Zabawy hawajską gitarą elektryczną i podróż do lat 80 – recenzja płyty „SABLE, fABLE” Bon Iver

Być może to złe skojarzenie i zbyt upraszczające sprawę, ale Justin Vernon i jego Bon Iver, coraz bardziej przypomina mi casus pewnych wyspiarskich zespołów – U2 i Coldplay. Chodzi mi o pewien schemat, który zaczyna się od wybitnego debiutu, nagraniu jeszcze paru dobrych rzeczy, paru znośnych rzeczy by ostatecznie trafić do mainstremu i nagrywania okrutnego popu. Co prawda przypadek Bon Iver nie skończył się jeszcze na ostatnim punkcie, jednak od paru lat artysta coraz chętniej zbliża się do tego kierunku.

Trochę niegrzecznie zacząłem od pocisku w stronę muzyka z Eau Claire w stanie Wisconsin. To wszystko jednak z miłości, zwłaszcza do jednej, jedynej płyty jaką była „For Emma, Forever Ago„. Co prawda Justin Vernon momentami próbuje nawiązać do tego albumu pierwszą częścią „SABLE, fABLE” a konkretnie takimi tworami jak „S P E Y S I D E” czy też „THINGS BEHIND THINGS BEHIND THINGS„. Jednak tamtych emocji chyba nie uda się już odtworzyć. Dlatego zrozumiała i w pełni słuszna jest próba eksperymentowania z muzyką.

A ta na drugiej części „SABLE, fABLE” wychodzi całkiem dobrze. Vernon cofa się do lat 80, czerpie pełnymi garściami z twórczości Prince’a, Phila Collinsa czy też George’a Michaela. Jest tutaj sporo soulu, funku, R&B, zabawy hawajską elektroniczną gitarą i dobrej zabawy. Najlepiej to słychać na „Everything Is Peaceful Love„, które jest chyba najmocniejszym momentem tegorocznego krążka. Chociaż prince’owy „Walk Home” też jest niczego sobie, no i zamiana w kowboja w „From” też pasuje do image’u Vernona. Sporo tutaj gości, pojawia się m.in. Denielle Haim czy też Dijon. Jednak najlepiej Bon Iver posłużyła pomoc w songwrittingu od mk.gee. Gość ma patent na nieszablonowe wykorzystanie gitar, co słychać zwłaszcza w kapitalnym „I’ll Be There„.

Mam nadzieje, że Bon Iver finalnie nie skończy jak wspomniani wcześniej brytole z Coldplay. Jasne, można nagrywać pop i bawić się gatunkami. Pod warunkiem, że to nie jest nagrywanie paździerza nastawionego na sprzedaż. No i dobrze, że facet szuka nowego ja. Powtórzenie „For Emma, Forever Ago” jest po prostu nie możliwe, a ciągłe porównywanie jego nowej płyty do debiutu mija się z celem. Sam musze z tym skończyć, i po początkowej krytyce kończę całość miłym słowem i jeszcze milszą oceną: 8/10. Fajny ten POP Iver.

Ocena: 4 na 5.

Porcja polskich artystów na OFF Festiwalu, powrót Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach na Górny Śląsk

Jak pewnie zauważyliście, w ostatnim czasie trąbie bez przerwy o jednym zespole. Tak, chodzi o Kombajn Do Zbierania Ku Po Wioskach. No, ale jak tego nie robić jak jest się tak gigantycznym fanem jak ja? Zwłaszcza kiedy zespół powrócił po 12 latach na scenę, miałem okazje sprawdzić ich formę w Łodzi i pisałem o tym w poprzednim poście TUTAJ. Dziś ponownie wracam do polskiego indie rockowego zespołu z Świebodzina, gdyż właśnie ogłoszono ich występ na OFF Festiwalu. Chciałoby się rzec, NARESZCIE! Gdyż Zagański i spółka mieli okazje grać na różnorakich polskich festiwalach, jednak katowicki OFF nigdy ich nie zapraszał. Aż do dzisiaj! Co prawda w Łodzi chłopaki coś napominali o OFFie, jednak teraz zostało to już potwierdzone oficjalnie!

To jednak nie koniec dobrych wieści od katowickiego OFFA. Na festiwalu pojawią się także inne ciekawe polskie projekty takie jak m.in. zespół Ciśnienie, które określa się rodzimym Swans. Ciekaw czy ich też trzeba będzie wyganiać ze sceny? Z kolei Willa Kosmos przeniesie nas o dwie dekady wstecz do początkowych lat 2000 za sprawą łączenia punku i rapu. Warszawskie Metro to z kolei kolesie zasłuchani w zachodnim indie rocku, próbujący dodać do swojej muzyki nieco przebojowości. Poza nimi na Offie wystapią także: The Cassino, Hesoyam oraz Męty.

Cały line-up do zobaczenia na stronie TUTAJ.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Łódź, 12.04.2025

Ponad 12 lat. Tyle czekałem by ponownie zobaczyć Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach na żywo. Ostatni raz grupa z Świebodzina koncertowała w 2013 roku, a ja miałem okazję być na ich koncercie w Bytomiu (o którym pisałem TUTAJ). Gdy pod koniec minionego roku grupa ogłosiła pierwszy od ponad dekady koncert w Gorzowie Wielkopolskim, bilety wyprzedały się w mgnieniu oka. Dlatego potrzebna była kolejna data koncertu. Zainteresowanie tematem było tak wielkie, że kolejne ogłaszane koncerty nie miały problemów z wyprzedaniem. Zespół wciąż nie ogłosił żadnego występu na Górnym Śląsku, dlatego wraz z ekipą Paweuu Alternativ Blog postanowiliśmy się wybrać do Łodzi.

Stolica województwa łódzkiego wypiękniała w ostatnim czasie. Zwłaszcza okolice słynnej ul. Piotrkowskiej, gdzie grupa KDZKPW miała dać swój występ. W klubie UV, zebrała się znaczna grupa fanów Zagana i spółki. Niestety nie doczekaliśmy się występu supportu Niedźwiedzi i Kotów. Nie mniej oczekiwanie do koncertu umilała nam próba jakiegoś lokalnego zespołu, który przygrywał na poddaszu w budynku obok muzykę spod gatunku jazzu i funku.

W końcu, z lekkim poślizgiem pojawili się oni. W odświeżonym składzie (ze starej gwardii został wokalista Marcin Zagański oraz gitarzysta Paweł Koprowski) rozpoczęli swój występ od „Waniliowego Nieba„. To chyba najlepszy wybór na opener, który towarzyszy im na każdym koncercie. W tym momencie publika zgromadzona w klubie UV zrozumiała, że oni wciąż mają to COŚ. Niestety, zespół nie nagrał nowego materiału od wydania płyty „Karmelki i Gruz” w 2011 roku. Dlatego też koncertowa setlista składa się z najlepszych utworów z „Ósmego Piętra„, „Lewej Strony Literki M” oraz małej garstki piosenek z ostatniej płyty. Jednak, po tak długiej przerwie ogromną frajdą było usłyszeć ponownie ten materiał. W końcu to muzyka mojej młodości. Zasłuchiwałem się w czasach licealnych w debiutanckiej płycie, jak i w „Lewej Stronie Literki M„. Będąc na studiach pokochałem również „Karmelki i Gruz” jak i osobny materiał nagrany jako Materac. Dlatego dużo frajdy sprawiło usłyszenie takich piosenek jak: „Planety i Liście„, „Warszawa„, „Połączenia” czy też „Uczucia„. Dobrze było także usłyszeć kilka nieoczywistych wyborów jakimi byli granie na dokładkę: „Chłopcy z Dynamitu” jak i „Śnieżka”. Poza tym odegrany „Milion” jak i „Dubrownik” przypomniał mi ile w tych utworach tkwi energii i emocji.

Czy mogło być lepiej tego wieczoru? Chyba nie. Zespół w dobrej koncertowej formie grał moje ulubione piosenki (Chyba niczego mi nie brakowało, może poza większą reprezentacją „Karmelków…”), publika nie przypadkowa (Większość znała te piosenki, a praktycznie wszystkim bardzo się podobało). Po koncercie była jeszcze krótka chwila na wspólne zdjęcie i małą pogawędkę ze zespołem. Mam nadzieje, że pojawicie się Panowie wkrótce na klubowym koncercie na Górnym Śląsku, tutaj także macie liczną grupę fanów! No i mam nadzieje, że ta trasa przerodzi się w nowy materiał. Wciąż macie wiele do powiedzenia, a w zasadzie do zaśpiewania!