Jeff Buckley – Grace

graceMacie takie płyty na które nie powiecie ani jednego złego słowa? Takie płyty, które polecicie komuś bliskiemu? Bez zastanowienia. Tak po prostu. Takie płyty o których zawsze będzie się pisać dobrze? A wykonawcę zachwalać w nieskończoność? Ja taka jedną płytę właśnie teraz słucham i o niej chce napisać.

Jeffrey Scott Buckley nagrał w swoim krótkim życiu płytę ideał. Można w zasadzie powiedzieć, że został stworzony tylko po to by nagrać „Grace„. Kilka dni przed wydaniem drugiego albumu zmarł tragicznie tonąc w rzecze Missisipi. Czyżby taka była wola z góry? Można wiele na ten temat rozmyślać. Jednak Jeff był już bogiem żyjąc na ziemi. Bogiem muzyki. I mimo, że już nie żyje to pamięć o nim nie znikła. Wciąż są wydawane jego pośmiertne albumy. Chodź w tym momencie zawsze się zastanawiam czy chodzi o pieniądze czy o okazanie hołdu artyście? Oczywiście nikt nie robi mu ołtarzyków jak na przykład Cobainowi. Mu to nie jest potrzebne, bo on był na prawdę wielki. On nagrał „Grace„.

Nie wiem co napisać o muzyce na tej świetnej płycie? Żadne słowa w pełni tego nie opiszą. Postać Buckleya opisuje sama muzyka. I jeżeli mamy taki właśnie przypadek, że artystę opisuje to co stworzył to znaczy, że mamy do czynienia z wielkim artystą. W tym momencie przed recenzentem jest trudne zadanie. Pisać o muzyce Jeffa Buckleya to tak jak pisać o samym Bogu. Mogę powiedzieć, że jeżeli istnieje coś takiego jak muzyka doskonała to taką muzykę właśnie tworzył chłopak z Kalifornii. Cała płyta to jego dzieło. Multiinstrumentalista. Obecnie takie rzeczy to rzadkość. Mamy gwiazdę: „Tu masz tekst, my zagramy, ty tylko śpiewaj. A jak zafałszujesz to spoko mamy od tego programy komputerowe”. Jeff to przykład jak być wielkim.

I co tu więcej napisać? Szkoda słów. Grace trzeba posłuchać by zrozumieć. Inaczej się nie da. Ocena 10\10. Hallelujah

Iowa Super Soccer – Lullabies To Keep Your Eyes Closed

Polska muzyka nie jest tak wieśniacka jakby to się mogło wydawać. Gdzieś pomiędzy takimi wykonawcami jak Feel, Gosia Andrzejewicz i Verba istnieją zespoły, które potrafią grać i to robią. Mimo, że nie mają sławy, pieniędzy to czuć, że jest to prawdziwe. W Mysłowicach nie brakuje tego typu zespołów. A ostatnio Iowa Super Soccer w pełni pozwala nam zapomnieć chociażby o Myslovitz.

Przyznam, że z początku obawiałem się, że może ten debiut okazać się zupełnym nie wypałem. Bałem się przynudzania a la Negatyw i wtórności w stylu Gutierez. W końcu Iowa to składanka z tych zespołów plus Twisterella i Peru, których akurat szczerze mówiąc nie znam. Na szczęście się myliłem. Bo Iowa to zupełnie nie ten typ muzy. Żadne indie, żaden rock’nroll, żadne gothic techno. Czuć, że ta ich alternatywność nie jest sztuczna. Bo jak wiadomo obecnie alternatywa to nie alternatywa. W całym tym pozerstwie dookoła widać u nich prawdziwą chęć tworzenia. A to, że nagrywają po angielsku to nie oznacza, że chcą być jak chociażby Out of Tune. Bo ich teksty przynajmniej o czymś są.

Obawa nr 2. Natalia Baranowska plus Michał Skrzydło. Jakoś zawsze byłem negatywnie nastawiony do damskich wokali w rock grupach. Może przez to, że jak ktoś mi mówi kobieta rock to od razu mam przed oczami takie coś. Jednak okazało się ok. Jest to duży plus. Wokale się fajnie uzupełniają i mi się to nawet podoba. A nawet powiem, że Natalia ma bardzo przyjemny dla ucha głos. Miło się tego słucha.

Na płycie jest melancholijnie, akustycznie, spokojnie, pogodnie. Nutki w sam raz na okres jesieni, który trwa i nie odpuści. Aura jest dołująca, ale przy takiej muzyce jakoś lżej się to znosi. Na długie jesienne wieczory Iowa jak najbardziej. Ja akurat mam tak, że na jesień ostro napierdala się u mnie Radiohead, KDZKPW, Arcade Fire i te klimaty. Ostatnio dodałbym do tego jeszcze właśnie polski debiut z Mysłowic. Na wiosnę pewnie wrócę do lajtowych klimatów a la The Strokes czy Kooks, jednak zima u nas na arktycznej Polsce jest długa więc często będę wracał do tych zespołów pewnie.

Reasumując. Iowa Supers Soccer daje radę. Na polskie realia są naprawdę wartościowym zespołem. Gdyby debiutowali na przykład w Anglii to by pewnie zginęli gdzieś pomiędzy indie zespolikami na MTV2. W Polsce mają już jakąś określoną liczbę słuchaczy na których mogą liczyć. Nazwę mają zajebistą. Taka z amerykańska. Podoba mi się. Z pewnością inspirują się artystami z United States of America. Ogólnie mysłowicki band to mocny punkt jeżeli chodzi o odkrycia, debiuty 2008 roku nad Wisłą. Rentony i inne się chowają. Ocena: 6\10. I na koniec The River.

Mogwai – The Hawk is Howling

Ciężko jest być żyjącą legendą. Taki Kurt Cobain poszedł na łatwość. Nagrał co miał nagrać, spierdolił z tego Świata i do dziś nastolatki robią ołtarzyki z jego zdjęciami. Mogwai natomiast ma ten problem, że to co mieli zrobić już zrobili i wątpię by kiedykolwiek nagrali coś lepszego niż Young Team.

Dodatkowym problemem jest to, że oni za bardzo nie mają pola do manewru jeżeli chodzi o eksperymenty i nowości. Bo co oni mogą nowego wprowadzić? Wokal? Chyba nikt nie chciałby takiego Mogwaia. Mają zmienić styl? To już lepiej pod inna nazwą. Nie chciałbym nigdy zobaczyć Mogwai na MTV2 grający electro-indie-pop. Jedyna opcja to kroczyć ciągle tą samą post-rockową drogą. Jednak już powoli zaczyna się to nudzić. I tak źle, i tak niedobrze.

Mimo wszystko The Hawk is Howling to próba wyjścia z twarzą po nieudanych ostatnich płytach jakimi był Mr. Beast oraz Zidane: a 21st Century Portrait. Udana próba w każdym razie. Bo na płycie jest wiele dobrych momentów. Pojawia się nastrojowość z której są bardzo dobrze znani oraz powoli narastające tempo. I tak można wymieniać w kółko. Wydaje się, że Mogwai jest w tym momencie swojej kariery gdy kopiuje się już samego siebie. Sama płyta jest nawet dobra. Tylko o co chodzi? Od takich zespołów jak Mogwai wymaga się zawsze więcej. Sami sobie postawili taka poprzeczkę. I teraz mają do wyboru: albo ją przeskoczą nagrywając płytę, która zmiażdży każdego, albo przerzucą się na nagrywanie ścieżek dźwiękowych do hollywoodzkich superprodukcji. Druga opcja jest bardziej realna gdy się czyta wiadomości dotyczące szkockiego zespołu.

Jednak tak czytając teksty piosenek można dojść to paru wniosków. Trzeba z góry zaznaczyć, że nazwy piosenek to jedyna liryka w twórczości Mogwaia. I’m Jim Morrison I’m dead. Czyli co? Jestem już legendą, już nie żyję. Czyżby pogodzili sie już z tym, że nikt ich nie będzie oceniał z nowe płyty tylko za Young Team? Local Authority? Nagrywacie już tylko dla swych wiernych fanów? Thank You Space Expert. Tu bardziej ironicznie. Chyba nic z tego sobie nie robią. I to jest najważniejsze. Pozostawać sobą. Ocena: 5\10 Posłuchaj utworu Batcat