Playlist Grudzień

W chwilowo zapomnianym dziale Playlisty kilka „recenzji na życzenię” i nowa piosenka Much, która jakoś tak się dolepiła.

Pan Stian – Piosenka o emigracji. Fakt, że powstaje w Polsce coraz więcej projektów związanych z muzyka alternatywną oraz samym szeroko rozumianym ambientem to dobry znak. Rozwój znaczy postęp. Jednak ilość nigdy nie będzie tak ważna jak jakość. Pan Stian to projekt za którym stoi Sebastian Pypłacz. Piosenka o emigracji to utwór znajdujący się na nie dawno wydanej epce „Drugi ulubiony Organ”. Po przesłuchaniu tych nagrań nasuwa się od razu kilka oczywistych oczywistości. Recytacja tekstów z manierą podobną do Krzysztofa Ostrowskiego z CKOD, ma bez wątpienia na celu zakrycie braku umiejętności śpiewania. Jednak bez obaw, lubimy dużo wykonawców, którym ze śpiewem nie jest po drodze. Warstwa muzyczna, którą stanowią elektroniczne podkłady z skromnymi elementami gitary jest wyłącznie tłem do tekstów Pana Pypłacza. A z tekstami przy tych utworach jest tak jak z tym kawałem o Leninie: „Dzień pierwszy Lenin przemawia w radiu, dzień drugi Lenin przemawia w tv, dzień trzeci Lenin na pierwszych stronach gazet, dzień czwarty boje się zjeść konserwę”. Po prostu nie chce mi się słuchać o polityce, emigracji, konsumpcji, globalizacji, bezrobociu itd przy słuchaniu muzyki, która jest dla mnie taką ucieczką od tego całego świata. Szczerze mówiąc ani „Piosenka o emigracji”, ani żaden inny kawałek na Drugi Ulubiony Organ EP nie powalił mnie na kolana. Jest potencjał w tym co usłyszałem, jednak brakuje oryginalności i „tego czegoś” co by odróżniło tą muzykę od reszty. Plus za dobre podkłady, jednak jeżeli nie ma to być muzyka wyłącznie dla małych grupek studentów politologii to powinny pojawić się ciekawsze pomysły, teksty i rozwiązania.

posłuchaj

Pataconez – Maintfak. Jeżeli chodzi o rapcore to dla mnie to pojęcie, które zaczęło i zakończyło się na Rage Agaisnt The Machine. Po nich nie było już nic ciekawego. Obecnie rapcore ma problem znaleźć swój target nawet w gimnazjum, jednak rozumiem potrzebę tworzenia tego typu muzyki. Doceniam profesjonalny marketing, fajny klip (jak na zespół znany tylko w Lublińcu i okolicach) i ciekawy głos wokalisty. Jednak jest tylko jeden, aczkolwiek istotny mankament w tym wszystkim. Całkowity brak siebie. Całość co do nanosekundy wydaje się być idealną, profesjonalną zżynką z zespołów, których plakaty wiszą nad łóżkami członków Pataconez (z honorowym miejscem dla Limp Bizkit). Naśladowanie kogoś innego jest teraz modne, jednak jest to tańczenie na polu minowym. Już nawet Linkin Park zaczął grać coś innego a Fred Durst rzucił to badziewie dla porno biznesu i coverowania Who.

posłuchaj

Muchy – Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę. Niektórzy twierdzą, że Muchy się skończyły. Mówią, że po odejściu Piotra Maciejewskiego, który był dla Much tym czym dla Milanu Andrea Pirlo, zespół nie nagra już nic tak dobrego jak „Miasto Doznań”. Jednak najnowszy utwór, promujący trzeci album grupy, który ukaże się niebawem pokazuje, że nie należy stawiać jeszcze przy nich krzyżyka. „Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę” to typowy, muszkowy, energiczny kawałek. Z fajnym tekstem, jeszcze lepszym refrenem. Nowa płyta zapowiada się ciekawie, czekamy, czekamy.

posłuchaj

Świąteczna lista przebojów vol. 2

Dwa lata temu stworzyłem mini listę ze świątecznymi szlagierami (tutaj), gdzie znalazły się takie hiciory jak „Last Christmas’, „War is Over” czy też „All I Want from Christmas is You”. W tym roku mam dla was kolejne świąteczne przeboje, tym razem nie ograniczające się do mainstremowych świąt w radiu.

Na początek coś świeżego, coś co jeszcze nie zdążyło się otrzeć o uszy niektórych. The Raveonettes, które znamy przede wszystkim ze wspaniałego debiutanckiego „Whip it on” oraz występu na zeszłorocznym OFF Festivalu postanawia zaprezentować swój świąteczny utwór. Piosenka nagrana w ich stylu, czyli z prostą perkusją, skromną gitarą i podwójnym wokalem naszego duetu została wzbogacona dodatkowo o typowe świąteczne dzwoneczki, które dodają klimatu i świątecznego nastroju.

Teraz zupełnie coś z innej beczki. Pamiętajmy, że hiphopowcy też rapują o świętach! A któż mógłby to zrobić lepiej niż legendarne Run-DMC? Nasza dwójka przybliża nam jak wyglądają święta u nich na dzielni, gdzie w mikołajowym zaprzęgu psy zastępują renifery. Poza tym mamy typowe amerykańskie święta z kurczakiem na stole, prezentami pod choinką oraz udekorowanymi domami. „And That’s what Christmas is all About”

Sufjan Stevens swego czasu wydał całą serię fajnych, świątecznych kompilacji, które szczerze polecam, jeżeli chcecie posłuchać czegoś świątecznego oraz jednocześnie ambitnego i nie zalatującego banałem. Wybrałem mój ulubiony utwór ze zestawu Kolęd Sufjana Stevensa. Wersja „O Holy night” w wykonaniu Sufjana jest z pewnością czymś wybitnym. Ogólny Sufjanowy styl, z damskimi chórkami i banjo w tle, narastające napięcie, wyczekiwanie, wejście perkusji w momencie kulminacyjnym utworu i spokojne zakończenie. Sufjan upiększa każde święta.

Świąta w zoo? Czemu nie? Ale tylko i wyłącznie z Wayne’m Coyne’m i to w części gdzie trzymają flamingi.

Także i szkocki zespół Mogwai zawarł swoją post rockową interpretacje świąt w Christmas Song. Na pierwszy rzut oka i ucha, jedyne co łączy ten utwór ze świętami to nazwa piosenki. Jednak pomyślmy, czy aby było świątecznie to zawsze  muszą być w tle dzwoneczki a w tekście słowa Merry Christmas, Santa Clause, Jignle Bell itd? Otóż Mogwaiowi udało się uchwycić ten klimat świąt bez tych wszystkich dodatków.

Na koniec piosenka znana i grana już kilka razy. Lecz bądźmy szczerzy, wersja nagrana przez Fucked Up przy pomocy kilku artystów kojarzonych z niezalowym środowiskiem (Yo La Tengo, Tegan and Sara, GZA, Ezra Koenig, Kevin Drew i jeszcze paru) jest o wiele lepsza od tej pierwotnej z Bono w składzie. Gitary Fucked Up dodały świeżości utworowi a wokale na prawdę fajnych artystów świetnie się w tym odnajdują.

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku od ekipy Paweuu alternativ!!

Dziun – A.M.B.A.

Ostatnio najgłośniej komentowany debiut w polskiej muzyce pop.

Dziun, która wcześniej gdzieś tam kręciła się wokół Indios Bravos, Pudelsów i Piotra Banach wydaje w tym roku własną, debiutancką płytę. Oprócz muzyki obecna w świecie mody. Pokazy mody, okładki magazynów oraz sesja w Playboyu. Niemalże człowiek renesansu. Jesteśmy naocznymi światkami jak posuwa się do przodu proces przenikania świata mody z światem muzyki.

Jednak nie chciałbym bardziej zagłębiać się w ten temat. Zostałem wywołany do głosu, gdyż po pierwsze spodobał mi się promujący singiel „Dobrze Jest” oraz fakt, że jak sama artystka się chwali na swoim blogu, jest to płyta z pogranicza popu i alternatywy. Czyli coś dla mnie. A.M.B.A. to płyta z pewnością dobrze wyprodukowana, mieszająca stylistyki i gatunki. Pop łączy się z R&B itd. Sama Dziun ładnie śpiewa, łudząco przypomina momentami nasza narodową najlepszą śpiewaczkę – Nosowską. Jednakże szwankuje parę rzeczy. Pierwsza najważniejsza: Teksty. Niestety stoją na niskim poziomie, wręcz momentami prymitywnym. Troszkę irytują, co przeszkadza w odbiorze albumu. Po drugie sama Dziun wydaje się momentami nie prawdziwa. Ja wiem, że promocja wymaga przyjmowanie różnych pozycji, ale to co cenię najbardziej u artysty to szczerość. A tego tutaj mi zabrakło.

Sam materiał na płycie uważam, za równy. Do lajtowego, niezobowiązującego słuchania pasuje i pod tym względem większych uwag nie mam. Gdyby tak wyglądały wszystkie płyty popowe w naszym kraju to znacznie lepiej by się żyło w Polsce. Z pewnością pop spod znaku Dziun stoi wyżej w hierarchii muzycznej niż nie jeden artysta lansowany z uporem maniaka przez radio. Natomiast „Dobrze jest” na chwilę obecną może być naszym hymnem narodowym w związku z wylosowanymi grupami na Euro 2012. Coś jeszcze miałem napisać, ale mi się zapomniało. Posłuchajcie. Ocena: 5/10.

Posłuchaj