Piłkarska odyseja na podstawie gry Football Manager 2014

O tym, że jestem maniakiem gier z serii Championship i Football Manager wiecie z ostatniej mojej recenzji książki na temat serii tej gry. Jednak jak to wygląda od środka, nie wie prawie nikt. Postanowiłem opisać swoją ostatnią rozgrywkę (którą wciąż kontynuuje) z gry FM 2014. Dlaczego 14, a nie nowsze wersje? Mój sprzęt do pewnego momentu ogarniał FMa do 13, gdy zakupiłem nowego laptopa przeskoczyłem do najnowszej wersji 2019. Szybko się okazało, że to był dla mnie za duży skok. Nie dość, że sama gra zbyt mocno się zmieniła to piłkarski świat, który jeszcze znałem z 2012 roku był nieco lepszym miejscem. Horrendalne kontrakty, kwoty za transfery i wielkie ego słabych piłkarzy spowodowały, że wróciłem jeszcze do starych, dobrych czasów. Postanowiłem jednak zrobić minimalny kroczek do przodu i postawiłem na wersję z 2014 roku.

Legendy klubu Sporting Lizbona: Luis Figo, Cristiano Ronaldo i Paweł Reczko…

Już dawno zdałem sobie sprawę, że granie dobrymi klubami nie przynosi zbyt wiele radość. Dlatego też Milan w FMie ostatni raz prowadziłem w czasach szkolnych. Jako, że ligę włoską i polską mam już ograną na maksa, a swoje boje toczyłem także w Rosji, Anglii, Francji, Niemczech, Hiszpanii czy też USA to postanowiłem sprawdzić kolejne miejsce na piłkarskiej mapie. Padło na Portugalię, ale w sumie teraz się dziwię temu wyborowi, gdyż średnio przepadam za tymi kierunkami. Klub? Zawsze wybieram totalnych nowicjuszy albo kluby z bogatą historią, których blask przygasł. Te drugie znacznie częściej. I tym tropem podążałem wybierając Sporting Lizbona. Klub dość mocny – OK, ale w lidze Portugalskiej dominuje FC Porto i Benefica Lizbona. Dlatego też cel okazał się ciekawy – przerwać ich dominację. Pierwszy sezon zawsze jest najgorszy. Nie wiele można zmienić. Skład już jest ustalony, sztab trenerski obsadzony a ewentualne wzmocnienia poczynię dopiero za rok lub dwa lata. To dobry jednak moment by ograć taktykę, zoptymalizować treningi, skupić się na poszerzeniu scoutingu i poznać ligę.

Pomimo ograniczeń budżetowych udało się wzmocnić skład paroma wolnymi transferami i wypożyczeniami. W ten sposób pozyskałem Fabio Rochembacka, Benjamina Mendy’ego czy też Saimona. W odwrotną stronę udało się spieniężyć Eliasa, dzięki któremu 7,5 mln euro pomogło przedłużyć kontrakty z najbardziej istotnymi piłkarzami. Taktyka została zmieniona na moją ulubioną, którą forsuje w każdej drużynie. 4-1-2-2-1 zmienia się z czasem w 4-2-3-1, jednak założenia pozostają praktycznie te same – szybkie kontry i bezpośrednie podania. Scouting natomiast skupiłem na Ameryce Południowej oraz Europie Południowej i Skandynawii. Efekt? Całkiem przyzwoity – 3 miejsce w Lidze i prawo wzięcia udziało w eliminacjach do upragnionej Ligi Mistrzów.

Kwalifikacje nie były łatwe, jednak w dwu meczu pokonałem FC Twente i zameldowałem się w grupie z Arsenalem Londyn, Juventusem i Viktorią Pilzno. Niestety zdobyte 7 punktów wystarczyły wyłącznie na 3 miejsce, które pozwoliło dalej bawić się w Lidze Europy. Zabawa ta jednak nie trwała długo, gdyż zakończyła się na drugiej rundzie, gdzie spotkałem Tottenham Londyn. Porażki w Europie wynagrodziłem sobie zdobyciem pierwszego mistrzostwa kraju na które w Sportingu czekali od 13 lat. Zarobione pieniądze pomogły wzmocnić odpowiednio drużynę a moje trzecie okienko transferowe z perspektywy czasu uważam za najistotniejsze. Za friko dołączyli do mnie meksykański napastnik Carlos Fierro (wymiatacz w tej grze), Eric Mathoho – podpora każdej mojej defensywy w FM 2013, Garza, Leonardo Capezzi, Rachid Ghezzal czy też Sebastian Coates. Jedyne większe pieniądze wydałem na transfer Tomasa Martineza, a i tak była to mała kwota (5 mln euro).

Niestety poczynione wzmocnienia wciąż okazały się za słabe na LM. Ponownie nie uporałem się z fazą grupową i zakończyłem te rozgrywki na 3 miejscu w grupie F, gdzie znajdowali się także AC Milan, Real Madryt i Dinamo Zagrzeb. Nie przeszkodziło mi to jednak na osiągnięcia sukcesu w Lidze Europy, gdzie po kolei eliminowałem: Atletico Madryt, AS Saint-Etienne, Olympique Lyon i Zenit Sankt-Petersburg. Natomiast w finale pewnie pokonałem CSKA Moskwa 2:0. Sukces na arenie międzynarodowej przypłaciłem zajęciem drugiego miejsca w lidze, gdzie nie było mocnych na drużynę FC Porto. Jednak kolejne transfery (Daniele Rugani z Juve za free i newgen Rodrigo Gomez) pomogły mi wrócić na ligowy tron. Co więcej udało się w końcu wydostać z fazy grupowej LM, co prawda nie na długo – bo już w pierwszej rundzie ponownie przeszkadza mi AC Milan z Clarencem Seedorfem na ławce (Swoją drogą koleś staje się jednym z najlepszych menadżerów w grze i w 2034 roku wciąż jest trenerem Milanu…)

Sezon 2017/18 to punkt kulminacyjny mojej przygody w Lizbonie. W tym sezonie obroniłem tytuł mistrzowski, wygrałem Puchar Ligi, Taca de Portugal jak i samą Ligę Mistrzów, gdzie w finale moją wyższość musieli uznać gracze FC Barcelona. Co więcej zacząłem zarabiać niezłe pieniądze z transferów. Pamiętacie Rodrigo Gomeza sprowadzonego za darmo? Sprzedałem go do Monaco za 27 mln euro. Inny newgen sprowadzony za darmo – Daniel, trafił do Dortmundu za te samą kwotę. W końcu nie musiałem kombinować z sprowadzaniem piłkarzy za darmo i sam zacząłem wydawać większe pieniądze za piłkarzy. Brazylijski duet obrońców Elton-Washington sprowadziłem za 38,5 mln euro. Poza tym w 2018 roku rozpocząłem karierę jako selekcjoner reprezentacji Hiszpanii.

Brazylijska samba w Porto-Alegre

Sezon 2018/19 był moim ostatnim w Sportingu. Głównie chodziło by do kolekcji trofeów dodać Superpuchar Europy i Klubowe MŚ – co się udało. Na dalszą karierę w klubie zabrakło motywacji i przeważnie w tym momencie kończę swoją przygodę z grą w FM. Jednak nie tym razem. Postanowiłem zmienić ligę i zagrać w końcu po za Europą. Jedyny raz kiedy to zrobiłem to była gra w MLS drużyną FC Dallas, jednak nie była to długa rozrywka gdyż po dwóch sezonach zakończyła się z powodu zawiłych zasad tej ligi. Wybór padł na Ligę Brazylijską, co według wskaźnika reputacji lig był nawet krokiem do przodu. W kraju Ronaldo i Rivaldo już trwał sezon. Wakat pojawił się w drużynie Internationalu Porto Alegre, które akurat przeżywało kryzys. Szybko się okazało też, że w tej wersji FMa lepiej już wcześniej załadować dodatkową ligę, którą chce się grać, gdyż baza piłkarzy rozrasta się dopiero z czasem. Sprowadziłem z Sportingu Rachida Ghazzela i Tomasa Martineza, gdyż mój następca Antonio Conte uznał ich za zbytecznych w swojej drużynie. Udało mi się wyprowadzić były klub Alexandre Pato ze strefy spadkowej na 11 miejsce.

Okazało się, że Liga Brazylijska jest całkiem bogata. Na okienko transferowe dostałem 20 mln euro, co nie było małą kwotą. Wzmocniłem wszelkie pozycję i w dość dziwnej walce udało mi się zdobyć mistrzostwo kraju. Na arenie kontynentalnej odpadłem w półfinale Copa Sudamericana uznając wyższość Newell’s. Nie zmartwiło mnie to jednak, gdyż w następnym sezonie miałem brać udział w Copa Libertadores – czyli amerykańskiej wersji LM. Puchar ten swoją drogą to jeden z najwyżej cenionych pucharów na świecie obok Mistrzostwa Świata, Europy czy też Ligi Mistrzów. Fazę grupową tych rozgrywek gra się już w lutym-marcu, czyli grubo przed rozpoczęciem sezonu w Brazylii. Dlatego też do momentu ćwierćfinału można spokojnie skupić się tylko na tym pucharze. Ja na tym etapie spotkałem Penarol, który dość łatwo ograłem. Okazało się, że głównym zagrożeniem w tym pucharze są zespoły z Brazylii, dlatego też ciężko przeprawę miałem w półfinale z Cruzeiro a finał w dwu meczu wygrałem z Santosem dzięki różnicy jednej bramki. W grudniu rozgrywałem Klubowe MŚ, gdzie w finale pokonałem Chelsea Londyn. Pomimo tych sukcesów nie kończyłem kariery w Brazylii i planowałem pozostać na jeszcze jeden sezon równocześnie uruchamiając ligę Meksykańską. W tym momencie wpadłem na szalony pomysł by zagrać karierę na każdym kontynencie… Ponownie wzmocniłem klub byłymi graczami Sportingu, tym razem za friko wyszarpałem brazylijskiego obrońcę Washingtona (za którego wcześniej wydałem 20 mln kupując do Lizbony) oraz argentyńskiego rozgrywającego Guido Valdalę. Ostatni sezon w Brazylii był spijaniem śmietanki, gdyż ponownie wygrałem wszystko co się da, łącznie z Klubowymi MŚ, gdzie tym razem w finale grałem z katarskim As-Sadd.

Przygoda jako selekcjoner

Generalnie nie polecam bawić się w prowadzenie europejskiej reprezentacji i grania w lidze brazylijskiej. Podczas Mistrzostw Europy mecze nakładały mi się z dość gęstą ligą brazylijskiej Serie A. W realu by to nie przeszło nigdy, a w grze jednego dnia grałem dwa mecze, który odbywały się w Brazylii i Turcji, czyli na dwóch innych kontynentach. Jak już wspominałem wcześniej, jeszcze jako trener Sportingu zostałem powołany na selekcjonera Hiszpanii. Zawsze lubiłem bawić się w prowadzenie klubu i reprezentacji w jednym czasie. Tym razem też chciałem sprawdzić swoich sił jako selekcjoner. Miałem nie mały dylemat czy objąć Hiszpanię. Z jednej strony chciałem mieć jakieś sukcesy na arenie reprezentacyjnej. Z drugiej jednak nie przepadam za Hiszpanami (Forza Italia!) i wolałbym objąć inny kraj… nie było jednak innych ofert. W Reprezentacji Polski wciąż był Fornalik, a później jego miejsce zajął Ireneusz Jeleń, który pomimo fatalnego prowadzenie tej reprezentacji ma status „NIE DO RUSZENIA”…

Przyznam, że prowadzenie reprezentacji Hiszpanii nie było za wielki wyzwaniem. Skład , gdzie stare wygi pokroju Sergio Ramosa i Pique mieszały się z stworzonymi przez grę talentami wygrywał sam mecze. Dopiero na etapie półfinałów/finałów zaczynały się emocje. A te wygrałem wszystkie. EURO 2020 odbywające się w Turcji zwycięzyłem w finale z Francją. Natomiast tytuł Mistrza Świata z 2022 roku zdobyłem pokonując w ostatnim meczu Brazylię. Co ciekawe turniej odbywający się w Katarze miał miejsce klasycznie na przełomie czerwca i lipca. W między czasie wygrałem także Puchar Konfederacji, pokonując Anglię. Swoją drogą w każdym FMie reprezentacja Anglii to sztos ekipa. U mnie wygrali MŚ w 2014 i 2018 rok…. A tak na prawdę wiecie co grają wyspiarze jako reprezentacja. Ponadto ich klubowe drużyny zawsze najdalej zachodzą w europejskich pucharach. Ja wiem, że to angielska gra a sam ten sport wymyślili oni, ale bez przesady 😉

ale Meksyk

Kolejnym przystankiem w mojej karierze okazało się meksykańskie PUMAS. Na początek kilka ciekawostek o samej lidze. W składzie można mieć maksymalnie 5-obcokrajowców a tytuły mistrzowskie są przyznawane co rundę. Dlatego, po spędzonych tam 30 miesiącach miałem na koncie 4 tytuły mistrzowskie. Co więcej w fazie zasadniczej nie musiałem się zbytnio starać, gdyż o tytule i tak decydowały końcowe baraże najlepszych 8 drużyn. Liga Mistrzów Ameryki Północnej też okazała się formalnością, gdzie w finale pokonałem swojego najgroźniejszego rywala z ligi – Chivas. Tym razem nie wzmacniałem składu byłymi graczami Sportingu czy też Internationalu (aczkolwiek miałem smak zafundować Carlosowi Fierro powrót do ojczyzny) z prostej przyczyny – BIEDY. Pomimo, że wygrywałem Ligę i miałem sukcesy międzynarodowe to nie śmierdziałem groszem. Co gorsza z sezonu na sezon było coraz gorzej. W takich warunkach ciężko jest wygrywać, mi jednak udało się ponownie sięgnąć po klubowe MŚ ogrywając w finale Real Madryt. Po tym sukcesie jednak ewakuowałem się do krainy kangurów.

Najgorsza liga

Żałowałem strasznie, że przyjechałem do Australii. Objąłem tamtejsze Sydney FC, gdzie klubową legendą był Alessandro Del Piero… Liga składała się z 10 zespołów, gdzie każdy grał z każdym po 3 razy. Co więcej za sezon przyznawane są dwa tytuły. Pierwszy za fazę zasadniczą, czyli tabelę. Drugą za play-offy. Oba te tytuły zdobyłem, aczkolwiek szybko zrozumiałem, że nie jestem w stanie zaprowadzić w drużynie takich zmian by stać się dominująca jednostką zdolną walczyć o puchary międzynarodowe, a w tym przypadku o Azjatycką Ligę Mistrzów. Liga wprowadza limity w wynagrodzeniach piłkarzy i pomimo, że byłem klubem dość bogatym to mogłem tylko dwóm piłkarzom dać wysoki kontrakt. Reszta musiała się zmierzyć w sztywnych ramach, które powodowały, że po sezonie miałem problem z przedłużaniem umów, gdyż w ten sposób musiałbym mieć kadrę składającej się z 18 piłkarzy… Wyjechałem stamtąd, zapamiętując australijską ligę jako najgorszą w jaką przyszło mi grać…

Good Morning, Pekin!

Trafiłem do Chin, gdzie zameldowałem się w drużynie ze stolicy Bejing. Cel? Jak zwykle ten sam, zdobyć klubowe MŚ. Co więcej musiałem zatrzymać dominację Guangzhou Evergrande. Do drużyny dołączyłem w trakcie sezonu. Udało mi się wyciągnąć ich z środka tabeli na trzecie miejsce. Na pierwsze sukcesy musiałem jednak poczekać do 2027 roku. Transfery opierałem na przepłacanych słabych piłkarzach z Europy i niewypały z Ameryki Południowej. Utalentowanych talentów nie było za wiele, jednak udało mi się zlepić drużynę na tyle silną by wygrać Superligę. Co ciekawe pół mojej kadry stanowiło reprezentację Chin, co rzadko się mi zdarzało. Azjatycka Liga Mistrzów do pewnego momentu jest łatwa. Początkowo grupy dzielą się na kraje ze dalekiego wschodu i bliskiego wchodu. Dopiero później trafia się na ciężkie do przejścia arabskie ekipy pełne drogich piłkarzy. W pierwszej próbie udało mi się wygrać ten puchar, pokonując w finale As-Sadd. Za drugim razem poległem z nim w półfinale. Udało się na szczęście też zdobyć Klubowe MŚ wygrywając w finale z moim byłym klubem PUMAS. Jedak po odejściu z Bejing zauważyłem, że to jedyny klub gdzie moja obecność nie zmieniła za wiele w tym miejscu. Już nigdy nie zdobyli żadnego trofeum a skład, który zbudowałem w zasadzie rozszedł się na wolne transfery. Jestem przyzwyczajony raczej do innej tendencji, gdyż Sporting Lizbona po moim odejściu rok w rok zdobywa tytuł mistrzowski w Portugalii, International zdobył jeszcze 6 tytułów mistrzowskich i nawet powtórzyli sukces z Copa Libertadores i klubowymi MŚ. To samo tyczy się kolegów z PUMAS, którzy stali się najsilniejszą drużyną Ameryki Północnej – pomimo dziury w budżecie z jaką ich zostawiłem…

Coco Jambo i powrót do Europy.

Przyznam, że już grając w Australii zatęskniłem za powagę europejskich rozgrywek. Jednak skoro objechałem już połowę świata, to szkoda byłoby to tracić. Był jednak jeden moment zawahania, gdy zwolnił się etat w Arsenalu po Jurgenie Kloppie. Niestety Kanonierzy wyśmiali moją ofertę toteż postanowiłem dokończyć misję i pojawiłem się w Orlando Pirates. Liga RPA to taka trochę polska ekstraklasa, czyli głupie błędy, szalone wyniki i zero przestrzegania taktyki. Wiele razy przegrywałem mecz 4:3 po prowadzeniu już 3:0. Tutaj wszystko się mogło wydarzyć. Nie wspominając częstych wyników typu 9:0 czy 8:1. To tutaj jest na początku dziennym. W pierwszym sezonie nie szło mi dobrze, media już spekulowały o moim zwolnieniu. Udało mi się jednak ogarnąć i wskoczyć na trzecie miejsce. Braki kadrowe uzupełniałem piłkarzami na testach, którzy mogli brać udział w oficjalnych meczach. Co więcej nie wchodzili w limit obcokrajowców, dlatego siłę mojej drużyny budowałem do pewnego momentu na tego typu grajkach. Było to dość niebezpieczne bo w każdym momencie mogli opuścić klub… nie raz się zdarzyło, że brakowało mi piłkarzy na ważny mecz…

Po zmianie właściciela w klubie pojawiło się więcej grosza, przez co mogłem robić normalne transfery i nie opierać drużyny na testowanych piłkarzach. W ten sposób ściągnąłem paru afrykańskich talentów, którym nie powiodło się w Europie i swojego super napadziora z Bejing – Yu Yuana o którego swego czasu pytał się Arsenal Londyn. W ostatecznym rozrachunku udało się wygrać ligę trzy razy z rzędu (W ostatnim sezonie na 30 meczy ligowych, wygrałem 28). Dodatkowo wygrałem tutaj mnóstwo innych pucharów takich jak Be The Coach, Puchar Ośmiu, Afrykański Puchar Konfederacji, Puchar Ligi, Puchar Republik Południowej Afryki, Superpuchar Afryki oraz Ligę Mistrzów Afryki i Klubowe MŚ. Po tych wszystkich sukcesach mogłem w końcu wrócić do Europy. W między czasie miałem mnóstwo ofert z Anglii i Włoch, wszystkie jednak odrzucałem. Liczyłem trochę na możliwość prowadzenia drużyny West Ham United, niestety po spadku nie wrócili już do Premier League na sezon 2032/33. Dostałem oferty z Newcastle i Nottingham Forrest, wybrałem tych drugich. Póki co walczę by nie zostać wyrzuconym i ponownie zaistnieć w Europie. Co będzie dalej? Jeszcze nie wiem…

„Football Manager To Moje Życie”

Na swoje 32 urodziny otrzymałem od żony książkę „Football Manager To Moje Życie” napisaną przez Iaina Macintosha, Kenny’ego Millera oraz Neila White’a. To wspaniały prezent z dwóch powodów. Po pierwsze jestem ogromnym fanem gier z serii Football Managera i wcześniejszego Championship Managera. Nigdy nie pisałem o tym tutaj (o dziwo!), ale poświęciłem tej grze mnóstwo czasu. Jeżeli się zastanawialiście czemu nie ma tutaj żadnych publikacji od dłuższego czasu to tak, to winna tej paskudnej gry. Drugi powód to okrągła rocznica 20 lat, odkąd zacząłem grać w ten zabieracz czasu…

Szczerze powiedziawszy, do momentu przeczytania tej książki nie zdawałem sobie sprawy ile ludzi jest uzależnionych od tej gry. Ile wspaniałych karier zostało stworzonych i ile małżeństw przez tą grę zakończyło się przed wcześnie. W moim otoczeniu nie mam za wielu ludzi znających temat. Wielu z nich już przestało grać lub wolało znacznie popularniejszą FIFĘ lub PES-a. A przecież nie ma nic wspanialszego od wygrania Ligi Mistrzów U.S. Sassuolo, zdominowania Ligi Europy Cracovią Kraków czy też zdobycia Klubowych Mistrzostw Świata z poziomu każdego kontynentu na przestrzeni 15 lat. Wróćmy jednak do samej książki bo o moich wyczynach w FM jeszcze zdążycie przeczytać niebawem.

Książka ukazała się w 2012 roku w Wielkiej Brytanii, do Polski przywędrowała dopiero rok temu a tłumaczeniem zajął się znany dziennikarz sportowy z Weszło Leszek Milewski. Trochę szkoda, że droga tej książki na nasz rynek była taka długa. Wiele anegdot i historii związanych z samą grą tyczy się lat 90 i wczesnych 2000, dlatego każdy kto szuka czegoś ciekawego o nowszych wersjach może być zawiedziony. Z drugiej strony to dobrze, bo książka rozdziela weteranów tej gry od żółtodziobów. Jeżeli nie znasz Marcina Harsimowicza, Taribo Westa, Freddy’ego Adu, Mateji Keżmana czy też polskiej trójki z Sparty Sarpsborg to nie wiesz czym jest piękno tej gry 😉

Sama książka ma ciekawą formułę zlepku różnych wywiadów, artykułów, postów z forum oraz anegdot. Poznamy dzięki niej same początki powstania gry, które sięgają końca lat 80! Bracia Paul i Olivier Collyer opowiadają jak wyglądały początki prac nad grą, jak zmienił się sam CM, a później FM na przestrzeni lat i jak od pracy dwójki braci rozrosło się to w ogromną siatkę ludzi na całym świecie. W wywiadzie autora z doktorem psychologii Simonem Moorem dowiadujemy się, że wszelakie objawy uzależnienia od gry nie są w zasadzie groźne ani tym bardziej dziwne. Nie mniej nigdy nie zdarzyło mi się wystroić w garnitur na ważny mecz w FM-ie, ale byłem świadkiem dziwnych wydarzeń związanych z grą a i sam miałem dziwne poczucie dobrze zrobionej roboty, gdy w realu okazało się, że moje odkrycia piłkarskie robią dobrą robotę.

W dalszej części książki przechodzimy w Świat fantazji stworzonej przez grę. Iain Macintosh pokrótce zdaje relacje z swojej kariery w CM 01/02, gdzie AS Roma jest dominatorem w Serie A i Lidze Mistrzów a Ronaldinho robi karierę w Liverpoolu. Podobny artykuł otrzymujemy od Leszka Milewskiego, który analizuje jak gra stworzyła Świat po 100 latach symulacji. Okazało się, że mundial 2022 wygrała Polska (Także piosenka „Już za cztery lata…” mocno się deaktualizuje) a Ligę Mistrzów z Polskich drużyn zdobył… Chemik Bydgoszcz. Gra FM zawsze słynęła z mocnej fantazji, u mnie Euro 2012 wygrała Polska po finale z Rosją, Mundial 2026 zdobyło Wybrzeże Kości Słoniowej a Anglia dwukrotnie wygrała tą imprezę w 2014 i 2018… Nie ma tutaj rzeczy niemożliwych.

Skoro tyle tutaj bzdurnych scenariuszy to dlaczego tyle ludzi się nią pasjonuje? O tym więcej dowiemy się w dalszej części książki. Przede wszystkim zdumiewa baza wyszukiwania młodocianych talentów. Setki ludzi chodzących po klubach i obserwujących zawodników zrobiło świetną robotą, z której korzystają nie raz prawdziwi piłkarscy trenerzy. Skauci z całego świata opisują swoją przygodą z grą i jakie prawdziwe talenty udało im się odkryć. Jak myślicie, kto pierwszy zobaczył potencjał w Lewandowskim, Messim czy też Ronaldo? Oczywiście wiele z talentów z gry nigdy nie zrobiło wielkiej kariery, jednak nie wszystko można przewidzieć w 100 procentach. I tutaj pojawia się ciekawy moment, gdy dostajemy wywiady z „talentami z gry”, które w rzeczywistości się zrobiły wielkiej kariery. I tak oto m.in. Cherno Samba, Freddy Adu, Mark Kerr czy też Tonton Zola Moukoko opowiadają jak to ścigali ich fani gry, rozdawali autografy lub byli świadkami dziwnych spotkań z graczami dla których byli bogami… Swoją drogą pozdrawiam Erica Mathoho, dzięki któremu wygrywałem Ligę Mistrzów z takimi drużynami jak Stade Rennes, Sassuolo czy też Sporting Lizbona. Szkoda tylko, że nie pomogłeś mi w sukcesach z Cracovią…

W książce znajdziemy także wiele anegdot samych graczy, którzy opowiadają jak zmieniło się ich życie dzięki grze. Są tutaj zarówno pozytywne jak i negatywne historię. Jednym gra przyniosła sukces w postaci zdobycia pracy w klubie piłkarskim, innym rozwód albo kontuzję. Anegdoty są opisane kategoriami: stalking, relacje, lata szkolne, FM w podróży, FM zmienił moje życie oraz FM zrujnował moje życie. Myślę, że w tym miejscu każdy maniak tej gry odnajdzie pocieszenie, że ktoś jest jednak większym świrem… Są także polskie anegdoty m.in. od Jerzego Engela czy też Przemysława Rudzkiego. Generalnie dużym plusem książki jest fakt, że porusza także polską stronę gry. Znajdziemy tutaj wywiad z Mateuszem Gietzem, który odpowiada za polską bazę gry oraz rozmowę z samym Marcinem Harsimowiczem, który w CM 01/02 jest królem, dzięki temu, że sam sobie wpisał takie parametry jako skaut…

Football Manager To Moje Życie” to przede wszystkim lektura obowiązkowa dla wszystkich graczy tej serii. W innym przypadku wydaje mi się, że nie spełni ona roli ciekawej lektury. Zwłaszcza, że dla mnie jako gracza była momentami zbyt powtarzająca się i nudna. Konkretnie chodzi mi o część fabularyzowanej rozgrywki przez Macintosha w trzecioligowym klubie niemieckim Heidenheim czy też anegdot, które w zasadzie się powtarzały tylko dotyczyły innych klubów czy też piłkarzy. Nie mniej całkiem możliwe, że dzięki tej książce wciągnięcie się w samą grę. Sama formuła książki sprawia, że czyta się ją szybko i sprawnie. Dla mnie to była udana lektura poza paroma elementami, które zawsze można pominąć bez utraty głównego wątku. A ten mówi, że gra Football Manager to zajebista rzecz!

W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku – recenzja gry „Obcy: Izolacja”

W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku, jednak te które będziesz z siebie wydawać podczas grania w „Obcy: Izolacja” usłyszy cała twoja ulica, zapewniam. Wydana w 2014 roku gra przez Segę to ostatnia pozycja, którą nadrabiałem z uniwersum Aliena. Jak dotąd nie recenzowałem w tym miejscu gier komputerowych, jednak ta pozycja jest na tyle dla mnie ważna, że musiałem poczynić debiut w tej materii.

Obcy: Izolacja” jest bezpośrednią kontynuacją filmu Ridleya Scotta „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo”. Akcja ma miejsce w 2137 roku, 15 lat po wydarzeniach z Nostromo. Główną bohaterką jest Amanda Ripley – córka Ellen Ripley, która wyrusza na stację kosmiczną Sewastopol w celu odnalezienia czarnej skrzynki Nostromo i odkrycia prawdy o zaginięciu matki. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że stacja jest opustoszała a nieliczni ocalali walczą nie tylko między sobą, ale także z androidami oraz tajemniczym, kosmicznym mordercą…

Na czym polega wyjątkowość „Alien: Isolation„? Przede wszystkim, że jako jedyna gra z uniwersum Obcego bazuje w głównej mierze na klimacie oraz świecie przedstawionym w filmie Ridleya Scotta. Wszystkie gry (a nie było tego mało) z obcym w głównej roli, takie jak cała seria „Alien vs Predator” czy też „Aliens: Colonial Marines” nawiązywały do sequelu Jamesa Cameroona „Obcy: Decydujące Starcie„. Rozgrywka polegająca na rozwalaniu hordy ksenomorfów została zredukowana do skradania się i rozwiązywania zagadek. Gra z 2014 roku to gatunkowo horror i głównym zamierzeniem jej jest straszenie. A to jej udaje się wyśmienicie. Zwłaszcza za sprawą muzyki oraz niesamowitego dźwięku. Swoje robi także kapitalna sceneria, która bezpośrednio nawiązuje do wyglądu wnętrza Nostromo. Długie wąskie korytarze, liczne schowki w ścianach, komputery, szyby wentylacyjne czy też rekwizyty sprawiają jakbyśmy faktycznie znajdowali się w środku filmu z 1979 roku.

Jadnak najwięcej strachu nagoni nam pojawiający się nieraz znikąd Obcy. Ripley, mimo tego, że posiada różnorakie skonstruowane przez siebie bomby hukowe, dymne, świetlne a także zestaw broni w postaci miotacza ognia, shotguna czy też rewolweru nie jest w stanie zabić stwora. Każde bliższe spotkanie z obcym kończy się naszą śmiercią i rozpoczęciem gry od zapisu. Wspomniane bronie w innych seriach gier o obcych spokojnie starczyłyby na stado ksenomorfów. Tutaj, co najwyżej przegonimy go na chwilę by móc dostać się do następnego pomieszczenia lub punktu zapisu. I to jest najpiękniejsze w tej grze, gdyż czujemy tę samą niemoc i strach co załoga Nostromo. Jedyną opcją jest unikanie kosmity poprzez chowanie się w zakamarkach, szafkach czy pod stołem (Co też nie daje 100 procentowej gwarancji, że nas nie znajdzie) lub odwracanie jego uwagi poprzez robienie hałasu. Obcy w tej grze nie porusza się także utartymi schematami, które można by zapamiętać i wykorzystać. Ba, można nawet powiedzieć, że to cwana bestia w grze. Uwierzcie, zginiecie z jego ręki (a raczej szponów czy też ogona) wiele razy!

Jednak nie tylko Obcy nam zagraża. Na Sewastopolu poruszają się także uzbrojone grupy ludzi oraz „zepsute” androidy, które przez pomoc rozumieją duszenie i rozwalanie czaszki. Wspomniane przeszkody można zlikwidować bronią, jednak często nie jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż przywołujemy w ten sposób obcego. Najlepszym rozwiązaniem jest skradanie, a korzystanie z broni zostawić do absolutnej konieczności. W grze pojawiają się dwie rzeczy, które ułatwiają nam rozgrywkę. Pierwszą z nich jest czujnik ruchu, który nie dość, że wskazuje nam kierunek w którym powinniśmy się udać to pokazuje poruszające się dookoła obiekty. Drugą natomiast jest wspomniany miotacz ognia, który sprawia, że obcy staje się mniej groźny.

Poza kwestiami wizualnymi i dźwiękowymi najmocniejszą stroną gry jest jej fabuła i postacie. Historia jest ciekawa, zaskakująca i wciągająca. Dziwię się, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł zrealizowania serialu opartego na tej historii. Co prawda w 2019 roku powstał 7-odcinkowy serial „Alien: Isolation Digitaj Series„, jednak jest to wyłącznie zlepek scen z gry wzbogacony o parę ujęć nie ukazanych wcześniej, który należy bardziej traktować jako ciekawostkę albo dodatek do gry. Generalnie w historii Amandy tkwi potencjał na coś dużego, co sprawnie wykorzystała Sega wydając grę.

Pomimo tego, że poniższa ocena nie wskazywałaby tego to gra zwiera kilka błędów i minusów. Jednak dla mnie są one na tyle nieistotne, że nie miały wpływu na końcową ocenę. Nie mniej ze względu na rzetelność recenzji napomnę, że wielu graczy może zrazić długość rozgrywki. Momentami ciągnie się ona za bardzo. Zwłaszcza początek rozgrywki jest zbytnio rozbudowany. Denerwująca może być także schematyczność zadań, które powtarzają się. W grze często pojawia się motyw, że pomimo tego, że udało nam się gdzieś dostać i „coś włączyć” to nie ma to żadnego pozytywnego wpływu, gdyż zawsze „coś pójdzie nie tak”. Pojawiają się także bugi w postaci wiszącej w powietrzu broni czy też obcego idącego w miejscu.

Nie mniej „Obcy: Izolacja” to z całą pewnością najlepsza gra z uniwersum Obcego jaka dotąd powstała oraz jedna z najlepszych gier jakie przyszło mi grać. Co prawda, nie jestem wytrawnym graczem i generalnie wolę „popykać” w coś co grałem już kiedyś, jednak ta proporcja strachu i rozrywki urzekła mnie. Swoją drogą ciężko mi opisać swoje odczucia bo nigdy wcześniej nie robiłem sobie przerw w trakcie gry by złapać oddech i odsapnąć. Już wiele emocji wywoływało u mnie samo włączanie gry, gdyż ponownie poczułem te same ciarki gdy pierwszy raz na Polsacie wieczorem oglądałem film „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo„. Co więcej, mimo, że gra wciągnęła mnie na maksa to spędziłem z nią mnóstwo czasu, gdyż robiłem sobie trwające czasem kilka dni przerwy by dawkować te emocje w mniejszych proporcjach. I dlatego też jest to dla mnie totalne arcydzieło. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.