Starcie Tytanów / Clash of The Titans

I tak ostatnio byłem się odchamić i zawitałem do tyskiego kina. Jak zwykle repertuar nie był zadowalająco szeroki zatem wybrałem najbardziej naszpikowany efektami specjalnymi film akcji.

Starcie Tytanów to remake filmu Zmierzch tytanów z 1981 roku, który na pewno oglądaliście a nie macie o tym świadomości. Ze mną tak było. Widziałem ten klasyk już w telewizji parę razy za czasów kiedy to się biegało po osiedlowych krzakach z patykiem w ręku. Różnica w obu filmach jest ogromna, jeżeli chodzi o efekty specjalne. Plastelinowe kukiełki zastąpiono komputerowo wygenerowanymi stworami. Jednak tamten stary film lubię, klasyka kina.

Wątek pozostał ten sam. Historia pół-boga, pół-człowieka Perseusza, który zostaje wyłowiony z morza przez rybaka i ów tego siwego brodacza wraz z jego młodą małżonką wychowany. Jego przyszywani rodzice zostają zabici przez Hadesa – boga śmierci a sam Perseusz ledwo uchodzi z życiem. Przypadkiem trafia do miasta Argos, gdzie dowiaduje się o swojej przeszłości. Miasto, które wypowiedziało wojnę Bogom dostało ultimatum. Albo poświęci swoją księżniczkę w ofierze albo zostanie zniszczone przez Krakena, potwora zamkniętego w podziemiach. Perseusz wraz z grupka śmiałków wyrusza w niebezpieczną podróż by dowiedzieć się jak zabić potwora i jednocześnie ocalić miasto przed zagładą.

Historia oczywiście wciąga, ale jak wiemy to tylko remake, to już było 30 lat temu. Nic nowego nie zostało wymyślonego. A jak wiemy obecnie ciężko stworzyć dobry film, czasami mi się wydaje, że epokowe filmu już nie powstają. Nie w mainstreamie. Obecnie wali się pieniądze w efekty specjalne a fabułę sprowadza się do sprawdzonych już wcześniej historii i tak o to mamy obecnie pełno remake’ów, sequeli, prequeli itd, itp.

I tak ten film się również prezentuje. Przez około półtorej godziny sama akcja od początku do końca, tak by nikt nie zasnął. Film nafaszerowany efektami specjalnymi, pojawiają się krótkie motywy humorystyczne dla rozluźnienia sytuacji na sali kinowej. Typowy obraz wyprodukowany przez Hollywood. Tak by spodobał się każdemu i zarobił na siebie. W moim odczuciu to kolejny film akcji, który owszem dał rozrywki na 90 minut ale szybko został wypluty przez moją świadomość. Jedyna taka moja nowość to fakt, że oglądałem go w wersji 3d. Wcześniejsze moje doświadczenia z trójwymiarem sprowadzały się tylko do czytania specjalnych, czarno-białych wydań Kaczora Donalda, które był 3d i miały w prezencie takie papierowe okulary.

Reasumując, dobrze spędzony czas mogę odnotować. Taki był zamiar filmowców by widz miał rozrywkę z faktu oglądania. Udało im się. Efekty stworzone w różnorakich programach komputerowych był dobre i było ich pełno. O to nie mogę narzekać, specjaliści w tej dziedzinie sprawdzili się. Kulała trochę gra aktorska. Sam Worthington był dla mnie zbyt drewniany a Ralph Fiennes w roli Hadesa (sedesa hehe) nie wywołał u mnie strachu, a powinien chyba. Mogę powiedzieć tylko tyle, że było dobrze bez zachwytów. Mogłem ten czas w kinie lepiej, fajniej, milej spędzić. I nie chodzi już o sam film. Ocena:5/10

P.S. W ramach skojarzeń hi hi hi.

2012

untitledUsłyszałem o tym filmie na początku tego roku i wydało mi się, że może być ciekawy. Reklamowany jako film twórców Pojutrza i Dnia Niepodległości. Jeżeli ktoś widział te dwa filmy to wie, że efekt specjalne na wysokim poziomie. I poza tym w moim rankingu dwa najlepsze filmy katastroficzne obok Tytanica. Logicznie myślący człowiek stwierdzi, że i ten film powinien być wypasiony.

Czy taki był? Szczerze powiedziawszy zaraz po wyjściu z kina zapytany o ocenę w skali 1 od 10 odparłem, że 2. To było świeżo po seansie. Dużym czynnikiem, który sprowokował, że ocena była niska był fakt, że film trwał ponad dwie godziny. Jednak zastawiając się po czasie stwierdziłem, że należy dobrać odpowiednią kategorię dla tego filmu i wtedy przyznać ocenę.

Jeżeli przychodząc na 2012 oczekujesz wyłącznie dobrze spędzonego czasu, rozrywki przez ponad dwie godziny, nie zbyt wymagającego od Ciebie seansu, lekkiego filmiku to… jesteś w domu. Trafiłeś w punkt. Efekty specjalne, mimo, że momentami przesadzone ogólnie stały na wysokim poziomie. Akcja przeważnie toczyła się w szybkim tempie, że nie trzeba było się w ogóle zastanawiać nad sensem niektórych wątków. Postawiono także duży nacisk by było zabawnie. Teksty typu: „It’s Russian„, przerysowane postacie, gagi sytuacyjne. Lekki czarny humor. W tym momencie można przyznać dobrą ocenę. Film zapewnia rozrywkę widzowi w pełni. W końcu wyreżyserował go Roland Emmerich, który jest doświadczony jeżeli chodzi o filmy katastroficzne.Ocena:6/10

Jeżeli natomiast oczekujemy jakiegoś wielkiego widowiska, filmu, który da coś do myślenia. Pozwoli się zatrzymać na chwilę i pomyśleć nad sensem życia. To niestety, będziecie zawiedzeni. W Ameryce już nie kręci się ambitnych filmów, wszystko zostało postawione na zarabianie pieniędzy. Sama nazwa 2012 jest już podniosła. Koniec Świata, temat to rozmyślania godzinami, dniami. Śmieszne są opinie ludzi, mówiących, że to obraz Apokalipsy z Biblii. Miało być patetycznie, ale jakoś tego nie dało się odczuć. Cała cywilizacja ulegała zniszczeniu, ginęły miliardy ludzi, ale jakoś nie szło odczuć powagi sytuacji poprzez niezniszczalną rodzinę uciekającą limuzyną, samolotem przed zagładą. Ja wiem, że główni bohaterowie nie mogą zginąć na początku filmu, ale to co oni wyrabiali to przebiło Batmana, Rambo, Rocky’ego, Xenę, Pikachu i Homera Simpsona razem wziętych. Tyle nie prawdopodobieństw, tyle przesadyzmu. Wzbudzało to tylko śmiech i politowanie. Poza tym mnóstwo dłużyzn, nie potrzebnych wątków. Tracimy rachubę co się dzieje. Ja do tej pory nie wiem czy ta blondynka z tym pieskiem przeżyła czy nie. W ogóle obraz śmierci w tym filmie był tak fatalnie ukazany. Chyba nikt nie płakał po Gordonie. Każdy tylko czekał aż będzie koniec.

Na początku napisałem, że efekty specjalne na wysokim poziomie. Oczywiście specjaliści od efektów specjalnych nie ustrzegli się błędów, ale w tym natłoku komputerowych wybuchów trudno to zauważyć. Jestem pewien, że za rok już by mi się tak nie podobały. Poza tym ogromna różnica dzieliła sceny z efektami specjalnymi a scenami nagrywanymi w studiu z aktorami. Gra aktorska na niskim poziomie, na prawdę nie było tam postaci, która wzbudziła by naszą sympatią. Chyba tylko Sasha, ale to ze względu na rosyjski akcent. Jednak ta różnica, ta bariera była tak okropnie widoczna, że widać, gdzie zaoszczędzono pieniążki producentów. John Cusack w ogóle mnie nie przekonał swoja gra aktorską. Gdyby chodź troszkę dodano realizmu do tego filmu. Ocena: 1/10.

Reasumując. Film opiera się wyłącznie na efektownych efektach specjalnych, szybkich samochodach, ładnych czystych koszulach. Fabuła to sprawa nisko rzędna. Nie będę o niej pisał bo nie ma sensu. Sprawa jest prosta. Jest koniec Świata, grupka ludzi walczy o przetrwanie. Wyliczając średnią z ocena 6/10 i 1/10 mamy 3,5. Zaokrąglę w dół. Ocena: 3/10.

Pozwól mi wejść / Låt den rätte komma in

let-the-right-one-inHorror to mój ulubiony gatunek filmowy. Jestem fanem tego klasycznego horroru jak na przykład  „Dziecko Rosemary” czy „Egzorcyzmy” jak i tych najnowszych produkcji, które nie zawsze są tak wciągające. Horrory z wampirami to akurat jedne z moich ulubionych. W każdym z nich wampir był przedstawiany jako potwór, którego jedynym celem egzystencji jest konsumpcja ludzkiej krwi.

W Szweckiej produkcji pt. Låt den rätte komma in, czyli Pozwól mi wejść troszeczkę to inaczej wygląda. Lata ’80 w Szwecji. 12-letni Oskar mieszka z matką na obrzeżach Sztokholmu. Chłopak nie ma przyjaciół, jest prześladowany przez rówieśników, jego rodzice są rozwiedzeni z powodu alkoholizmu ojca. Pewnego wieczoru podczas zabawy na osiedlowym placu zabaw Oskar poznaje Eli. 12-letnia dziewczynka, która wraz ze swoim opiekunem niedawno się wprowadziła jest nową sąsiadką Oskara. Z czasem ich przyjaźń przemienia się w coś więcej. Chłopakowi nie przeszkadza nawet fakt, że jego jedyna koleżanka jest… wampirem.

Trzeba zaznaczyć, że ten film z horrorem mało ma do czynienia. Parę scen z krwią i fakt, że jedna z głównych postaci to wampir to za mało by określić Låt den rätte komma in horrorem. Dlatego pokazywanie tego filmu w Halloween w kinach było małym wprowadzeniem w błąd. Bliżej temu filmowi do dramatu z elementami psychologicznymi. Bo historia Oskara i Eli nie przeraża a raczej wzrusza.

Historia znajomości opartej na zrozumieniu, akceptacji oraz przede wszystkim poświęceniu. Tomas Alfredson ukazał w pełni psychologiczny portret dziewczynki wampira. Jako osoby zagubionej, poszukującej szczęścia itd. Poza tym świetne zdjęcia, klimat lat 80, uroki srogiej skandynawskiej zimy. Polecam wszystkim tym, którzy oczekują od kina czegoś więcej niż ganiających za sobą ogłupiałych zombie, tryskającej krwi z każdej części ciała czy niedorozwiniętych nastolatków uciekających przed stworami z kosmosu. Ocena 9/10.

P.S.

Embalmer napisał/a: Remake made in US jest szykowany na 2010.

Skaras napisał/a: Chyba żartujesz Jeśli to prawda to należy tylko współczuć tej „potędze świata” jakimi są Stany.