Quo vadis, współczesny horrorze?

Horror. To zdecydowanie mój ulubiony rodzaj filmów. Dlaczego? Żaden inny gatunek filmowy nie jest w stanie w ciągu 90 minut zahaczyć o sprawy polityczno-społeczne, przedstawić głęboki obraz świata, ludzi, emocji, wartości, wiary i jednocześnie dać widzowi wiele przy tym rozrywki.

Spora ilość filmów za mną, wiele jeszcze przede mną. Jednak już na tym etapie zauważam coś niepokojącego. Coś złego dzieje się z współczesnym filmem grozy. Mianowicie problematyczna jest kwestia jakości horrorów, które możemy widywać w kinie i na dvd. Problem ten przekłada się oczywiście na inne gatunki filmowe. W tym momencie można mówić o pewnego rodzaju zarazie. Zarazie nijakości.

Lata 30 i 80 to złota era filmów grozy. Lata 30 to przede wszystkim produkcje Universal Studios. Wszyscy przecież pamiętamy rewelacyjne kreacje Beli Lugosiego jako Draculi oraz Borisa Karloffa jako monstrum z filmu „Frankenstein”. Natomiast drugi okres przyniósł nam takich autorów jak John Carpenter (Halloween, Coś), Clive Barker (Hellraiser), Wes Craven (Koszmar z Ulicy Wiązów) oraz Sam Raimi (Martwe Zło). Czy obecnie powstają podobne do tamtych produkcje? Czy są jacyś nowi twórcy?

Odpowiedź na te pytania jest prosta: Nie. Obecnie można zauważyć kilka bardzo popularnych trendów. Po pierwsze na masową skalę wypuszcza się niekończącą ilość remake’ów, sequeli, prequeli itd. Jak łatwo się domyślić wynika to z braku pomysłów na nowe filmy, więc wraca się do starych, sprawdzonych scenariuszy. Co z tego, że ilość remake’ów lepszych od oryginału można policzyć na palcach jednej ręki? I co z tego, że niektóre filmy ciągnie się w nieskończoność serwując widzowi po raz 10, 15 odgrzany kotlet? Najważniejsza jest kasa, bo takie filmy zarabiają. Wszystko jest podane szybko, zgrabnie, przejrzyście w płytkiej formie. Poza remake’ami filmów z lat 70 i 80 skurczybyki z Hollywood kręcą własną wersje każdego nie-amerykańskiego filmu. A mają gdzie szukać pomysłów, gdyż w tym momencie kino azjatyckie podbija świat. Natomiast w Europie także można trafić co jakiś czas na jakąś perełkę. Literatura (Stephan King, Lovecraft) a także gry komputerowe i komiksy to również idealne kopalnie hollywoodzkich scenariuszy.

„Najlepsze scenariusze pisze życie”. To fakt, dlatego drugim popularnym trendem filmowym jest tworzenie obrazów dokumentalizowanych (co to niby opartych są na faktach) nakręconych zwykłą kamerą. Oczywiście kamieniem milowym w tej materii był „Blair Witch Project”, jednak mamy teraz do czynie z całym wysypem podobnych produkcji. „Paranormal Activity” doczekał się w poprzednim roku trzeciej części a przecież były jeszcze takie filmy jak „Rec”, „Cloverfield”, „Apollo 18”, „Dystrykt 9” i wiele, wiele innych. Osobiście nie mam nic przeciwko tej formie tworzenia filmów, jednak i tutaj można zauważyć pierwsze objawy zjadania ogona.

Trzeci kierunek opiera się na bezmyślnym epatowaniu przemocą. Horror idealny to taki, który przeraża czymś tajemniczym, nieznanym, nieraz zwykłym, powszednim, ale zawsze złym. Oczywiście efekty gore i ukazanie przemocy to często niezbędny dodatek do filmu. Dobrze, że to się pojawia. Horror musi być straszny. Jednak wszystko musi być wyważone. Obecnie stawia się na to by w ciągu 90 minutowego filmu widz mógł oglądać od pierwszych sekund do końcowych napisów hektolitry krwi, tony wypruwanych flaków itd. Wymyśla się tylko co jakiś czas efektowniejszy sposób na śmierć filmowego nieszczęśnika. Serie takich filmów jak „Piła”, „Hostel” czy też „Oszukać Przeznaczenie” to tylko przykłady jak można zmarnować cenne godziny życia na oglądanie podobnych filmów. Oczywiście dają one jakąś rozrywkę, ale wartości w tym żadnej.

Taki stan rzeczy powoduje, że z niechęcią oglądam nowo powstałe produkcję. Oczywiście są wyjątki, duże nadzieje wiążę z kinem amatorskim i produkcjami niskobudżetowymi, które pokazują potencjał. Jednak i tak zdecydowanie wolę zobaczyć film starszy, ale mimo wszystko lepszy. Dlatego też apeluje do każdego. Za nim pójdziecie na kolejny remake do kina obejrzyjcie wpierw pierwowzór i zastanówcie się czy na prawdę warto wydać ponad 20 zł na bilet tylko dlatego, że będzie to w 3D?

30 lat MTV, czyli nie do końca historia muzyki

Na łamach ostatniego Neewsweeka wyczytałem, że MTV w tym roku obchodzi równe 30 lat. Tyle, że osobie mojej generacji MTV kojarzy się z zupełnie czymś innym niż autorowi tekstu, który poprowadził sentymentalny wywód na temat młodości w czasach szarego i zimnego PRL-u, które czasem zyskiwało kolorów dzięki zakupom w Peweksie i oglądaniu gdzieś tam zachodnich teledysków.

Dla Mnie MTV (Music Television) obecnie ma mało wspólnego z muzyką. Osoby stojące jednak za tym projektem nie czują żadnych zobowiązań co do nazwy. Tworzą od ponad 10 lat konsumpcyjną formę łatwą do przeżucia dla bezmózgich mas. Przepraszam bardzo, ale programy PIMP My Ride, Jackass czy też Jersey Shore, które zyskały ogromną oglądalność poza tym, że mają liczną rzeszę oglądaczy nie wyróżniają się niczym merytorycznym ani tym bardziej muzycznym. Nie zmienia tego nawet postać X-Zibita, który chyba kiedyś rapował? Smutne jest to, że stacja, która powinna być poświęcona muzyce tak na prawdę koncentruje się na głupich aktach sadomasochizmu, tępych zachowaniach młodzieży i prostackich wyczynach homoseksualistów. Temat ten oczywiście mocno mnie nurtuję. Moje zainteresowania które między innymi zahaczają o muzykę są po prostu kaleczone i mieszane z błotem kiedy robiąc tak zwany „zapping” po kanałach trafiam na MTV. Stopień tępoty tam nadawanej mocno mnie irytuje.

Czuje, że przechodzę do banałów. Jednak procesy komercjalizacji i specjalizacji są obecnie światową tendencją, MTV jest po prostu najwidoczniejszym i najbardziej reprezentatywnym przykładem. Telewizję oglądam raczej sporadycznie, jednak jestem w stanie zauważyć, że MTV nie zawiera programu takiego na jaki by wskazywała nazwa programu. Dlatego postulowałbym o zmianę nazwy na np. „teenagers”, „stupid staff” czy coś w tym stylu.

Słowiański przykuc w wykonaniu nowych bożyszczy nastolatek

Słowiański przykuc w wykonaniu nowych bożyszczy nastolatek

To są oczywiście spostrzeżenia z mojego punktu widzenia, natomiast Pan Cezary Michalski wędruje wspomnieniami w zupełnie inne strony. Bo owszem MTV było kiedyś symbolem (teraz jest cieniem samego siebie). To dzięki tej stacji teledysk stał się tak ważną formą promocji artysty. Pamiętne klipy Michaela Jacksona czy też Madonny o tym świadczą, bo to w dużej mierze dzięki nim mogli zaistnieć na taką skalę. Także dzięki tej stacji spopularyzowane zostały niektóre gatunki takie jak hip-hop, grunge czy też heavy metal. O tych zasługach nie zapominam, bo dzięki temu mogę oglądać kolejny zabawny teledysk Beastie Boys chociażby. Co zaskakujące zasługi nie kończą się na latach 80. Jak wskazuje artykuł z Neewsweeka, dzięki programowi „Teen Mom” spadł odsetek ciąż wśród zachodniego narybku, natomiast organizacje homoseksualne chwalą sobie liberalny stosunek co do spraw orientacji w programach nadawanych przez MTV. Czyli jakiś sens można odnaleźć w tego typu programach i jestem skłonny stwierdzenia, że mają racje bytu.

Inaczej ma się do tego czas antenowy marnowany na konsumpcyjne i komercyjne „programy”, którymi dręczy ta nas stacja od jakiegoś czasu. Na szczęście zawsze można wziąć pilot w rękę i po prostu przełączyć (w moim przypadku na kanał History). W każdym bądź razie, wszystkiego lepszego od tej pory życzę Ci MTV.