Oh Land – Wishbone

Oh_LandOh Land czyli Nanna Øland Fabricius będzie główną bohaterką dzisiejszej recenzji. Przyznaje się bez bicia, że poznałem jej muzykę dopiero kilka tygodni temu w związku z jej występem na tegorocznym festwialu Ars Cameralis. I to co usłyszałem urzekło mnie. Jej tegoroczny album „Wishbone” to pełen uroku zestaw 13 popowych piosenek, które stanowią połączenie skandynawskiego ducha z nowojorską sceną muzyki niezależnej.

Dla Pani Fabricius jest to już trzeci album w dorobku. Debiut z 2008 roku, czyli krążek „Fauna” zebrał dobre oceny jednakże zaistniał wyłącznie w rodzimym kraju Oh Land, dopiero „Oh Land” z 2011 roku udało się podbić zagraniczne rynki. Wokalistka zaistniała również dzięki wspólnej tasie koncertowej z Katy Perry. Ważnym aspektem wpisującym się w genezę jej twórczości są także bogate rodzinne tradycje kulturalne. Ojciec Bendt Fabricius to organista, natomiast matka Bodil Øland jest śpiewaczką operową. Początkowo Nanna Øland Fabricius próbowała swoich sił w balecie, jednak kontuzja uniemożliwiająca taniec nakierowała ją na muzykę.

wishboneSłuchając jej tegorocznego LP „Wishbone” słyszymy w odróżnieniu do poprzednich płyt pewnego rodzaju przebojowość. Takie utwory jak „Pyromaniac” czy też „Renaissance Girls” to typowe pop-bangery. Nie należy także zapominać o rapowym „My Boxer„, który przywraca na myśl Debbie Harry, której rapsy też dobrze wyszły w nieodżałowanym „Rapture„. Na krążku znajdziemy także sporo ballad, które godnie reprezentują wzruszające „3 Chances” czy też intrygujące „Cherry On Top„. Mocnym atutem płyty jest również patetyczny „Green Card” oraz „Bird In An Aeroplane” z kapitalnym refrenem. Tym albumem Oh Land pokazuje znaczącą umiejętność łączenia muzyki alternatywnej z popem, który można sprzedać. Płyta jest wyprodukowana na wysokim poziomie, wystarczy się wsłuchać w taki „Love a Man Dead” czy też „Kill My Darling” i wyłapać małe drobiazgi, które tworzą ten album. Jak wspomniałem na początku Nanna Øland Fabricius w idealny sposób łączy skandynawskiego ducha z nowojorską sceną muzyki niezależnej. Fakt, że jest Dunką zbudował koncept i teksty natomiast miejsce zamieszkania (Nowv Jork) mocno wpłynął na brzmienie płyty.

Wishbone” to dobra porcja nowoczesnego, skandynawskiego popu, który mogę polecić z czystym sercem. Niestety ocena nie może być zbyt wysoka, bo tak naprawdę nie otrzymujemy tutaj niczego czego wcześniej byśmy nie znali a i też widać różnice w tym jak album się rozpoczyna (dobrze) i jak się kończy (comme ci, comme ça). Ocena: 7/10.

Janelle Monáe – The Electric Lady

janelle-monae08W zeszłym roku zamiłowanie do muzyki r’n’b rozbudził we mnie Miguel za sprawą kapitalnego albumu „Kaleidoscoe Dream„. W tym roku sympatia do tego typu muzyki została podtrzymana przez Janelle Monáe i jej drugi w dorobku Longplay „The Electric Lady„. Powyższą tezę jednakże komplikuje pewien fakt. Mianowicie najnowsze dzieło Monáe to nie jest stricte album r’n’b. Oczywiście całość jest nagrana w takiej konwencji, jednakże znajdziemy tutaj elementy rocka lat 80, latynoskiego jazzu, popu spod ręki Prince’a, muzyki elektronicznej, reggae oraz hip-hopu.

Zacznijmy jednak od początku. Młoda artystka debiutowała w 2010 roku albumem „The ArchAndroid„. Rozbudowany i pompatyczny krążek zebrał wówczas świetne oceny a młoda Monáe została okrzyknięta nadzieją muzyki r’n’b. Słuchając jej tegorocznego LP słyszymy, że wokalistka nie spoczęła na laurach. „The Electric Lady” potwierdza jej ogromne ambicje nagrania albumu WIELKIEGO. Jej tegoroczny krążek to wydawnictwo dopracowane w drobnych szczegółach, rozbudowane do granic możliwości (70 minut muzyki!) oraz nagrane wręcz z operowym rozmachem. Znajdziemy na nim wiele kapitalnych kompozycji odnoszących się do różnych gatunków muzyki oraz dobrze dobranych gości w postaci Prince’a, Solange, Miguela oraz Eryki Badu.

electric ladyCałość się zaczyna od filmowego „Suite IV Electric Overture” co wskazuje, że tegoroczny album w jakimś sensie jest kontynuacją „The ArchAndroid„, gdzie mieliśmy do czynienia z Suite II oraz III. Płytę można podzielić na dwie części. Pierwsza to hit za hitem. Trudno tak nie określić nagranego we współpracy z Princem „Givin Em What They Love„, tytułowego „The Electric Lady” czy też „Dance Apocalyptic„. Dalsza część płyty nie jest już tak przebojowa, co nie oznacza, że jest gorsza. Monáe skupiła się tutaj bardziej na brzmieniu i zabawie dźwiękiem. Mamy tutaj perełkę „Victory” z gitarowymi wstawkami niczym z Guns’n Roses czy też „Can’t Live Without Your Love” brzmiące jak jedna z piosenek Franka Oceana. Co jakiś czas między utworami pojawiają się przerywniki w postaci fragmentów rozmów z rozgłośni radiowej, które dodają klimatu i trzymają całość w spójności.

Przy pisaniu recenzji tej płyty trudno również nie wspomnieć o kwestiach feministycznych, które porusza Janelle Monáe. Oczywiście chodzi o przywoływanie postaci Sally Ride oraz Dorothy Dandridge a także wydźwięk utwory „Ghetto Woman„. Warto także wspomnieć o głównej bohaterce „The Electric Lady„, czyli Cindi Mayweather – alter ego Monáe. Generalnie recenzowana przeze mnie płyta to lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów czarnego popu i osób lubiących pompatyczne koncept albumy. Janelle Monáe pomimo tego, że jest osóbką niską to nagrała album jednak wielki. Ocena: 8/10.

Jon Hopkins – Immunity

JONHOPKINSPRESS1.jpgNie słucham za wiele muzyki elektronicznej, ambient techno i psychodelicznego dubstepu. Zwłaszcza w ostatnim czasie, gdzie w moich głośnikach dominuje hip-hop. Jest jednak jedna płyta, którą słucham od dłuższego czasu a najczęściej w samochodzie podczas wieczornych manewrów na trasie 44. Jest to „Immunity” Jona Hopkinsa.

Jon Hopkins do tej pory funkcjonował dla mnie jako współautor „Diamond Mine”, które nagrał z Kingiem Creosotem. Płyta ta poruszała się w regionach alternatywnego folku i oparta była na klawiszach i gitarze klasycznej. Jednakże sam Hopkins od 2001 roku zajmuje się muzyką elektroniczną. Warto także w tym miejscu wspomnieć o jakiego współpracy z Brianem Eno, który jest w pewnym stopniu jego mentorem. A to dobry prognostyk dla każdego artysty zajmującego się ambient techno. Przed ukazaniem się wspomnianego wcześniej „Diamond Mine” miał na koncie cztery albumy, które oprócz „The Art of Chill 2” stoją do równym dobrym poziomie. Piąty samodzielny krążek „Immunity” to zdecydowanie najlepsza muzyka jakąkolwiek stworzył.

jon_hopkins_immunity33-letni angielski producent nagrał materiał trwający równą godzinę. I jest to godzina prawdziwego transu ozdobionego kapitalnymi hookami i świetnym basem. Ciężko pisać o tego typu muzie ze względu na zjawiskowość jaką reprezentuje. Wszystko jest oparte na własnych przeżyciach związanych z tymi utworami. Dla mnie to idealny soundtrack do podróży samochodem w porach późnych na opustoszałych drogach. Słuchanie tej płyty w domu nie miało już takiego piorunującego efektu. Te 8 rozbudowanych i rozciągniętych do granic możliwości utworów to po prostu dobra klimatyczna muzyka. Nie ma utworu, który zasługiwał by na wyróżnienie, gdyż każdy stoi na tym samym wysokim poziomie. Każda piosenka ma pewien schemat, który jest zauważalny już przy pierwszym odsłuchu. Mianowicie utwory na „Immunity” rozpoczynają się niepozornie i z każdą sekundą swojego trwania się rozkręcają by na końcu nastąpiło gwałtowne lub bardziej rozciągnięte wyciszenie. Zauważalny jest także pewien podział płyty na dwie części. Początkowe utwory są bardziej głośne, transowe, na swój sposób taneczne. Natomiast druga część płyty jest bardziej senna, patetyczna i spokojna.

Generalnie wszelkie dobre oceny jakie ta płyta zyskała w mediach są w pełni uzasadnione a decyzja o nominacji do Mercury Prize także jak najbardziej zrozumiała. Z mojej strony mogę powiedzieć, że to kapitalny materiał na nocne odsłuchy. Najlepiej w samochodzie. Ocena: 8/10.