Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro

8pietroPewien mój znajomy zapytany przeze mnie czym tak na prawdę jest prawdziwa muzyka odpowiedział mi zadając pytanie czy wiem co to podwójna stopa. Odpowiedziałem, że wiem, ale co to ma do znaczenia? Dla niego utwór bez podwójnej stopy to nie muzyka.

Dla mnie niekoniecznie. Taki Kombajn Do zbierania Ku Po Wioskach nie ma w sobie nic z „podwójnej stopy” a jest to muzyka pełna gębą. Muzyka najlepsza. Muzyka plądrująca moje uczucia. Pomijając dokonania takich grup jak Lenny Valentino, Myslovitz czy Cool Kids of Death można stwierdzić, że wydali oni najlepszą płytę tego dziesięciolecia (w tym kraju). Płyta oczywiście bez pomocy mediów w niszowych kręgach zyskała status kultowej wręcz. W moim osobistym rankingu ścisła czołówka. Walcząca gdzieś tam z dokonaniami Radiohead czy Arcade Fire.  I nie zmienia się to odkąd usłyszałem tą muzykę wracając samochodem z Rybnika do Mikołowa.

Dla mnie ta płyta to jakieś pierdolone sacrum, Alfa i Omega polskiej muzyki rockowej. Zdaję sobie sprawę, że wielu narzeka, że to nazwa długa i mało zrozumiała, teksty jakieś zbyt wymyślne. Jednak takie argumenty nie przeszkadzają w ubóstwianiu Trail of Dead czy też liryki tworzonej przez Thoma Yorke’a. Czemu polskie nawiązanie miałoby być gorsze? I nie jest to kwestia wiary jak w przypadku Comy. Gdyby zestawić te zespoły obok siebie to Coma byłaby zwykłą dżdżownicą a Zagański i reszta penisem Płetwala Błękitnego. Więc teza postawiona przez pewnego recenzenta mówiąca o tym, że Kombajniści to alternatywa dla Comy świadczy nie najlepiej o tejże osobie.

Wracając do płyty. Nuty, które nam serwuje KDZKPW to lekko depresyjne melodie dobre na jesień i… na wiosnę! Tak, tak. Mimo wszystko jest jakaś pozytywna strona, która nie dołuje a rozwesela. „Idzie wiosna”.Nawiązania są widoczne a raczej słyszalne od pierwszych sekund 8 Piętra. Brytyjska scena niezależna lat 90. Jednak nie taka jak w wykonaniu Mysłowickich grup, które z lekksza się powtarzają na każdej płycie. Paweł Koprowski świetnie zgrywa gitarę z resztą przez co mamy zajebistą melodyjność na płycie. Brak tu jakiś brudnych, hardkorowych szarpanin. Wszystko na lajcie, spokojnie, łagodnie. Marcin Zagański pieści ucho swoim lekko zachrypniętym głosem, porównywanym do wokalisty Cooper Temple Clause.

Teksty. Najlepsza rzecz z całości. Skumajcie te linijki: „straszę żeby zapomnieć jak bardzo sie was boję”, „Znowu wydaje mi się, że jestem Batmanem mam ogonek” albo „I, że na zewnątrz Bolek i Lolek piją czaj”. Niby głupie a takie fajne. Idealnie wkomponowane w muzykę. Połączenia to ogólnie mistrzostwo pod względem muzyki jak i tekstu. Każda linijka porywa a szalejąca gitara niszczy umysły. Warszawa jest w ciul klimatyczna. Niektórzy mówią, że przydługa. Je polecam założyć słuchawki na uszy i przebujać się w nocy przez miasto z tym utworem w tle. Doznacie. Waniliowe Niebo ma zbyt niebezpieczną końcówkę. W ogóle trzeba zauważyć, że utwory na płycie im dłużej trwają tym się bardziej rozkręcają. Prezent, Waniliowe Niebo, Połączenia czy też Białe Kwity. Na koniec KDZKPW zapodaje nam akustyczna Śnieżkę. Tak jak na koniec sms-a dodaje się emotionka 😉

Reasumując, 8 Piętro to klasyka polskiej alternatywy, znajomość wręcz obowiązkowa. Ocena: 10\10.

P.S. Dziś mijają już dwa lata istnienia tego wspaniałego blogaska. Dzięki za miłe słowa. Ja mam także zajebistą informacje. Radiohead w sierpniu w Polsce! Także do zobaczenia w Poznaniu.

Lily Allen – It’s Not Me, It’s You

lily-allenDobra. Porcys już był i Screenagers też. Bo w sumie to takie super new indie pisać o tego typu wykonawcach w swoich recenzjach. Żeby pokazać, że się słucha wszystkiego. Nie tylko Modest Mouse. Dobra. Ja też tego słucham. Indie.

Piszę też o tej płycie bo jak na razie nie mam zbyt dużego wyboru wśród nowych wydawnictw. Moje postanowienie noworoczne: WIĘCEJ PISAĆ! Jak widać dupsko z tego jest. Wy też pewnie postanowiliście sobie więcej komci skrobać. I też nic z tego nie wynika! Wiecie, że za każdy komć dostaje 5 centów? Wspomóżcie biednego studenta. Prima Aprilis. Nic nie dostaje, ja się tutaj spełniam w sensie, że się lansuje bo to takie indie.

Lily to też takie indie. W ogóle pop jest indie. Shit. Wszystko jest indie, więc napiszmy indie recenzję. W chuju mam, że Lily Allen robiła gały w ogólniaku. Po jej twarzy od razu było to widać, ale nie mówiłem tego głośno, żeby nie zepsuć efektu indie. Mam gdzieś teksty o ćpaniu, rozpuście, ulicy. Tekst z przekazem czy bez. Teksty z podtekstami politycznymi. Nie bulwersuje mnie jej postać. Tu głównie chodziło o melodyjność piosenek i ten słodziutki głosik w ciele tandetnie ubranej lodziary. Jeżeli chodzi o ubiór to wiele się zmieniło. Na plus.  Jak zobaczyłem w tv teledysk do The Fear to nie poznałem jej i w zasadzie wyglądała zachęcająco. Melodyjność i głosik pozostaje. Supcio.

Płyta ogólnie, jak na pop bez zobowiązań daje radę. Da się to puścić mamie w drodze do kościoła i dziewczynie, i starszej siostrze, i indie bratu, i babci (zakładając, że nie zna angielskiego). No kumplom na osiedlu z komórki tego nie puścimy. Mówiąc prościej, da się tego słuchać. Momentami jest kolorowo, momentami troszkę płyta przynudza. Dlatego nie może być lepiej niż 5. Klawisze wyrwane z zabawek dodają dodatkowego smaczku do i tak słodkiego głosiku Lily. Never Gonna Happen jest świetne. Tu tak bardziej urozmaicono melodię. Singiel The Fear daje radę i dobrze, że to on promuje płytę. Ocena: 5\10

P.S. Wiecie, że będzie na Openerze? Jak macie lasta to wiecie.


…And You Will Know Us By the Trail of Dead – The Century of Self

trailofdeadPo Amerykanach z Trail of Dead chyba już nikt niczego nie oczekuje od nagrania  Source Tags & Codes. I w sumie trochę smutno mi z tego powodu.

Bo jak się okazuje oni są w stanie nagrywać dobre płyty. Do poziomu z 2002 roku na pewno nie nawiążą już nigdy, ale są w stanie nagrać jeszcze trzymająca się kupy i nie nudzącą płytę. Tak to już jest z tymi legendami rocka, indie rocka. Nie wiadomo czego od nich już oczekiwać. Ja o najnowszej płycie chłopaków z Teksasu dowiedziałem się parę dni temu. Jakoś nie czekałem na te najnowsze wydawnictwo. Po prześledzeniu recenzji płyt Trail of Dead można wywnioskować, że nie ma najmniejszego sensu oczekiwać na nowsze wydania przy ich tendencji spadkowej. Jednak teraz wszem i wobec ogłaszam, że ONI SIĘ ODBILI od czasów So Divided.

Może nie ma niczego odkrywczego na tej płycie a nawet zalatuje małą wtórnością i samo kopiowaniem to jednak da się tej płyty słuchać w wolnych chwilach z zarumienionymi policzkami. Dalej dają kopa jak to miało miejsce na Source of Tags & Codes, dalej jadą na dwa nakładające się na siebie wokale, jest melodyjnie, z pazurem, rozbudowane aranżacje, patetyczne intro, patetyczne outro. Dodatkowo pojawia się dużo klawiszy. Skumajcie Insatiable One i Insatiable Two (gdzie wałkują dalej ten sam motyw). Jak to pierwszy raz usłyszałem to skojarzył mi się Bellamy popierdalający na swoim szklanym pianinie. Generalnie OK a jak OK to znaczy, że można posłuchać. Nie chce mi się dalej rozwodzić na tą płytą. Ocena: 6\10.

Najlepsze jest to, że byłem pewien, że już pisałem kiedyś właśnie o ich płycie z roku mundialu w Korei i Japoni. Jednak po przejrzeniu archiwum okazało się, że nie… Muszę to nadrobić!

Posłuchajcie sobie utworów z nowej płytki.