Świąteczna lista przebojów vol. 3

andy-griffith-christmas-by-wikipediadotorgŚwiąteczna playlista staje się już małą tradycją tego bloga. Święta tuż, tuż dlatego zapraszam do zapoznania się z kolejną, trzecią dawką świątecznych piosenek.

Low – Just Like Christmas. Na Paweuu Alternativ Blog lubimy wszystko co wyjdzie spod rąk zespołu Low. Reprezentanci gatunku „slowcore” idealnie pasują do kolacji wigilijnej. To powinien być jeden z tych wieczorów, gdzie czas nie gra żadnej roli. Jak śpiewał kiedyś Thome Yorke „slow down”. Rozkoszujmy się barszczykiem i prezentami tak jak rozkoszujemy się utworami zespołu z Duluth, powoli.

The Waitresses – Christmas Wrapping. Ten utwór to cudeńko. I to ponad 30 letnie. Oczywiście grudnia 1981 nikt w naszym kraju mile nie wspomina, ale TAM na zachodzie ludzie dobrze się bawili przy „Christmas Wrapping”. Szkoda tylko, że Patty Donahue już nigdy tak pięknie nie zaśpiewa.

The Walkmen – No Christmas While I’m Talking. Utwór The Walkmen jest świąteczny jedynie z nazwy. Nie słyszymy żadnych dzwoneczków, trąbek, chórów aniołów. Tekst także nie jest ani o choince, ani też nawet o Józefie. To po prostu kolejna dawka świetnej muzyki od The Walkmen, a ci grają wyjątkowo dobrze.

Yo La Tengo – It’s Christmas Time. Świąteczny nastrój udzielił się również muzykom Yo La Tengo. W luźny sposób interpretują ten wyjątkowy czas na swój sposób. Trudno nie ulec świątecznej gorączce gdy słyszy się te urocze „pampampam”. Ten akustyczny utwór ma to „coś”.

LCD Soundsystem – Oh You (Christmas Blues). Podobny przypadek do wcześniejszej piosenki grupy The Walkmen. Świąteczna jest tylko nazwa, nie zmienia to jednak faktu, że dobrze się słucha tej piosenki przy kominku z szklanką rumu w ręce. Pulsujący basik i gitarowe wstawki szturchają nami, natomiast wokal Jamesa Murphego dodaje całości dość osobliwego klimatu. Uwaga, przy tej piosence święta mogą być inne niż zwykle.

Passion Pit – All These Trees. Tegoroczne odkrycie muzycznych serwisów dołożyło własną cegiełkę do wszelkich list typu „top indie xmas songs”. Piosenka troszkę nudna i oklepana, jednak pod koniec zaczyna być znacznie ciekawiej. I gdy już faktycznie jest ciekawie to… się kończy. Podobnie jest ze świętami. Początek taki sztywny i oklepany. Później gdy zaczyna być ciekawiej to nagle się okazuje, że trzeba wracać do szarej rzeczywistości.

Turnip Farm – The Great Division

turnip farmTurnip Farm. Nie za wiele wiem na ich temat. Zespół całkowicie dla mnie anonimowy. Jednak znam doskonale ich drugi album „The Great Division” i jest to najważniejszy czynnik decydujący o napisaniu kliku słów na temat tego rock bandu.

„The Great Division” to drugi album w kolekcji zespołu z Wołowa. Pierwszego nie słyszałem. Inaczej jest z najnowszym krążkiem. Słuchałem go przez kilka ostatnich dni i to z dużym z zaangażowanie. A to dość trudna sprawa dla mnie w czasie ponurej zimy i przedświątecznych atmosfery, którą rzygam. Udzieliła mi się jesienno-zimowa depresja, która pozwalała mi się jedynie skupić na układaniu kolorowych kostek w Montezumie w języku rosyjskim. Cholera, jest źle a blog wydaje się taki opuszczony. Jak tak dalej pójdzie to początek tego roku będę gloryfikował do końca życia jak Al Bundy trzy przyłożenia w jednym meczu.

Ok, oczyściłem umysł i łyknąłem mineralkę. Co więc z tą płytą „The Great Division”? Ten album to podsumowanie lat 90 w dziewięciu gitarowych utworach. Słuchając takich piosenek jak „Thread” czy też „Transsimision” słyszymy inspiracje takimi zespołami jak Guided By Voices, Pavement, Modest Mouse, Mogwai czy też Sebadoh. Poza tym gdyby się wsłuchać w niektóre piosenki to usłyszymy także wpływy The Replacements czy też Mission of Burma. Najlepszym przykładem, że to o czym mówię to nie przelewki jest potwornie rozbudowany (ponad 9 minut) utwór „Fog”, który jest esencją gitarowego rocka. W zasadzie to chyba najlepsze 9 minut polskiego indie rocka ostatnich kilku lat.

Widać, a raczej słychać, że chłopaki z Wołowa (gdzie to jest?) odrobili lekcje i spędzili dużo czasu na słuchaniu właściwych płyt. Efektem tego jest ta ponad przyzwoita płyta, która stanowi hołd dla herosów gitary lat 90. Przyjemnie się słucha tego albumu, technicznie jest wszystko OK, nie ma dłużyzn a wokal pasuje do reszty. Ponadto słuchając tych piosenek wcale nie słyszymy, że to polski band. Minusem może być jedynie brak własnego stylu. No, ale spójrzmy prawdzie w oczy „The Great Division” to świetna kompilacja indie rocka przełomu lat 80 i 90 i to w dodatku nagrany przez naszych. Czekamy na jakieś koncerty. Ocena: 7/10.

posłuchaj

Kamp! – Kamp!

Kamp!Doczekaliśmy się najbardziej oczekiwanego od dwóch lat debiutu w polskiej muzyce tanecznej.

Powiem to prosto z mostu. Nie zawiedli. Oczekiwania były spore. Wcześniejsze EP-ki, piosenki gdzieś tam wyszperane w sieci i remixy (Cool Kids of Death, Brodka) nagoniły słuchaczom ślinki w ustach. Na szczęście po spożyciu „Kamp!” czujemy sytość i nie mamy ochoty na deser.

Nie przez przypadek mówić się o nich „polskie Cut Copy”. Ta płyta jest tym dla 2012 roku czym „In Ghost Colours”  była dla 2008. „Kamp!” to jedenaście żywiołowych i tanecznych utworów, które łączy w sobie disco lat 80 z elektroniką. Słuchając takich piosenek jak „Cairo” czujemy duch minionej epoki wzbogacony o inspiracje Junior Boys czy też Daft Punk. Nie bez powodu Krzysiek Ostrowski z CKOD w wywiadach podkreślał, że to najzdolniejszy młody, polski band. Miał rację. Kamp! powinien być naszym głównym towarem eksportowym. Ta płyta wiele wnosi do teoretycznie zamkniętego tematu muzyki tanecznej spod znaku Cut Copy.

Kilka słów o brzmieniu. Słuchając tej płyty mam przed oczami wszystkie kolory wszechświata (nawet te nie odkryte). Fajna barwa głosu Tomka oraz reszta wokali to mocny punkt tego albumu. Podkłady powodują, że pomimo panującej na zewnątrz zimy odczuwam hawajskie upały. Jeżeli ktoś nie wie co ma z sobą robić w te zimne i długie wieczory i dodatkowo ma stany depresyjne to polecam ten krążek. Poprawia humor na całej swojej długości i szerokości. Poza tym płyta a zwłaszcza single idealnie sprawdzą się na wszelkich potańcówkach. Taki „Heats” wzbogacony o handclaping i fajny basik to istny parkietowy wymiatacz.

Można przyczepić się,że w sumie to nie wymyślili niczego nowego a płyta jest jednostajna i głownie bazuje na wcześniej znanych singlach. Jednak trzeba mieć na względzie to, że gdyby każdy polski zespół nagrywał TAKIE płyty i każdy polski artysta miał TAKIE single to naród polski byłby znacznie szczęśliwszy. Póki co możemy jedynie mówić o pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. W końcu i my mamy bez obciachowy TAKI zespół z TAKĄ muzyką. Ocena: 8/10.