Jesienne klimaty – Przegląd płyt z października i listopada

Aura za oknem nie jest w ostatnim czasie dla mnie sprzyjająca. I niestety nie powodowała bym miał więcej czasu dla swoich kulturalnych zainteresowań. Nie mniej coś tam udało mi się przesłuchać. Poniżej kilka płyt, które przesłuchałem w ostatnich dwóch miesiącach.

KNEECAP – Fine Art. Przyznam szczerze, że do momentu ogłoszenia przez Artura Rojka występu KNEECAP na przyszłorocznym OFF Festiwalu, nie słyszałem o tym północnoirlandzkim zespole nic. Dobrze jednak było nadrobić te zaległości, gdyż raperzy z Belfastu są obecnie na językach za sprawą filmu „Kneecap. Hip-hopowa rewolucja„, który w ten weekend zadebiutował w polskich kinach. Póki co nie widziałem jeszcze obrazu w reżyserii Richa Peppiatta (zamierzam to w najbliższym czasie zmienić), jednak ci, którzy go widzieli wypowiadają się w ciepłych słowach. Poza filmem warto także sprawdzić ich najnowszy longplay „Fine Art„. Drugi w dorobku krążek to zestaw 18 kawałków, który poza hip-hopem oferuje także nieco irlandzkiego folkloru, post-punku jak i skocznego drum and bassu. Generalnie ciężko zrozumieć o co im chodzi w tekstach, gdyż rapują w swoim ojczystym, irlandzkim języku. Niemniej płytę „Fine Art” słucha się świetnie i jest to porcja solidnego hip-hopu, który w idealnych proporcjach czerpie z klasyki i wnosi wiele świeżego powiewu w gatunek. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Smile – Cutouts. Podobno obecnie w ciągu jednego dnia pojawia się więcej nowych piosenek, niż w przeciągu całego roku 1989. Artyści są płodni, to fakt. Co więcej dzięki internetowi mają znacznie krótszą drogę do publikacji swoich dzieł. Jednak pewne reguły gry pozostawały niezmienne. Jak okresy w wydawaniu nowych płyt. Dwa nowe albumy w ciągu jednego roku? Takie rzeczy robili Beatlesi, gdyż nie jeździli z koncertowym tournee do Australii, Singapuru i Boliwii w ciągu jednego miesiąca. Thomowi Yorke’owi takie coś zdarzyło się ostatni raz blisko ćwierć wieku temu, gdy w 2000 roku Radiohead wydało dwa krążki: „Amnesiac” oraz „Kid A”. Od okolic 2011 roku ciężko mówić o płodności w wydawaniu nowej muzyki przez lidera Radiohead. Dlatego też, nowa płyta projektu The Smile cieszy niezmiernie. Oczywiście siłą rzeczy, wiele osób porównuje ten krążek do poprzedniego „Wall of The Eyes„. Dla mnie to są jednak dwa zupełnie inne albumy, aczkolwiek można dopatrywać się wielu podobieństw. Generalnie „Cutouts” to podobnie jak poprzednia płyta The Smile kawał dobrej muzyki. Formę Greenwooda oraz Yorke’a można porównać do strzeleckiej formy Harry’ego Kane’a. Cały czas coś wpada, czy to do ucha czy to do siatki. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Magdalena Bay – Imaginal Disk. Heh, nie sądziłem, że jakakolwiek płyta dream-popowa czy też indie-popowa będzie w stanie mnie urzec. Gatunek ten w ostatnich latach niemiłosiernie mnie wynudził, że nie spodziewałem się wielkich rzeczy, które mogłyby wnieść jeszcze coś do tematu. Oczywiście, byłem w błędzie, gdy pierwszy raz przesłuchałem „Imaginal Disk” grupy Magdalena Bay. Było to pod koniec wakacji i pamiętam ten SZOK, gdy usłyszałem te kompozycje. Oczywiście czytałem same dobre recenzje tej płyty, ale odbierałem to na zasadzie zachwytów jak nad Beach House. Recenzje dobre – muzyka nudna. Tutaj jest zupełnie inaczej. „Imaginal Disk” to jakiś pierdolony potwór dobrych melodii, jakiś ukrytych smaczków, wspaniały linii melodycznych, wokalnych i rozbudowanych kompozycji. Każdy utwór na tej płycie to istna perfekcja dźwiękowa. I wiecie jeszcze co? Ten album ma na prawdę niesamowity, lekki i oryginalny klimat. Do takich płyt wraca się latami. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Budowa vibes – przegląd płyt z sierpnia i września

Od około trzech lat jestem w stanie budowy własnego domu. Ostatnie miesiące stoją pod znakiem wykańczania wnętrz, dlatego większość płyt, które tutaj opisuje towarzyszyły mi albo na samej budowie bądź przy czynnościach towarzyszących jak przeglądanie kabin prysznicowych w internecie lub zakupy w hurtowniach i sklepach budowlanych. Stąd też tytuł „Budowa vibes”… A co w tym czasie było słuchane? Same dobre nuty, o których poniżej.

Jamie XX – In Waves. Dziewięć lat temu James Thomas Smith tworzył kolory za sprawą albumu „In Colours„. Dziś członek grupy The XX postanowił pójść w fale. I uwierzcie, że czuć te wibrujące fale na tym kapitalnym albumie. Nowa płyta Dua Lipy? Sabriny Carpenter? Zapomnijcie! najbardziej taneczny krążek tego roku to właśnie omawiany longplay od 36-letniego Brytyjczyka. Te bliskie połowy piłkarskiego widowiska odsłuchy mijały mi niewyobrażalnie szybko. Do tego stopnia, że klika razy sprawdzałem, czy aby na pewno ten krążek trwa 45 minut? Zwłaszcza, że wydawało mi się, że w ciągu nieco ponad godziny przesłuchałem go trzy razy z rzędu. Świetna muzyka, mocno taneczna, rytmiczna i wciągająca. Sporo ciekawych gości z branży muzyki elektronicznej: Robyn, The Avalenches, Panda Bear. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi ten CD-ek od poprzedniego (również dobrego!) „In Colours” oraz debiutanckiego „We’re New Here„. Jeżeli macie problem z wejściem w deszczowy i ponury klimat tegorocznej jesieni oraz tęsknicie za minionym latem to „In Waves” jest, jak znalazł. Co więcej artysta na początku listopada wystąpi w Polsce. Mam nadzieje, że organizatorzy Carbona i Taurona obserwują temat. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Nilüfer Yanya – My Method Actor. 29-letnia Brytyjka dorastająca w dzielnicy Chelsea w Londynie miała dość ciekawe dzieciństwo pod względem muzycznym. Matka o korzeniach irlandzko-barbadoskich zapoznawała Nilüfer z muzyką klasyczną, z kolei ojciec (Turek) torpedował swoją córkę muzyką turecką. W końcu sama zainteresowana sama zaczęła tworzyć muzykę i poszła w brzmienie gitarowe, a dokładnie indie rocka. Taka też jest płyta „My Method Actor„. Co prawda brzmi ona jak debiut artystki – jest pełna dobrej energii i takiej lekkości w procesie twórczym. Jednak nic bardziej mylnego, to już trzeci longplay Brytyjki po wydanym w 2019 debiucie „Miss Universe” oraz „Painless” z 2022 roku. Pamiętacie Soccer Mommy? Tak właśnie by brzmiała jej płyta, gdyby urodziła się w Anglii a w domu stykały by się dwie odmienne kultury. Wracając jednak do „My Method Actor” to świetna, bardzo piosenkowa, dojrzała i pełna luzu płyta. Pomimo swojej lekkości, tematy na niej poruszane już takie nie są. Jednakże pełna samoakceptacji artystka nie daje nam tego w ogóle odczuć. Nie napiszę, że warto ten krążek sprawdzić tylko, że koniecznie trzeba znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Molchat Doma – Belaya Polosa. Kojarzycie te filmiki na tiktoku z budownictwem wschodnioeuropejskim (brutalizm) lub ogólnie obrazkami rosyjskich osiedli z tą ponurą,elektroniczną muzyką? To właśnie Molchat Doma i ich „Sudno„. Początkowo wydawało mi się, że to jakiś stary radziecki kawałek z lat 80. New wave’owy i dość specyficznie ponury klimat tego utworu sprawiał, że brzmiał jak żywcem wyjęty z moskiewskiego klubu muzyki elektronicznej z 1984 roku. Co prawda rodowód się prawie zgadzał, bo to białoruski band założony w Mińsku, jednak w zupełnie innych latach (2017 rok). Obecnie Molchat Doma przebywa w Stanach Zjednoczonych i tam też został stworzony i nagrany album „Belaya Polosa„, który jest ich czwartym w dorobku krążkiem. I wciąż czuć na nim ten surrealistyczny i ponury klimat wschodnioeuropejskiego blokowiska z odrapanymi klatkami schodowymi i przygnębiającymi barwami. Chłopaki odrobili lekcje z historii muzyki, bo pięknie nam serwują ten post-punk, dark-wave i synth-pop. Po raz kolejny otrzymujemy niezwykła podróż w czasie. I być może, nie jest tak intensywna jak na „Etazhi„, ale wciąż sprawia frajdę. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

MJ Lenderman – Manning Fireworks. MJ Lenderman, czyli Mark Jacob Lenderman to 25-letni amerykański wokalista i multiinstrumentalista. Od momentu debiutu w 2019 roku wydaje on swoje płyty dość regularnie, co roku. I tak oto mamy ich już pięć, z czego najnowszy „Manning Fireworks” już otrzymał miano „Best New Music” na Pitchforku. Dlatego też sprawdziłem ten album. I generalnie już rozumiem dlaczego Pitchfork nazywa się pitchfork, czyli widły. Mimo, że mieszkam na wsi, w Mrągowie miałem jedne z lepszych wakacji i cenię Boba Dylana to takie folkowo-country’owe brzmienie zupełnie mi nie leży. Co prawda jest tutaj parę fajnych momentów jak chociażby „She’s Leaving You” to generalnie do samej płyty racze nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Charli XCX – Brat. Co prawda najnowsze wydawnictwo Brytyjki słuchałem już jakiś czas temu, to dopiero teraz jest okazja wspomnieć o nim parę słów. Jestem zdumiony jak pięknie nam rozwija się Charli. Jeszcze nie tak dawno temu (A w zasadzie to dawno temu bo w jakimś 2011 roku) słuchałem jej pierwszych utworów i byłem pod wrażeniem jej zdolności. Nie sądziłem jednak wtedy, że wyda 6 dobrze przyjętych albumów, będzie pojawiać się na galach, grać w filmach i nagrywać utwory z topowymi artystkami. A najnowszy album? No zrobił furorę. Charakterystyczny kolor okładki krążył w socialach. Jednak to tylko obrazek, ważniejsza jest zawartość muzyczna. A ta jest świetna. Charli XCX ponownie sięga po retro stylistykę lat 90, a więc mamy sporo muzyki klubowej, dance oraz electropop. Jednak brytyjka potrafi się także odnaleźć w balladzie, tak jak w utworze: „I might say something stupid„, który nagle się urywa po blisko dwóch minutach trwania a artystka ponownie wraca do tanecznej wersji siebie. Oby więcej takich popowych płyt nam towarzyszyło w przyszłości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Atak paniki i eksperymentowanie z własnymi granicami – recenzja płyty „Romance” Fontaines D.C.

Irlandzki Fontaines D.C. blisko miesiąc temu wypuścił na światło dzienne swój najnowszy, czwarty w dorobku album pt. „Romance„. Niesamowite jest to, że goście z zielonej wyspy, którzy są na rynku muzycznym od 10 lat nie nagrali słabej płyty. Debiut „Dogrel” wydany w 2019 roku przyniósł im nominację do Mercury Prize i sprzedał się dobrze na Wyspach, zwłaszcza w Irlandii i Szkocji. „A Hero’s Death„, które ukazało się rok później w pandemicznej rzeczywistości, zebrało bardzo dobre opinie krytyków i sprzedało się w Wielkiej Brytanii w liczbie 60 tyś kopii. Grian Chatten i spółka w tym momencie tworzyli na nowo siłę post-punku (wraz z Idles). Jednak wydane w 2022 roku „Skinty Fia” zaczęło odważniej eksperymentować z shoegaze i przyniosło grupie sławę za sprawą takich otworów jak: „Roman Holiday„, „I Love You” czy też „Jackie Down The Line„. Mi Osobiście jednak najbardziej przypadł do gustu kapitalny „Bloomsday„.

Po wspólnej trasie koncertowej z Arctic Monkeys w Stanach i Meksyku członkowie Fontaines D.C. rozproszyli się po świecie. Wokalista Grian Chatten, który w zeszłym roku wydał również solowy album „Chaos for the Fly” trafił do Los Angeles. Gitarzysta Carlos O’Connell zapuścił korzenie w Hiszpanii w regionie Castilla-La Mancha z kolei basista Conor Deegan wylądował w Paryżu. Panowie po czasie trafili do Londynu, gdzie mieli sporo czasu na własne eksperymenty muzyczne. Po trasie koncertowej z 2023 roku zamknęli się na miesiąc w pod paryskim zamku by dać upust swoim emocjom i doświadczeniom. Tak powstał ich czwarty album „Romance„.

Najnowsza płyta zaczyna się dość mrocznie i niepozornie od klimatycznego „Romance„. Prawdziwego kopa dostajemy już od drugiego utworu „Starbuster„. Ten quasirapowy kawałek to pierwszy singiel promujący tegoroczne wydawnictwo. Niektóre elementy piosenki jak łapanie powietrza zostały zainspirowane przez atak paniki jakiego doznał wokalista Chatten podczas pobytu w Londynie. Utwór wzbogacony o kinowy teledysk to najmocniejszy punkt „Romance„. Kolejna piosenka to kolejna odsłona grupy, gdyż „Here’s The Thing” to istna gitarowa, post-punkowa uczta. „Desire” znacznie zwalnia tempo i kontynuuje romans grupy z shoegaze. Warto podkreślić w tym miejscu, że te ich eksperymentowanie z muzyką Slowdive i My Bloody Valentine jest wręcz wybitne i w tej odsłonie Fontaines D.C. nie mają sobie obecnie równych. Melancholijny „In The Modern World” porusza tematykę poszukiwania miłości w nowoczesnym, zimnym, betonowym świecie. Stąd też nazwa płyty „Romance„, Grian Chatten był zafascynowany tematyką znajdowania miłości w trudnych, oziębłych miejscach. Z kolei utwór „Sundowner” zaskakuje nas swoim pięknym i sennym brzmieniem oraz poetyckim tekstem. Ów klimat utrzymuje się także w kolejnym „Horseness is The Watness„. Całość zamyka radiowy singiel „Favourite„, który uroczo opowiada o uczuciach.

Co tutaj dużo mówić? Jestem zachwycony najnowszą propozycją Fontaines D.C. Już zapowiadające „Romance” single tylko pobudzały mój apetyt na ten krążek. Irlandczycy nagrali spójny, klimatyczny i mający coś ważnego do powiedzenia longplay. Chatten i spółka udanie łączą różne gatunki muzyczne, od hip-hopu, przez post-punk po shoegaze. Zwłaszcza eksperymenty z tym ostatnim są najbardziej owocne w pozytywne odczucia. Lirycznie także jest ok, bo jest tutaj wiele zapadających w pamięć wersów od chociażby banalnego refrenu „Favourtie„: „You were my favourite for a long time” czy też ten szarpany początek „Starbuster„: „I wanna see you alone, I wanna sharp the stone / I wanna bounce the bone, I wanna mess with it„. Jak dla mnie jedna z lepszych, jak nie najlepszych płyt wydanych w tym roku. Zdecydowanie warto przesłuchać i zanurzyć się w ich całą dyskografie. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.