Budowa vibes – przegląd płyt z sierpnia i września

Od około trzech lat jestem w stanie budowy własnego domu. Ostatnie miesiące stoją pod znakiem wykańczania wnętrz, dlatego większość płyt, które tutaj opisuje towarzyszyły mi albo na samej budowie bądź przy czynnościach towarzyszących jak przeglądanie kabin prysznicowych w internecie lub zakupy w hurtowniach i sklepach budowlanych. Stąd też tytuł „Budowa vibes”… A co w tym czasie było słuchane? Same dobre nuty, o których poniżej.

Jamie XX – In Waves. Dziewięć lat temu James Thomas Smith tworzył kolory za sprawą albumu „In Colours„. Dziś członek grupy The XX postanowił pójść w fale. I uwierzcie, że czuć te wibrujące fale na tym kapitalnym albumie. Nowa płyta Dua Lipy? Sabriny Carpenter? Zapomnijcie! najbardziej taneczny krążek tego roku to właśnie omawiany longplay od 36-letniego Brytyjczyka. Te bliskie połowy piłkarskiego widowiska odsłuchy mijały mi niewyobrażalnie szybko. Do tego stopnia, że klika razy sprawdzałem, czy aby na pewno ten krążek trwa 45 minut? Zwłaszcza, że wydawało mi się, że w ciągu nieco ponad godziny przesłuchałem go trzy razy z rzędu. Świetna muzyka, mocno taneczna, rytmiczna i wciągająca. Sporo ciekawych gości z branży muzyki elektronicznej: Robyn, The Avalenches, Panda Bear. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi ten CD-ek od poprzedniego (również dobrego!) „In Colours” oraz debiutanckiego „We’re New Here„. Jeżeli macie problem z wejściem w deszczowy i ponury klimat tegorocznej jesieni oraz tęsknicie za minionym latem to „In Waves” jest, jak znalazł. Co więcej artysta na początku listopada wystąpi w Polsce. Mam nadzieje, że organizatorzy Carbona i Taurona obserwują temat. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Nilüfer Yanya – My Method Actor. 29-letnia Brytyjka dorastająca w dzielnicy Chelsea w Londynie miała dość ciekawe dzieciństwo pod względem muzycznym. Matka o korzeniach irlandzko-barbadoskich zapoznawała Nilüfer z muzyką klasyczną, z kolei ojciec (Turek) torpedował swoją córkę muzyką turecką. W końcu sama zainteresowana sama zaczęła tworzyć muzykę i poszła w brzmienie gitarowe, a dokładnie indie rocka. Taka też jest płyta „My Method Actor„. Co prawda brzmi ona jak debiut artystki – jest pełna dobrej energii i takiej lekkości w procesie twórczym. Jednak nic bardziej mylnego, to już trzeci longplay Brytyjki po wydanym w 2019 debiucie „Miss Universe” oraz „Painless” z 2022 roku. Pamiętacie Soccer Mommy? Tak właśnie by brzmiała jej płyta, gdyby urodziła się w Anglii a w domu stykały by się dwie odmienne kultury. Wracając jednak do „My Method Actor” to świetna, bardzo piosenkowa, dojrzała i pełna luzu płyta. Pomimo swojej lekkości, tematy na niej poruszane już takie nie są. Jednakże pełna samoakceptacji artystka nie daje nam tego w ogóle odczuć. Nie napiszę, że warto ten krążek sprawdzić tylko, że koniecznie trzeba znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Molchat Doma – Belaya Polosa. Kojarzycie te filmiki na tiktoku z budownictwem wschodnioeuropejskim (brutalizm) lub ogólnie obrazkami rosyjskich osiedli z tą ponurą,elektroniczną muzyką? To właśnie Molchat Doma i ich „Sudno„. Początkowo wydawało mi się, że to jakiś stary radziecki kawałek z lat 80. New wave’owy i dość specyficznie ponury klimat tego utworu sprawiał, że brzmiał jak żywcem wyjęty z moskiewskiego klubu muzyki elektronicznej z 1984 roku. Co prawda rodowód się prawie zgadzał, bo to białoruski band założony w Mińsku, jednak w zupełnie innych latach (2017 rok). Obecnie Molchat Doma przebywa w Stanach Zjednoczonych i tam też został stworzony i nagrany album „Belaya Polosa„, który jest ich czwartym w dorobku krążkiem. I wciąż czuć na nim ten surrealistyczny i ponury klimat wschodnioeuropejskiego blokowiska z odrapanymi klatkami schodowymi i przygnębiającymi barwami. Chłopaki odrobili lekcje z historii muzyki, bo pięknie nam serwują ten post-punk, dark-wave i synth-pop. Po raz kolejny otrzymujemy niezwykła podróż w czasie. I być może, nie jest tak intensywna jak na „Etazhi„, ale wciąż sprawia frajdę. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

MJ Lenderman – Manning Fireworks. MJ Lenderman, czyli Mark Jacob Lenderman to 25-letni amerykański wokalista i multiinstrumentalista. Od momentu debiutu w 2019 roku wydaje on swoje płyty dość regularnie, co roku. I tak oto mamy ich już pięć, z czego najnowszy „Manning Fireworks” już otrzymał miano „Best New Music” na Pitchforku. Dlatego też sprawdziłem ten album. I generalnie już rozumiem dlaczego Pitchfork nazywa się pitchfork, czyli widły. Mimo, że mieszkam na wsi, w Mrągowie miałem jedne z lepszych wakacji i cenię Boba Dylana to takie folkowo-country’owe brzmienie zupełnie mi nie leży. Co prawda jest tutaj parę fajnych momentów jak chociażby „She’s Leaving You” to generalnie do samej płyty racze nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Charli XCX – Brat. Co prawda najnowsze wydawnictwo Brytyjki słuchałem już jakiś czas temu, to dopiero teraz jest okazja wspomnieć o nim parę słów. Jestem zdumiony jak pięknie nam rozwija się Charli. Jeszcze nie tak dawno temu (A w zasadzie to dawno temu bo w jakimś 2011 roku) słuchałem jej pierwszych utworów i byłem pod wrażeniem jej zdolności. Nie sądziłem jednak wtedy, że wyda 6 dobrze przyjętych albumów, będzie pojawiać się na galach, grać w filmach i nagrywać utwory z topowymi artystkami. A najnowszy album? No zrobił furorę. Charakterystyczny kolor okładki krążył w socialach. Jednak to tylko obrazek, ważniejsza jest zawartość muzyczna. A ta jest świetna. Charli XCX ponownie sięga po retro stylistykę lat 90, a więc mamy sporo muzyki klubowej, dance oraz electropop. Jednak brytyjka potrafi się także odnaleźć w balladzie, tak jak w utworze: „I might say something stupid„, który nagle się urywa po blisko dwóch minutach trwania a artystka ponownie wraca do tanecznej wersji siebie. Oby więcej takich popowych płyt nam towarzyszyło w przyszłości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Atak paniki i eksperymentowanie z własnymi granicami – recenzja płyty „Romance” Fontaines D.C.

Irlandzki Fontaines D.C. blisko miesiąc temu wypuścił na światło dzienne swój najnowszy, czwarty w dorobku album pt. „Romance„. Niesamowite jest to, że goście z zielonej wyspy, którzy są na rynku muzycznym od 10 lat nie nagrali słabej płyty. Debiut „Dogrel” wydany w 2019 roku przyniósł im nominację do Mercury Prize i sprzedał się dobrze na Wyspach, zwłaszcza w Irlandii i Szkocji. „A Hero’s Death„, które ukazało się rok później w pandemicznej rzeczywistości, zebrało bardzo dobre opinie krytyków i sprzedało się w Wielkiej Brytanii w liczbie 60 tyś kopii. Grian Chatten i spółka w tym momencie tworzyli na nowo siłę post-punku (wraz z Idles). Jednak wydane w 2022 roku „Skinty Fia” zaczęło odważniej eksperymentować z shoegaze i przyniosło grupie sławę za sprawą takich otworów jak: „Roman Holiday„, „I Love You” czy też „Jackie Down The Line„. Mi Osobiście jednak najbardziej przypadł do gustu kapitalny „Bloomsday„.

Po wspólnej trasie koncertowej z Arctic Monkeys w Stanach i Meksyku członkowie Fontaines D.C. rozproszyli się po świecie. Wokalista Grian Chatten, który w zeszłym roku wydał również solowy album „Chaos for the Fly” trafił do Los Angeles. Gitarzysta Carlos O’Connell zapuścił korzenie w Hiszpanii w regionie Castilla-La Mancha z kolei basista Conor Deegan wylądował w Paryżu. Panowie po czasie trafili do Londynu, gdzie mieli sporo czasu na własne eksperymenty muzyczne. Po trasie koncertowej z 2023 roku zamknęli się na miesiąc w pod paryskim zamku by dać upust swoim emocjom i doświadczeniom. Tak powstał ich czwarty album „Romance„.

Najnowsza płyta zaczyna się dość mrocznie i niepozornie od klimatycznego „Romance„. Prawdziwego kopa dostajemy już od drugiego utworu „Starbuster„. Ten quasirapowy kawałek to pierwszy singiel promujący tegoroczne wydawnictwo. Niektóre elementy piosenki jak łapanie powietrza zostały zainspirowane przez atak paniki jakiego doznał wokalista Chatten podczas pobytu w Londynie. Utwór wzbogacony o kinowy teledysk to najmocniejszy punkt „Romance„. Kolejna piosenka to kolejna odsłona grupy, gdyż „Here’s The Thing” to istna gitarowa, post-punkowa uczta. „Desire” znacznie zwalnia tempo i kontynuuje romans grupy z shoegaze. Warto podkreślić w tym miejscu, że te ich eksperymentowanie z muzyką Slowdive i My Bloody Valentine jest wręcz wybitne i w tej odsłonie Fontaines D.C. nie mają sobie obecnie równych. Melancholijny „In The Modern World” porusza tematykę poszukiwania miłości w nowoczesnym, zimnym, betonowym świecie. Stąd też nazwa płyty „Romance„, Grian Chatten był zafascynowany tematyką znajdowania miłości w trudnych, oziębłych miejscach. Z kolei utwór „Sundowner” zaskakuje nas swoim pięknym i sennym brzmieniem oraz poetyckim tekstem. Ów klimat utrzymuje się także w kolejnym „Horseness is The Watness„. Całość zamyka radiowy singiel „Favourite„, który uroczo opowiada o uczuciach.

Co tutaj dużo mówić? Jestem zachwycony najnowszą propozycją Fontaines D.C. Już zapowiadające „Romance” single tylko pobudzały mój apetyt na ten krążek. Irlandczycy nagrali spójny, klimatyczny i mający coś ważnego do powiedzenia longplay. Chatten i spółka udanie łączą różne gatunki muzyczne, od hip-hopu, przez post-punk po shoegaze. Zwłaszcza eksperymenty z tym ostatnim są najbardziej owocne w pozytywne odczucia. Lirycznie także jest ok, bo jest tutaj wiele zapadających w pamięć wersów od chociażby banalnego refrenu „Favourtie„: „You were my favourite for a long time” czy też ten szarpany początek „Starbuster„: „I wanna see you alone, I wanna sharp the stone / I wanna bounce the bone, I wanna mess with it„. Jak dla mnie jedna z lepszych, jak nie najlepszych płyt wydanych w tym roku. Zdecydowanie warto przesłuchać i zanurzyć się w ich całą dyskografie. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Mój dziesiąty OFF – relacja z OFF Festivalu 2024

Tegoroczny OFF Festival był moim małym jubileuszem, gdyż W Dolinie Trzech Stawów (A wcześniej Parku Słupna) pojawiłem się po raz dziesiąty. Tym razem tylko na jeden dzień (sobota 3.08.2024), jednak pozytywnych emocji dostarczył mi ten wypad jak nie jeden festiwal dwu lub trzy dniowy. Jak było tym razem na Offie? O tym przeczytasz poniżej.

Wizytę w Katowicach rozpocząłem od koncertu polskiego rapera Yung Adisz. Przyznam, że dawno nie widziałem tyle zażenowania co podczas tego występu. Tutaj chyba wszystko było nie tak. Na początku pojawił się dj w towarzystwie ziomka by rozgrzać publikę. Amerykańskie rapsy słabo zadziałały na publikę a wspomniany duet wypatrywał tylko pojawienia się Adisza by rozbujać towarzystwo. Wejście w towarzystwie licznej paki, wyglądającej jakby została zebrana spod sklepu z płazem w logu na nie wiele się zdała. Ludzie nie byli gotowi by wariować przy tej muzyce, a co więcej nie znali twórczości Yung Adisza. Ja też nie, przyjechałem na OFFa by ją poznać. Niestety koncert nie zachęcił mnie by zagłębić się w tą muzykę, pomimo, że jestem ogromnym fanem rapu. Rapowanie do odgrywanych utworów i teksty o chlaniu i ćpaniu średnio wpadły w mój gust.

Na szczęście później było już tylko lepiej. John Maus, który został przesunięty do sceny namiotowej pomimo grania bez zespołu na żywo zdołał lepiej porwać katowicką publikę. Ten nie pozorny gość, który wyglądał jak typowy korpo pracownik z objawami adhd, dwoił się i troił by dać energiczny występ. Zagrane utwory takie jak: „Streetlight„, „The Combine” czy też „Cop Killer” brzmiały bardzo dobrze a sam występ Mausa idealnie wpisał się w off’ową estetykę. Świetny rapowy występ zaprezentował Clavish. Gość dostosował się do publiczności, a ta dużo lepiej bawiła się niż godzinę przed podczas Yung Adisza. Wkrótce po brytyjskim raperze w scenie namiotowej występowała Edyta Bartosiewicz. Publiczność zebrała się tłumnie i wszędzie można było usłyszeć często powtarzane „idziemy na edzię”. Mam wrażenie, że ten koncert odbył się o dobre 10-12 lat za późno, jednak dobrze było usłyszeć takie hiciory jak „Zegar„, „Skłamałam” czy też „Jenny„. Legenda pop rocka z lat 90 występowała bez zespołu w solo-akcie i z jednej strony dobrze bo koncert dzięki temu wydawał się bardziej kameralny. Z drugiej jednak strony wspomniane hity nieco straciły na swojej mocy. Pozytywnym zaskoczeniem dla mnie był występ Baxtera Dury’ego. Brytyjski muzyk dosłownie rozdzierał z siebie szaty by wypaść dobrze na scenie głównej. Byłem tam chwilę, ale wystarczająco by żałować, że nie zobaczyłem pełnego występu Baxtera.

Ten dzień, jak i cała moja wizyta na Offie należała do jednego zespołu jakim było Les Savy Fav. To, że jestem ogromnym fanem amerykańskiego indie rockowego bandu wiecie z mojej twórczości na blogu już od dawna. I pomimo tego, że to kolejny koncert, który mógłby już się odbyć dobre 10-15 lat temu to i tak nie zabrakło mocy. A wszystko za sprawą Tima Harringtona, który jest istną sceniczną bestią. A w zasadzie nawet nie sceniczną, bo facet ewidentnie stara się jak najmniej czasu spędzać na scenie. Nie było to dla mnie szokiem, bo widziałem już w necie parę jego występów. Nie mniej na żywo to robi większe wrażenie. Nie było chyba miejsca pod Sceną Leśną, gdzie nie zajrzał by wokalista Lest Savy Fav. I nie było chyba rzeczy, której nie dotknął albo nie rzucił w stronę publiczności. Kubki, Aparaty, Butelki, kubeł na śmieci, płaszcz przeciwdeszczowy czy nawet paleta Euro. Ochrona miała wyczerpującą godzinę pracy przy Harringtonie, a wśród publiczności nikt nie mógł się czuć bezpieczny, gdy nieopodal grasował wokalista LSV. Co więcej, z każdą minutą występu jego ubiór był coraz bardziej skąpy by ostatecznie paradować w samych batkach. A muzycznie? Rewelacyjnie wykorzystana godzina. Utwory z najnowszego albumu „OUI, LSF” na żywo brzmiały bardzo dobrze. W szczególności „Limo Scene” oraz „Legendary Tippers„. Jednak znaczna część setlisty to były utwory starsze, a wśród nich takie szlagry jak „The Sweat Descends„, „Patty Lee” czy też „Let’s Get Out of Here„. Jasne, mogłoby być więcej utworów z starszych płyt jak „Inches„, jednak zagrny zestaw w pełni zadawalał. Z perspektywy czasu uważam, że występ Les Savy Fav był jednym z najlepszych w historii OFFowych koncertów. Gdybymy nie pojawił się w Katowicach tego dnia, żałowałbym okropnie.

Gwiazdą dnia, jak i całego festiwalu była jednak legendarna Grace Jones. 76-letnia jamajska piosenkarka jest w niesamowitej formie! Cały jej występ to był prawdziwy show, podczas, którego nie zabrakło tańców, zmian garderoby, fruwającego konfetti jak i różnorakich rekwizytów. Podczas kończącego koncert „Slave to the Rhythm” artystka przez cały czas kręciła hula-hop, nie łapiąc przy tym zadyszki wokalnej ani na chwilę! Wybór utworów także trafiony, gdyż nie zabrakło takich hitów jak: „Williams’ Blood”, znanego z filmy „Frantic” Romana Polańskiego – „I’ve Seen That Face Before” czy też „Private Life„. Sporo było coverów od m.in. The Police, Roxy Music czy też Iggy’ego Popa. Świetny koncert, po którym nie spodziewałbym się tak genialnego show. Na zakończenie wybrałem się także pod scenę eksperymentalną, by sprawdzić Backxwash. Kryjąca się pod tą nazwą zambijska raperka Ashanti Mutinta porusza się w mrocznych wartstwach rapu dodając do niego sporo z metalu i hardcore’u. Niby spoko, ale jak na taki dzień wystarczyło mi wrażeń. Dlatego też zakończyłem swój jubileuszowy, dziesiąty OFF Festiwal.

Podsumowując, sobotni dzień OFFa należał do najlepszych po deszczowym piątku i nierównej niedzieli. Szkoda, że cały festiwal nie stał na tak wysokim poziomie, jak sobotni dzień. Rok temu wyglądało to podobnie, dlatego też cieszę się, że wybrałem się do Doliny Trzech Stawów na jeden dzień. Szkoda, też, że nie dostałem żadnej odpowiedzi na wniosek akredytacyjny. Ogólnie festiwal piękny, tylko szkoda, że ludzie go organizujący zapominają o tym co stworzyło legendę OFF Festiwalu. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że w przyszłym roku będzie pod tym względem lepiej.