Atlas Sound – Parallax

Najchudszy człowiek świata wydaje jedną z najgrubszych płyt tego roku.

Bradford Cox pomimo chorób, które dręczą jego ciało jest jednym z najbardziej płodnych artystów ostatnich 5-6 lat. Pomijając Atlas Sound, który wydaje się być jakby tym „drugim” projektem mamy jeszcze przecież Deerhuntera, który przynajmniej raz na dwa lata wypuszcza coś nowego. W przerwach jednak Bratford działa jako Atlas Sound a tej jesieni pokazał się już trzeci album tej solowej formacji. I co by nie mówić ta nowa płyta jest na bardzo dobrym poziomie.

Mi osobiście bardziej się podoba niż poprzednie wydawnictwa Atlas Sound (Nie będę natomiast porównywał tej płyty do płyt Deerhuntera). Bradford Cox ma głowę i serce do pisania ciekawych, fajnych piosenek. Parallax to zlepek 14 świetnych utworów. Zaczyna się od energicznego i magicznego „The Shakes”. Jednak przy „Amplifiers” i „Te Amo” zwalnia tempa. „Mona Lisa” dostarcza sielankowej atmosfery przy countrowych dźwiękach klasycznej gitary i harmoniki. „Praying Man” podgrzewa atmosferę odpoczynku dzięki prostemu zabiegowi „sha la la la”. Natomiast przy „Doldrums” odpływamy w krainę chmur, gór, jezior i sadzawek. Plusior za gitarę w „Angel is Broken” oraz mega plusior za rewelacyjny „Lightworks„, gdzie każdy moment piosenki mimo swej banalności jest po prostu genialny. Całość kończy dwuczęściowy, intrumentalny „Quark Park„.

„Parallax” to mocno piosenkowy album, który wydaje się być pozycją obowiązkową tej wiosennej jesieni. Bardzo go przyjemnie się słucha, duże brawa dla Bradforda Cox’a. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Renton – Niech wszystko staje się lepsze

Nieco zapomniany warszawski zespół przypomina się rodzimym hipsterom prezentując drugi studyjny album.

Zapomniany to dobre określenie, bo porównując okres śmigania „hey girl” w reklamówkach Ery i szum wokół debiutu grupy do ostatnich miesięcy pokazuje znaczną różnicę. Jednym słowem można to określić: CISZĄ. Po drodze oczywiście była chęć podbicia Eurowizji z „I’m Not Sure”, jednak polskie „osłuchane” społeczeństwo szybko zweryfikowało ich zapędy. I tak o to Renton, bez żadnej presji, żadnej napinki wydaje drugi krążek nazwany przekornie „Niech wszystko staje się lepsze”. Nazwa dobrze trafiająca w czasy greckich kryzysów, włoskich premierów i znikających znaków z polskich autostrad.

„Niech wszystko staje się lepsze” to album sympatyczny, miły w odbiorze. Pokazujący, że indie rockowa rewolucja nie jest obciachowa. By była bardziej przychylna polskiemu odbiorcy (Chyba zrozumieli, że Świata nie podbiją) całość w języku polskim. Ten zabieg całkowicie na plus, ponieważ teksty na Take-Off, które były napisane w języku Johna Lennona były „takie se”. Oczywiście te tutaj po polsku też jakoś nie błyszczą, ale po prostu bardziej pasują. Muzycznie nie ma większych zmian, jest energicznie, gitarowo i równo. Brakuje może typowych singli, które by miażdżył, ale to zupełnie nie przeszkadza w pozytywnym odbiorze tej płyty.

Rok 2011 póki co jest bogaty w ciekawe rodzime propozycje muzyczne. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

The Kurws – Dziura w Getcie

Czas na recenzje jednej z najciekawszych polskich płyt wydanych w tym roku.

Muszę przyznać, że pomysł na zespół przypadł mi do gustu. Zabawna, ironiczna nazwa (świadome nabijanie się ze wszystkich zespołów The cośtam’s), granie muzy instrumentalnej, tytuły piosenek w stylu mogwaia („The Kurws Dzieciom”) no i na koniec energiczny, ciekawy materiał na płycie. Sam zespół o sobie pisze tak: „The Kurws powstało w maju 2008 roku, jako spontaniczna konsekwencja sesji ping-pongowej, która zeszła do podziemia, gdzie tkwi do dziś. Sięgnęli po brzmienia wyrastające z tradycji punk-rocka jak i rock’n’rolla, garage/surf, kraut-rocka, zgniłego funk, nowojorskiego no-wave czy brytyjskiej sceny post-punkowej.”

Jako były „ping-pong’owiec” naszego lokalnego klubu przybijam piątkę. Kurws to z pewnością najciekawszy debiut tego roku. Mimo, że sama płyta Dziura w Getcie powyżej siódemki nie podskoczy i generalnie dupy nie wyrywa to ja i tak bije brawo. Ciężko w naszym kraju wybić się bez takiego radiowego singla. Jednak jeszcze ciężej jest nagrać dobrą, równą płytę, która zaciekawi. A to im się z pewnością udało. Zabawa z psychodelicznymi odjazami Franka Zappy i przełożenie ich na nasze polskie, szare i brudne podwórko zdała egzamin. Mam nadzieje, że zagrają hymn Polski na Euro 2012. Ocena: 6/10.

posłuchaj