod tym względem lepiej.





