Fight Club.

„Jesteśmy niewolnikami w białych koszulach. Reklamy zmuszają nas do pogoni za samochodami i ciuchami. Wykonujemy prace, których nienawidzimy aby kupić niepotrzebne nam gówno. Jesteśmy średnimi dziećmi historii. Nie mamy celu, ani miejsca. Nie mamy wielkiej wojny. Wielkiej depresji. Naszą wielką wojną jest wojna duchowa. Nasza wielką depresją jest życie. zostaliśmy wychowani w duchu telewizji, wierząc, że pewnego dnia będziemy milionerami, bogami ekranu, gwiazdami rocka… Ale tak się nie stanie. Powoli to do nas dociera. I coraz bardziej się wkurwiamy”.

Nie wiele filmów miały tak ogromny wpływ na mnie jak ten. Zaliczam go do grona moich ulubionych i nie wstydzę się tego. Wielu ludzi nie potrafi go zrozumieć, woli produkcje nie przekazujących żadnych wartościowych treści i dlatego już na tym etapie powinieneś być wyróżniony. Podoba Ci się coś co reszta odrzuca. Rozumiesz coś, czego inni nie potrafią zrozumieć. Dla jednych jest to film o kolesiach, którzy znudzeni swoim monotonnym życiem obijają sobie wieczorami mordy a od czasu do czasu zrobią mydło.

Zacznijmy od tego, że to gówno prawda. Nie jest to film o zwykłych kolesiach co sobie urządzają bijatyki z nudów. By lepiej to zrozumieć, warto by przeczytać powieść Chucka Palahniuka. Na podstawie tej książki w końcu zrealizowano ten film. Chodzi o to, że ten cały Podziemny Krąg (ten polski tytuł) to terapia. Pozwala ona poczuć siłę. Poczuć prawdziwe życie. Nie te sztuczne, kreowane przez media. Powyższy cytat, jakich jest wiele w książce, w filmie trochę mniej, ale to zrozumiałe uświadamia nas, że w rzeczywistości jesteśmy niczym. Vanitas. Na każdym kroku jesteśmy manipulowani. Fight Club zadaje jedno zasadnicze pytanie: Potrafimy się przed tym ustrzec? Potrafimy się przed tym obronić?

Nasz główny bohater, nasz narrator (w filmie też jest narratorem) początkowo jest zwykłym konsumentem. Pracuje w firmie ubezpieczeniowej, jego ulubioną rozrywką jest kupowanie mebli i sprzętów domowych. Cierpi na bezsenność, która leczy w sposób dosyć nietypowy. Mianowicie uczęszcza na spotkania grup wzajemnego wspierania się. Bezsenność mija aż do czasu gdy na spotkaniach zaczyna spotykać Marlę… Marla intryguje go do tego stopnia, że znowu nie potrafi zasnąć. Wtedy poznaje Tylera. W pewien sposób postać Tylera spodobała mu się na tyle, że podświadomie chciałby być taki jak on. Wraz z wybuchem w jego mieszkaniu następuje niewyobrażalna zmiana w naszym bohaterze. Postanawia zamieszkać z Tylerem. Mała bójka na ulicy pomiędzy nimi powoduje rozrost klubu walki a z czasem postanawiają stworzyć odział „kosmicznych małp”, który ma na celu robienie zamieszania. Ponadto nasz bohater żywi coraz większe uczucie do Marli a z czasem poznaje prawdę o Tylerze…

David Fincher w dość nietypowy sposób zrobił ten film, ale sama książka także jest nie typowa. Moim zdaniem genialnie odzwierciedlił na ekranie powieść Amerykańskiego pisarza o Ukraińskim nazwisku . Wiadomo, że nie było wszystkich scen, wątków. Parę rzeczy zmienił. Jednak całość dobrze się prezentuje. Jest dużo humoru, wartkich akcji, zabawnych bądź zmuszających do refleksji dialogów. Co do ścieżki dźwiękowej to genialna, oddająca klimat filmu.

Kolej na obsadę. Powiem tak, że lepszej nie można było dobrać. Edward Norton trafia do każdego z nas. Wzniósł się na wyżyny, poza tym idealnie pasował do roli narratora. Teraz Brad Pitt. Z nim jest dość paradoksalnie. Z jednej strony jest on w końcu kimś kim chciałby być narrator, każdy chciałby być taki jak on. Z drugiej strony Tyler, którego gra ma wiele do powiedzenia na temat ludzkiej egzystencji. Dość paradoksalnie to wygląda gdy Pitt nie chwali dążenia do doskonałości, przecież to jest człowiek, który na co dzień wpisuje się w tą konsumpcje…

W zasadzie Fight Club to film, który koniecznie trzeba zobaczyć. Książkę tym bardziej polecam, ale wiem doskonale, że czytanie w dzisiejszych czasach uważa się za stratę czasu. Dlatego doskonałą alternatywą pozostaje film Finchera. Porusza on wiele problemów ludzkiej egzystencji, pokazuje nam tak zwaną Generację X. Obraz godny polecenia. Na pewno po obejrzeniu tego filmu zapamiętacie go na długo, potrafi zmusić do refleksji. Ocena: 10/10. Przyjrzyjcie się ostatniej scenie, przez ułamek sekundy można zobaczyć coś …

Alien vs Predator II Requiem

Wybrałem się specjalnie do kina i wracając się zastanawiałem nad jednym. W czym jest problem, że ten film mnie ani razu nie przestraszył? Czy chodzi o to, że nic nie jest mnie w stanie już przestraszyć czy może po prostu wyrosłem z tego by się bać Aliena, bo Predator raczej bardziej mnie bawił (Jezu, ta fryzura) niż przerażał.

Wracałem troszkę jednak zwiedziony, spodziewałem się więcej. W wakacje obejrzałem trailer i mocno się nakręciłem. Akcja miała toczyć się na Ziemi, nie gdzieś w odległej galaktyce w 22 wieku, tylko tu i teraz. Czyli tak jak z moich najstraszniejszych koszmarów. Poza tym zobaczyłem w tym krótkim filmiku mnóstwo krwi. Jak nie można było się nie nakręcić na ten film oglądając trailer? Dalsza faza to końcówka grudnia i początek stycznia, czyli okres kiedy film trafia do kin. Pojawiają się pierwsze recenzje w internecie. Wiele przeczytałem na ten temat i upewniłem się, że będzie to horror science-fiction. Właściwie większość bardziej krytykowała nowo powstały film, tylko niektórzy fani serii znajdywali plusy. Jako, że jestem fanem serii, obejrzałem wszystkie części Aliena po kilkanaście razy, Predatora też i widziałem pierwszą część AvP to postanowiłem mimo wszystko zobaczyć film na dużym ekranie i samemu ocenić.

A więc tak. Film to kontynuacja pierwszej części AvP. Statek predatorów, który dopiero co odlatuje z ziemi rozbija się na niej z powodu Aliena, który wydostaje się ze zwłok Predatora, który zginął na Antarktydzie. Alien z innymi wydostaje się ze rozbitego statku i powoli zaczynają rozmnażać się. Na miejsce wypadku zostaje wysłany natychmiastowo doświadczony Predator, który ma rozwiązać ten problem. Mieszkańcy Ziemi raczej nie mają najmniejszych szans w starciu z przybyszami z kosmosu. Małe miasteczko obok, którego rozbił się statek zostaje zalane plagą obcych. Najbliższa jednostka wojskowa zostaje przysłana na pomoc, jednak nie potrafi opanować ciężkiej już sytuacji. Mieszkańcy miasteczka są zdani już tylko na siebie…

Zacznijmy od tego, że film nie koniecznie mnie przestraszył, także słowo horror science-fiction w tym przypadku jest na wyrost. Jest to typowa strzelanka, film akcji, grozy, ale nie horror. Nie ma tego napięcia, które było w pierwszej czy to trzeciej części Aliena. Trailer pokazywał mnóstwo krwi, ale film tego nie za bardzo odzwierciedlał. Wiele spotkań człowieka z Alienem kończyło się na tym, że Alien jak to ma w zwyczaju spoglądał spokojnie na ofierę i potem następowała następna scena. Nie! Ja chce zobaczyć jak on rozwala mu głowę, chcę widzieć tę krew i resztki mózgu na ścianie. Było kilka takich scen, za mało. W trailerze, który trwa minutę 30 sekund chyba były one wszystkie zawarte! Następnie, kto wpadł na pomysł Predaliena? Dzieciątko Jezus! Co to ma być? Wyczytałem, że alien, który znajduje się w ciele dziedziczy 20% DNA ofiary. Ok. Ale w przypadku Predatora to było więcej niż 20%! To był Alien, który miał te żałosne dredy predatora i tą głupią mordę! Nosz.. dali mu te najśmieszniejsze cechy przez co zrobili z niego klowna a nie przerażającego potwora! Teraz Predator. Predator miał jakieś nowe wykoksane sprzęciory, jego zadaniem było zatuszowanie sprawy a zdarzały mu się mało logiczne zbrodnie. Obdarł kolesia ze skóry i powiesił na drzewie…

Na domiar złego końcówka wcale nie zaskakuje, można było to (zakończenie) przewidzieć już po obejrzeniu 30 sekund filmu a nawet nie obejrzeć go wcale. Mam jeszcze jeden problem. Która część była lepsza? AvP czy AvP II? Na korzyść „jedynki” przemawia ta cała tajemniczość, gdzieś tam na niezamieszkanej Arktyce ludzie znajdują się pomiędzy Obcymi a Predatorami. Natomiast co do dwójki to mimo wszystko pokazanie konfrontacji miasteczka z tymi stworami. Na prawdę nie wiem co lepsze, chyba remis. Dobrze, że przynajmniej akcja „dwójki” toczyła się w nocy i to podczas potężnej ulewy. Im mniejsza widoczność tym lepiej, tym bardziej przeraża. Zabrakło tego napięcia, za szybko film przeszedł do części: „masz tu broń i rozwal każdego aliena, którego zobaczysz!” Stary dobry Alien chyba już nie wróci. Ocena: 5/10.

PS. Jakbyście chcieli obejrzeć ten film to nie pomylcie filmów bo w tamtym roku wyszła gówniana podróba o tytule Alien vs Hunter. Widziałem tego trailer i muszę przyznać, że film ten by się świetnie nadawał do puszczenia na TVP1 w paśmie: W krainie dreszczowców razem z filmami: „Zemsta niedźwiedzicy” czy „Krwiożercza Małpa”.

Meet Joe Black

W wolnych chwilach obejrzenie filmu jest z pewnością ciekawym zajęciem. Ja lubię obejrzeć słabe produkcje o których już pisałem i te dobre, o jednej takiej pisze teraz. Chodzi mi teraz o Meet Joe Black.

Spotkałem się już z tym filmem w czasach gimnazjalnych. Był wtedy emitowany w którejś z stacji komercyjnych. No i co ? Po pierwsze nie obejrzałem do końca pomimo, że mnie ten film wciągnął swoja fabułą. Wiadomo kurewskie reklamy trwające po pół godziny i to nadawane co jakieś 40 minut filmu. No i jak to bywa podczas emitowania jednego z pasma reklam zasnąłem i było tyle filmu. Budząc się rano przyrzekłem sobie, że go jeszcze obejrzę. Po drugie drażni mnie polska nazwa filmu. Meet Joe Black przetłumaczono na zwyczajne Joe Black. Ale niech już będzie bo bywały już gorsze polskie tytuły, które zawsze są do dupy. Najlepiej w ogóle nie tłumaczyć tych tytułów.

Wracając do filmu Meet Joe Black. Kurde. Spodobał mi się ten film. Oryginalny pomysł na przedstawienie śmierci, która przybiera postać człowieka. O co chodzi w ogóle w filmie? Człowiek sukcesu – William Parrish przygotowuje się do swoich 70 urodzin. Jest on praktycznie szczęśliwym człowiekiem. Otacza go rodzina i przyjaciele. No i mieszka w wyczesanej willi. Jednak odwiedza go niespodziewany gość – Śmierć. Śmierć przybiera postać człowieka i nazywa się Joe Black (imię wymyślił Willliam przedstawiając śmierć rodzinie). Joe Black, czyli śmierć chcąc odetchnąć od swojej ciężkiej pracy zabierania ludzi na drugą stronę postanawia uczynić Williama swoim przewodnikiem po Świecie. 70-letni miliarder czyni go swoją prawą ręką w firmie, poznaje go ze swoją rodzinną, pozwala mu zamieszkać w jego domu. Śmierć jest zadowolona z nowo zaistniałej sytuacji. Wszystko jest OK do czasu gdy poznaje piękną córkę Williamia – Susan…

Jakie są największe zalety moim zdaniem? Fabuła. Kurtka, na prawdę pomysł świetny. Wciąga. Dalej to z pewnością obsada aktorska. Anthony Hopkins to jeden z moich ulubionych aktorów, on gra tylko w dobrych filmach. Natomiast kreacja Brad’a Pitt’a to jedna z najlepszych w jego karierze. Brad miał zarówno dobre role (Fight Club, 7 lat w Tybecie, 12 Małp czy też Przekręt) jak i mocno gówniane role (Mr & Mrs Smiths, Troja). No i Martin Brest potrafił wyciągnąć maks z gwiazd aktorskich z którymi miał do czynienia podczas zdjęć do filmu.

Film Meet Joe Black z pewnością wart obejrzenia. Jednak polecam go zobaczyć na DVD bo oglądanie filmów w telewizji często mija się z celem. Ocena: 9\10.