Faiver – Opus Magnet

Faiver-700x400Jakiś czas temu pisałem na łamach bloga o teledysku Faivera do piosenki „Jak Jest„. Dziś nadchodzi uroczysty moment poinformowania, że ów raper wydał debiutancki krążek.

Nie będę jednak się rozpisywał bo koniec roku tuż, tuż, a chciałbym jeszcze w 2015 zamieścić moje zaległości recenzenckie. Na „Opus Magnet” czuć we wszystkich 9 utworach ducha Beastie Boys. I jest to całkowicie OK, bo jestem fanem Nowojorczyków a „Paul’s Boutique” oraz „Ill Comunication” uważam za klasykę. Podkłady na debiutanckim krążku Faivera oparte są na żywych rockowych instrumentach. Natomiast sam raper nie może pochwalić się flow na miarę Jay-Z czy też Rycha Peji, jednak umiejętnie potrafi wykrzyczeć swoje slogany. A te orbitują w kwestiach  pozerstwa w muzyce, dochodzenia do perfekcji oraz hejterstwa. Nic nowego, niestety. Czuć jednak w tym potencjał i szczerość, a to już jest kapitał na dobrą przyszłość. Ocena: 5/10.

 

Lista wstydu, czyli moje muzyczne „Guilty pleasure”

tumblr_ngjlocoC8g1qa9dopo2_500Chyba każdy z nas ma w swoim repertuarze utwory, których słucha tylko w zamknięciu pod osłoną nocy. Piosenki, które wiemy, że są pretensjonalne, złe lub słabe,  jednak w jakiś dziwny sposób dające się polubić. Poniżej znajdziecie listę 10 utworów, których słucham przy wyłączonym scroblerze last.fm.

30 Seconds To Mars – The Kill. Jared Leto jest dla mnie dobrym aktorem, który zagrał w paru świetnych filmach. Dlatego też dziwi mnie, że postanowił pójść w muzykę. Zwłaszcza, że jego 30 Seconds To Mars to typowy zespół z gatunku scremo-rock-popowych pierdółek dla nastolatek. Początkowo mocno mnie drażnił ten cały 30 Seconds To Mars. Byli dla mnie zbyt pretensjonalni oraz irytowali mnie swoimi filmowymi teledyskami. Z czasem jednak zauważyłem, że lubię sobie posłuchać „The Kill„. I to nawet często mi się zdarzało, i kurde nie wiem czemu. Mimo, że wiem, że to wszystko jest tylko „na niby” to ja chcę wierzyć, że Leto jest mocno przejmujący w tym utworze z całkiem melodyjnym riffem przewodnim.

Nie słuchaj

Ace of Base – The Sign. Jakiś czas temu przejawiałem chorą fascynację latami 90. I nie chodzi mi o rzeczy typu Wu-Tang Clan, Pavement czy Modest Mouse a zespoły pokroju Ace of Base. Czasem po prostu lubię się odmóżdżyć, patrzeć na świat przez różowe okulary i wierzyć, że wszystko jest takie proste jak ten banalny utwór.

Nie słuchaj

Akcent – King of Disco. Ja rozumiem, że na parkiecie zatańczy się do wszystkiego. Przeważnie jest się po kilku drinkach i w tanecznym transie. Wtedy nikogo nie dziwi bujanie największego fanatyka niezal muzyki do najbanalniejszego disco. No, ale żeby siedzieć i słuchać tego jeszcze w domu? Na swoją obronę dodam, że na koniec pojawia się fajne nawiązanie do Madonny z okresu „Confessions on a Dance Floor„.

Nie słuchaj

219_shame_on_aYOPUBilly Talent – Surrender. Totalnie nie wiem jak można lubić Kanadyjczyków. Fatalny image, nie wyróżniająca się niczym muzyka i drażniący głos wokalisty Bena Kowalewicza. Tyle w skórce o kanadyjskiej formacji. „Surrender” nie jest dobrym kawałkiem, nie zamierzam go bronić. Jednak, jak leci w radio to nie zmieniam radiostacji.

Nie słuchaj

Enrique Iglesias – Tired Of Being Sorry. Z góry zaznaczę, że nie trawię Pana Iglesiasa. Ani starego, ani młodego. Przyklejona łatka amanta, nocny sen nastolatek, gęba prosząca się o spotkanie z pięścią – to są moje pierwsze skojarzenia z Hiszpanem. Teledysk też nie pomaga. Kolejna historia w stylu Saga Zmierzch. No po prostu NIE. Jednak, jakoś dobrze słucha się tych synthów, gdzieś tam w tle.

Nie słuchaj

Fall Out Boy – This Ain’t A Scene, It’s An Arms Race. W sumie to nie wiem czemu miałbym się czepiać Fall Out Boy’ów. Dobre teledyski, spoko gitarowa muza, ciekawy wokalista. Może swego czasu za dużo ich było na MTV2?

Nie słuchaj

Green Day – Wake Me Up When September Ends. Rzecz wiadoma dla każdego znawcy muzyki. Green Day się sprzedał. Album „American Idiot” z 2005 roku (Jezu, to już 10 lat?!) to szczyt komercyjnego rock-popu zahaczającego o punk. No, ale komercja nie zawsze jest zła. W tym przypadku może trochę, bo jakoś lubię wracać do singli z tej płyty.

Nie słuchaj

Marilyn Manson – Sweet Dreams. Obecnie nikogo już nie szokuje postać Marilyna Mansona. Jednak swego czasu wokół amerykanina panowała nie mała burza. Odrzućmy jednak na bok te wszystkie plotki i ploteczki i wsłuchajmy się w jego muzykę, bo w tej materii muzyk ma całkiem sporo do zaproponowania. W tym genialny cover „Sweet Dreams„.

My Chemical Romance – Cemetery Drive. Nie istniejąca już grupa Gerarda Waya (Trochę mi szkoda) została odrobinę skrzywdzona tą całą łatką EMO. Należy powiedzieć to w tym miejscu głośno, MCR to nie muzyka EMO. Album „Three Cheers for Sweet Revenge” to dobry, rockowy materiał na którym znajdziemy sporo perełek, w tym „Cemetery Drive„.

Nie słuchaj

Paramore – Decode. Kolejny komercyjny pop rockowy band na mojej liście. Co więcej w otoczeniu wampirów z Sagi Zmierzch. Najgorzej. Jednak „Decode” to nie ułomek i przy lekkich gitarowych riffach można spędzić całkiem przyjemne 4 minuty. A perkusja? Chciałbym by każdy band miał takiego kolesia za garami jak Paramore.

Nie słuchaj

Amrou Kithkin – White Passage EP

amrou kitkihnNigdy nie byłem w Kielcach. Teraz nawet nie muszę tam jechać, bo reprezentanta Kielc będę miał na co dzień w TV. Tak, oczywiście mowa o naszym najnowszym nabytku do Sejmu – Panu Piotrowi Marcowi, znanemu szerzej jako Liroy. Nie wiem czy stolica województwa Świętokrzyskiego jest dumna z twórcy takich hitów jak: „Scyzoryk„, „J**** mi się chce” czy też „Scoobiedoo Ya„, jednak na tyle go popiera, że udało mu się dostać do elit rządzących. Oczywiście nie mam zamiaru rozwodzić się w tym wpisie nad Liroyem, ani polską polityką a po części kielecką grupą zwaną Amrou Kithkin.

Kielecko-Łódzka formacja jak najbardziej przynosi powody do dumy swoim rodzinnym miastom. Wszystko za sprawą debiutanckiej EP-ki „White Passage„, która pojawiła się w kwietniu tego roku. Materiał ten składa się z czterech, udanych kompozycji, które od pierwszego odsłuchu przykuły moją uwagę. I nie chodzi o to, że jest to jakiś nowy rozdział w muzyce z gatunku elektroniki. Bo nie oszukujmy się, chłopaki z centralnej Polski prochu nie wymyślili. Na tym wydawnictwie nie usłyszymy absolutnie niczego nowego. Jednak mają na tyle świeże podejście do tematu, że po czterech odsłuchach z rzędu nie znudzili mnie sobą. W dobie zalewu wszelakich indie bandów, jest to nie lada wyczyn, który pozwala mi przypuszczać, że jeszcze o nich usłyszymy.

Póki co sprawdźcie „White Passage” bo to jedna z lepszych tegorocznych EP-ek, która stoi na dość dobrym i solidnym poziomie. Otwierający całość „Suburban Destroyer” to energiczny i melodyjny kawałek oparty na zimnym, nowo falowym motywie przewodnim. Następny „A walk” to syntezatorowa podróż do lat 80, a trzeci w kolejności „Spike and Julia” to przyjemna dla ucha elektroniczna ballada. Całość natomiast kończy mglisty „Snowhag„. Oczywiście to na razie tylko EP-ka, i jak wspominałem wielokrotnie na krótkim materiale o wiele łatwiej zaciekawić słuchacza niż na pełnym albumie. Dlatego też na razie wystawiam mocną szóstkę i czekam na więcej. Potencjał jest, mam nadzieje, że na pełnym albumie panowie z Łodzi i Kielc udowodnią, że warto było na nich postawić. Ocena: 6/10.