Jedyny weekend w roku, kiedy Zabrze nie zasypia – relacja z Carbon Silesia Festival 2025

W miniony weekend w dniach 13-14 czerwca odbyła się piąta edycja Carbon Silesia Festival. Sztolnia Królowa Luiza ponownie zapełniła się ludźmi spragnionymi tanecznej muzyki i dobrej zabawy. Dla mnie to był czwarty Carbon z rzędu, i ponownie stał na wysokim poziomie! Dzikie tańce przy Dam Swindle, piękne emocje na The Blaze, zimny Brooklyn Brawery i wiele świetnych ludzi dookoła. Czego chcieć więcej? Bardziej szczegółowo na temat zabrzańskiego festiwalu piszę poniżej.

Dzień I

Trzynastego w Piątek, wcale nie przynosi pecha. Wręcz przeciwnie, w miniony piątek było samo szczęście. Imprezę na Carnall Stage rozkręcali pierw Omson, a później Duszne Granie. A pierwsze wokalne popisy prezentował BAASCH. Przyznam szczerze, że nie słucham na co dzień Bartosza Schmidta i nie jestem nigdy na bieżąco z jego wydawnictwami. Jednak, gdy mam okazję to sprawdzam go live. I tak było tym razem. Niestety tym razem jego występ był rozczarowująco nudny. Być może to nie była pora dla niego, może nie ten vibe a być może jego nowe piosenki nie podeszły mi zbytnio. Zupełnie inna energię zaprezentowali Rysy na Lipton Main Stage. To ich trzeci występ na Carbonie i pierwszy na dużej scenie. I tutaj sprawdzili się kapitalnie! Świetna energia i dobry kontakt z publiką. A co więcej, piosenki z najnowszej płyty „4GIVE” na żywo brzmią rewelacyjnie. To był ich najlepszy koncert na jakim byłem.

Spore oczekiwania miałem wobec Dam Swindle. Przed festiwalem sprawdzałem (a w zasadzie poznawałem) wielu artystów mających zagrać na tegorocznym Carbonie i holenderski duet najbardziej mnie urzekł. Być może bardziej by się sprawdzili na dużej scenie, ale Carnall Stage gościł wcześniej wielu znakomitych DJ-ów, także dobrze było ich usłyszeć na mniejszej i bardziej kameralnej scenie. I co tutaj dużo mówić? Wybawiłem się świetnie, ta muzyka porywa wprost do tańca. Być może set nie zawierał tych, kawałków, które najbardziej mnie urzekły na ich płytach, ale i tak było wybornie. Zabawa była tak świetna, że na występ Rudim3ntal zabrakło już sił. Co prawda słuchałem ich na spokojnym, medialnym uboczu. Fajnie, że zagrali swoje największe, radiowe hity bo tego głównie mi zabrakło podczas zeszłorocznego SnowFestu, gdzie byli głównym headlinerem. Na koniec sprawdziłem przez chwilę zabawę na Carnall Stage i Jungle Stage. Na tej pierwszej grała Cinthie i tutaj działo się wiele. Z kolei na zalesionej scenie wystepował Truant, i jego występ lepiej wspominam na tegorocznym SnowFest.

Dzień II

Drugi dzień w Zabrzu rozpocząłem od koncertu Noviki i Sambora. Pani Katarzyna Nowicka regularnie zjawia się na festiwalach organizowanych przez Igora Fleiszera. Czy jako artysta, czy gość zawsze można ją spotkać zarówno Zabrzu jak i Szczyrku. Bardzo fajna energia, i w odróżnieniu od BAASCHA Novika potrafiła przekazać słuchaczom swoje pozytywne emocje. Mieszane odczucia miałem po występie Decius Soundsystem. Londyńczycy mieli piękną oprawę wizualną, ale na obrazie moje pochwały się kończą. Nie trafili do mnie, wokalista a raczej facet z mikrofonem był za bardzo ekspresywny, a momentami wręcz komiczny… Coż…. Dobry moment na uzupełnienie płynów i zasobów żołądka, bo potrzeba energii dla występu dnia!

A tym był francuski duet The Blaze, który w zeszłym roku gościł na OFF Festiwalu. Przyznam szczerze, że ich występ był RE-WE-LA-CY-JNY! Prawdopodobnie jeden z najlepszych w dziejach Carbona, a na pewno najlepszy tej edycji. W ogóle zakochałem się w ich muzie, do tego stopnia, że głównie słuchałem ich przed festiwalem i nie słucham niczego innego po jego zakończeniu. Usłyszeć na żywo takie utwory jak: „She„, „Territory„, „Juvenile” czy też „Eyes” to było coś wspaniałego. Co prawda goście raczej bez większych emocji odgrywali kolejne kawałki, ale ten materiał sam się broni, i sam zachęca do tańca. Znajomi długo nie mogli mnie namierzyć, tak mnie wciągnął The Blaze. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą do Polski, w razie co, będę WAS informował. Grająca na Carnall Stage La Fleur świetnie ciągnęła dalej imprezę rozpoczętą przez The Blaze. Dobrą robotę robił także Roman Flugel, ale jego usłyszałem już tylko krótki moment, gdyż pora było wracać, a słońce już powoli wschodziło.

Podsumowując, piąta edycja Carbon Silesia Festival okazała się ponownie udana. Dobry wybór headlinerów, oraz ciekawy zestaw Dj sprawił, że zabawa była przednia. Ponadto impreza ma genialny, nieco kameralny klimat za sprawą miejsca, gdzie się odbywa. Widzimy się ponownie za rok! Ja już nie mogę się doczekać.

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2025 – Zapowiedź

Wielkimi krokami zbliża się jubileuszowa, XX edycja jednego z najlepszych polskich festiwali muzycznych. Mowa oczywiście o katowickim Tauron Nowa Muzyka Katowice, który rusza już niebawem. Poniżej znajdziecie wszystkie najważniejsze informacje na temat tego wydarzenia.

Gdzie i Kiedy?

Festiwal odbywa się w katowickiej Strefie Kultury. To teren między ul. Olimpijską, ul. Góreckiego, al. Roździeńskiego i Parkiem Boguckim. Data imprezy to: 19-22 czerwca.

Kto zagra?

Głównymi headlinerami wydarzenia są: TV On The Radio oraz Underworld. Pierwsi z nich to nowojorski indie rockowy, który powraca po dłuższej przerwie. Ich albumy „Return To The Cookie Mountain” czy też „Dear Science” to już klasyki gatunki. Co prawda ich ostatni album ukazał się w 2014 roku, ale warto będzie przypomnieć sobie tą energię i dźwięki. Drugi headliner to z kolei legenda techno. Brytyjski duet Underworld powstał w 1987 roku i ma na koncie sporo porządnej, elektronicznej muzyki. Najbardziej ikoniczny jest utwór: „Born Slippy Nuxx„, który został wykorzystany w filmie „Trainspotting„. Zespół miał już wystapić na Tauron Nowa Muzyka Katowice w 2020 roku, jednak ze względu na pandemię do wydarzenia nie doszło. Tym razem chłopaki pojawią się w stolicy Górnego Śląska na stówę! Co poza tym? Dla fanów alternatywnego grania nie lada gratką będzie występ CoCoRosie. Indie-popowy duet stworzony przez siostry Sierra Rose „Rosie” oraz Bianca Leilani „Coco” Casady właśnie wypuścił swój najnowszy album „Little Death Wishes„. Dla wszystkich spragnionych dobrej, elektronicznej muzyki warto odnotować nazwy: urodzony we Włoszech a mieszkający w Berlinie Marco Shuttle, poruszająca się w downbeatowych i slowhouse’owych klimatach Gina Sabatini czy też pochodzący z Detroit legendarny Jeff Mills. Z kolei jeżeli lubicie poza muzyką także cieszyć oczy show to Mermaid Chunky to wybór dla was. Scenę hip-hopową w tym roku reprezentuje pochodzący z Kenii KABEAUSHÉ. Polska reprezentująca także wygląda obiecująco: wystąpi raper asthma, dobrze znani tauronowej widoni Fisz Emade Tworzywo, Piernikowski, Julia Rover, Oxford Drama czy też Zamilska. Pełna lista artystów jest tutaj.

W jakiej cenie bilety?

W chwili obecnej koszt karnetu dwudniowego to 575 zł, trzydniowe już są wyprzedane. Bilet jednodniowy to koszt 361,50 zł.

Pozostałe informacje?

Wszystkiego się dowiecie na stronie imprezy: http://www.festiwalnowamuzyka.pl/

It’s the season of change – recenzja „Pink Elephant” Arcade Fire

W jednym z utworów z najnowszej płyty kanadyjskiej grupy Arcade Fire pt. „The Year of Snake” Régine Chassagne śpiewa ” It’s the season of change / And if you you feel strange / It’s probably good„. Po takim stwierdzeniu, można by przypuszczać, że w twórczości Arcade Fire faktycznie nastała wielka zmiana, z którą ciężko się oswoić słuchaczowi. Niestety po bliższym poznaniu tego 42-minutowego materiału nie zauważyłem, żadnej wielkiej odmiany. Poza tym, że jest tutaj niemiłosiernie nudno w porównaniu do pierwszych płyty grupy.

W końcu zespół grający alternatywny rock miał mocne wejście do świata muzyki. Recenzentów oraz słuchaczy zachwycili po raz pierwszy za sprawą „Arcade Fire EP” wydaną w 2003 roku. Pełny debiut „Funeral” ukazał się w 2004 roku i jest to wciąż opus magnum Kanadyjczyków. Aczkolwiek późniejsze albumy były równie wyśmienite. Wydany w 2007 roku „Neon Biblie” a także „The Suburbs” z 2010 wciąż goszczą często w moich słuchawkach. „Reflektor” a także „Everything Now” nie były może popisem ich umiejętności, ale trzymały wciąż dobry poziom. Ostatni ich krążek „WE” ukazał się trzy lata temu. Do tej pory wydali siedem długograjów, a dlaczego najnowszych „Pink Elephant” mnie nie zachwycił? O tym poniżej.

Kanadyjczycy dość sprawnie próbują nas oszukać, że oto mamy do czynienia z WIELKĄ PŁYTĄ. Całość zaczyna się od tajemniczego „Open Your Heart or Die Trying„, które stara się wprowadzić pompatyczny nastrój. Następnie przechodzimy do singli: „Pink Elephant” oraz „Year of the Snake„. Jednak nie są to tak mocne pozycje jak chociażby „Wake Up„, „Reflektor” czy też „Ready To Start„. Nieco nadzieje rozbudza „Circle of Trust„, który ma całkiem przyjemne wstawki gitarowe oraz nawiązuje tanecznym klimatem do „Everything Now„. Podobne uczucia towarzyszyły mi przy słuchaniu „Alien Nation„. Najlepszym na płycie utworem moim zdaniem jest „Ride or Die„, który znowu każe nam wybierać pomiędzy działaniem a śmiercią. Co w zasadzie jest śmieszne, bo ja tylko chciałem poczuć dawnego ducha płyty „Funeral” a nie od razu umierać. Nie teraz. I w tym momencie w zasadzie kończy się dobry moment płyty, bo następne utwory jak i kończący całość „Stuck in my Head” pokazują, że dawnego Arcade Fire tak na prawdę już nie ma.

Być może wyczerpała się pewna formuła, bo to co kiedyś się sprawdzało, dziś zupełnie zawodzi. Duet wokalno-małżeński Win Butler – Régine Chassagne już tak nie chwyta za serce, a w zasadzie nie wywołuje żadnych emocji. Z założenia momenty na płycie, które miały być podniosłe i epickie, są po prostu nudne. A muzyczne eksperymenty tutaj nie zostały stwierdzone. Grupa żongluje w ostatnim czasie producentami, szukając dla siebie drogi a w zasadzie najlepiej grali w czasach, kiedy byli sobie sami sterem, żeglarzem i okrętem. Za mało odkrywczy by słuchali ich fani alternatywy, za nudni na pop. Szkoda. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.