MGMT – Oracular Spectacular

MGMT albo The Management (jak kto woli) wydali w tym roku płytę o rymującej się nazwie. Już w 2007 mówiono, że ten zespół może namieszać w 2008 roku. Czy namieszał? Czy odkrył coś nowego? Czy odświeżył zasyfioną półkę z napisem Indie Rock’nRoll?

Nie, ale warto i tak posłuchać tej płyty. Opowiem wam jak to było ze mną. To opowieść długa i smutna. Był to już rok 2008. Paweuu zirytowany po szkole siedział z nudów przed telewizorem. Zapodał sobie MTV2. Akurat leciał program z nową muzą. Spanking New Music. Nigdy nie lubił tego programu. Przez godzinę puszczanie beznadziejnych zespołów co chcą być fajne, chcą być indie, ale nie umią i śmierdzą pozerstwem. To go wkurzało, ale oglądał to bo wydawało mu się to lepsze od przebojowych pozerów na innych stacjach. W pewnym momencie puścili pierwszy singiel MGMT. Paweuu patrzy. Pierwsze co mu przyszło do głowy to Klaxons. Melodia fajna, ale to i tak kolejne lamusy co chcą być jak Klaxons. Nawet fryzura podobna. Potem jakiś czas później zobaczył ten teledysk na polskim kanale 4Fun.tv. Pomyślał sobie: „chyba jest gorzej niż myślałem..”. I od tego momentu Paweuu był utwierdzony w zdaniu, że MGMT to pozerzy. I trwał w tym przekonaniu jakiś czas aż nie trafił na recenzje płyty. Same dobre oceny. Przeczytał, że fajnie grają na koncertach. Dowiedział się, że warto posłuchać. Paweuu zdobył płytę, przesłuchał i zmienił zdanie. I żył długo i nieszczęśliwie. Fin

Chcę wam powiedzieć, że ta płyta mimo głupkowatych i kiczowatych teledysków jest na prawdę w porządku. Chcę powiedzieć, że Time to Pretend to niekoniecznie najlepsza piosenka na płycie. Chcę powiedzieć, żebyście spróbowali zanim wyrobicie sobie zdanie. Pierwsza część płyty powinna się spodobać każdemu. Bardzo melodyjna, wesołe nutki. Mi najbardziej przypadł do gustu „Kids” oraz „The Youth”. Pierwszy wpada w ucho z powodu banalnej melodyjki a w drugim podoba mi się wokal. Generalnie mocno hiciarska jest ta pierwsza część płyty. Dalej jest mniej przebojowo, ale to nie oznacza, że gorzej. Całość prezentuje się dobrze i fajnie się tego słucha. Szybko leci czas przy tej płycie, naprawdę. Płyta ma swój niepowtarzalny klimacik.

Dla zachęty dodam, że oni są z New York City. Z miasta The Strokes, Interpolu, LCD Soundsystem i innych wymiataczy na rynku. Być może w niedługim odstępie czasu MGMT także znajdzie się na tej liście. Debiut mieli mocny i są jak na razie jednym z faworytów do Paweuu Alternativ Blog Awards w kategorii zagraniczne odkrycie. Ocena: 7\10. Enjoy!

P.S. Od tej pory do każdej recenzji będę zapodawał link do najlepszego moim zdaniem utworu na płycie. Pojawiły się glosy, że tak by było dobrze. Tak więc zapraszam do przesłuchania utworu Kids.

Coldplay – Viva La Vida or Death And All His Friends

Słabą porę wybrałem na napisanie tej recenzji. Koniec wakacji. Jutro dzieci idą do szkoły, trzeba wracać z urlopów bo od jutra do pracy. No, ale jeszcze dziś są w sumie wakacje czyli nie tak najgorzej.

A dlaczego wspominam o wakacjach? No bo muzyka Coldplay to takie wakacyjne granie, raczej nic poważnego. Muzyka oczywiście z najnowszej płyty. Nie mam zamiaru obrażać Parachutes. No właśnie, Parachutes. Coldplay to wydał. Niewiarygodne, że słuchając Violent Hill myśli się: „Moment, moment oni nagrali Parachutes. Don’t Panic to ich! Jak oni to zrobili? „. A teraz? Teraz Coldplay to częsty gość na antenie RMF FM, Viva Polska, Popcorn itd. To poważny problem dla zespołu, który kiedyś nagrywał ambitne utwory a teraz tylko 3 minutowe brzdąkanie o którym się zapomina wraz z przyjściem jesieni. Chris Martin nie dostrzega raczej tego problemu. W jednym z wywiadów na MTV mówił, że obecnie ich jedyny problem to fakt, że nie są już tak sexy jak kiedyś… [*]. Poza tym mają się dobrze. Płyta się sprzedaje, nie muszą jej rozdawać na necie za darmo. Martin nagrywa sobie z Kenye Westem. Wszyscy są szczęśliwi.

Viva La Vida or Death And All His Friends w sumie miała być inna, mówiono o jakiś eksperymentach. Czy tym eksperymentem jest używanie dzwona zamiast perkusji? To w jednym z singli. Zabawny ten utwór. Nawiązuje do bogatej twórczości Alizee, która kiedyś zabrała swoją młodszą siostrę na dyskotekę. Czy ich naprawdę nie stać już na coś ambitnego? W niektórych utworach można usłyszeć fragmenty dobrej, naprawdę dobrej muzyki. Jednak po czasie coś się wali. Martin wymyśla coś tak absolutnie słabego co rujnuje cały utwór. Przykład? 42 chociażby: „zaczyna się mistrzowsko, rozkręca się mistrzowsko, a potem w 2:45 piosenka przechodzi w coś, co sprawia że aż mi łezka się w oku kręci… bynajmniej nie ze wzruszenia.” – Podpisuje się z powyższym stwierdzeniem. Jednak te fragmenty, dobre fragmenty dają do myślenia. Oni mają możliwości by nagrać dobrą płytę. Mogą tworzyć ambitne piosenki. Tylko coś stoi na drodze. Pieniądze? Jak nie wiadomo o co chodzi do chodzi o hajs. A może już teraz chcą być drugim U2? Nagrywać piosenki z Green Day o świętych? Nie wiem co siedzi w głowie Martina. Mam nadzieję, że słucha czasami Parachutes i zastanawia się: „a może by tak znowu…”. Tym czasem 4\10 dla Viva La Vida or Death And All His Friends.

P.S. Mogli by w sumie zmienić nazwę z Coldplay na Goldplay bo ich granie już nie jest takie cold jak kiedyś.

Cut Copy – In Ghost Colours

W końcu kiedy jest już po wszystkim (po Offie), można przejść do normalnego trybu życia. Wracam do pisania recenzji płyt, które słucham. Zawsze się zastanawiałem dlaczego na portalach muzycznych brakuje recenzji płyt z czasów przed istnieniem internetu. Tak zwanej klasyki. Pierwszych płyt Radiohead, początków Yo La Tengo itd. Teraz wiem, że brakuje czasu bo trzeba pisać na bieżąco o nowościach na rynku. Ja tak mam, tyle, że od czasu do czasu napiszę coś o starszej płycie. Jednak muszę pisać więcej o nowościach. By znaleźć czas na wszystko sporządziłem listę płyt z roku 2008 o których napiszę. W tym momencie wykreślam z niej Cut Copy.

Cut Copy to zespół, który odkryłem w tym roku gdy usłyszałem Hearts on Fire, czyli kawałek, który jest uważany za parkietowy wymiatacz 2007 roku. Ciężo się z tym nie zgodzić. Pomyślałem, że skoro nagrali taki zajebisty kawałek to musi być tego więcej na ich drugiej płycie. Nie myliłem się. Na płycie jest 15 zajebiście mocno popowych utworów. Australia to piękna kraina rodząca zajebistą muze. U nas w Polsce pewnie nikt nie nagra czegoś podobnego, choć niektórzy wspominają w tym momencie o Papa Dance. Tyle, że niektórzy mają chyba większe poczucie humoru niż ja. Natomiast porównywać Cut Copy do indie popu, który serwuje MTV2 to tak jak porównywać Linkin Park do Rage Against the Machine. Nie ma porównania. Cut Copy rządzi na całej lini.

Spotkałem się z opiniami, że Cut Copy to gejowski zespół, którego słuchają homoseksualiści. Jeżeli to prawda, to ja chcę być gejem. Nic mnie nie powstrzyma przed odpaleniem tej płyty. In Ghost Colours to póki co najlepsza płyta, którą słuchałem w tym roku. Zajebiste nutki, wpadające w ucho melodie, teksty. Życzyłbym sobie by było więcej takich zespołów. Może Rojek sprowadzi ich za rok do Mysłowic. W końcu zna się na muzie i czyni cuda (a ja znowu o Offie). Wracając do płyty. 15 kawałków. Punkt kulminacyjny to oczywiście Hearts on Fire. Dużo tanecznych melodii. Powinno się spodobać każdemu już po pierwszym przesłuchaniu. Zachęcam do spożywania muzy zespołu Cut Copy. Ocena: 9/10.