Liars – WIXIW

Szósty album grupy pochodzącej z Brooklynu pokazuje, że na zachodzie bez zmian.

Twórczość nowojorczyków można określić jednym słowem: Constans. Liars skrupulatnie od 10 lat wydaje równe, dobre i ciekawe płyty. I tym razem na „WIXIW” udowadniają, że forma ciągle jest.

„WIXIW” nie jest dobry album na ciepłe, letnie dni. Nie jest to też typowa depresyjna muzyka na deszczową jesień. Ciężko jednoznacznie ją zakwalifikować. Odkąd panuje moda na „dziwne granie” takie zespoły jak Liars nie mają problemu znaleźć potencjalnych słuchaczy. Hipsterska plaga łatwo łyka muzykę odstającą, odrzucając jednocześnie melodie popularne. Czemu o tym mówię? Dlatego, że ten album nie jest łatwy do łyknięcia dla przeciętnego słuchacza. To jakaś mroczna, mglista dyskoteka w lesie. Ujadający pies i tym podobne klimaty. Z pewnością dużym plusem jest brzmienie, niosące tą płytę basy rozrywające każdą przeszkodę oraz a może przede wszystkim genialny klimat wytworzony podczas obcowania z tym krążkiem. Różnorakie syntezatory, których jest pełno na tym albumie wzmagają poczucie niepokoju a wokal jakby wydobywający się z piwnicy jeszcze bardziej potęguje to uczucie.

Ciekawą drogą kroczy zespół, jednak nie każdemu przypadnie to do gustu. O ile na poprzednich albumach łatwo było jeszcze znaleźć piosenki nadające się na singla, tutaj jest z tym cholerny problem. Każda brzmi podobnie, żadna nie nadaje się do kręcenia teledysku. Pytanie jednak jest inne, czy to absolutnie przeszkadza w odbiorze „WIXIW”? Oczywiście, że nie. Bo jak wspomniałem wcześniej to jakaś popieprzona dyskoteka w lesie. Zatem bawmy się. Ocena: 7/10.

Japandroids – Celebration Rock

Powrót naszych rockowych ulubieńców.

o Japandroids pisałem już jakiś czas temu tutaj. Zachwycony wówczas kompilacją „No singles” namawiałem wszystkich do sprawdzenia tego hałaśliwego duetu prosto z Kanady. No bo jak nie zachwycać się zespołem, który ma na tyle zajebiste b-side’y, że może z nich sformować tak dobrą płytę? Tym razem wracam do tego zespołu, gdyż po trzech latach od debiutu Japandroids wydaje swój drugi album zatytułowany „Celebration Rock„.

Ciężko napisać coś nowego o ich muzyce, gdyż wielkie rewolucji zespół nie przeszedł. Obrali drogę ewolucji. Droga długa i żmudna, ale przynosząca korzyści w późniejszym czasie. Kanadyjczycy nagrywając „Celebration Rock” wykorzystali wszystkie sprawdzone metody, które składały się na sukces „Post-Nothing”. Brzmi to troszkę nudnie, ale uwierzcie, że w przeciwieństwie do ich okładek płyt, muzyka ani przez sekundę nie jest nużąca.

Ta płyta to garage rock w najlepszym wydaniu, jest hałaśliwie, ale i jednocześnie melodyjnie. „Celebration Rock” wydaje się nawet być bardziej melodyjny niż jego poprzednik. Fajny opener „The Nigts of Wine and Roses” przypomina mi troszkę jeden z tych świetnych utworów Les Savy Fav z „Inches”, natomiast „For The Love Of Ivy” zespół nawiązuje do złotej ery punk rocka. Z resztą na każdym utworze chłopaki dają radę. Solidna robota, poprzeczka została podtrzymana.

Na koniec odniosę się jeszcze do samej nazwy albumu. „Celebration Rock”. Nie wydaje wam się, że to idealny album na te mistrzostwa w piłkę kopaną? Ja uważam, że jak najbardziej. Polecam każdemu zapalonemu kibicowi by przesłuchał sobie tą płytkę w przerwie między jednym meczem a tym drugim wieczornym. Ocena: 7/10.

Off’owe propozycje część czwarta

Kolejna część sagi zatytułowanej „Off Festiwal”. Tym razem cofniemy się w czasie do lat 60 i początku lat 90. Hakuna Matata.

Iggy & the Stooges – Raw Power. „Raw Power” to opus magnum twórczości The Stooges. Dla znawców tematu nawet nie trzeba bliżej wyjaśniać dlaczego ten album jest kamieniem milowym dla takich gatunków jak punk, garage rock czy też sam rock. Energia, która została wytworzona na tych ośmiu kawałkach miała ogromny wpływ na to co teraz słyszymy na antenie rockowych stacji. Niejeden wokalista marzy o o tym by być jak charyzmatyczny Iggy Pop –  frontmana The Stooges. Pisząc o tej płycie trzeba uwzględnić sytuację Stanów Zjednoczonych z początku lat 70. Końcówka wojny w Wietnamie, kryzys naftowy itd. Tamtejszy nastrój idealnie odwzorowuje fragment tekstu z „Search and Destroy”: „I am a world’s forgotten boy”. Iggy Pop stworzył punk dla zbuntowanych nastolatków, którzy mieli dość grzecznej muzyki. Mimo, że Iggy ma ze sto lat to z pewnością będzie to ciekawe przeżycie zobaczyć tego farbowanego blondasa bez koszulki. A jak uraczą widownią starszymi piosenkami z „Raw Power” to będzie miodzio.

Posłuchaj

The Wedding Present – Seamonsters. Artur Rojek po raz kolejny oferuje nam koncert z serii „legendarna płyta zagrana od początku do końca”. Taką płytą jest „Seamonsters” zespołu The Wedding Present. Swego czasu pisał o niej wyciu tutaj, nie wiedząc jeszcze, że będzie mieć okazje do wysłuchania tego kapitalnego nagrania na żywo. Ja od siebie dodam tylko moje top 3 najlepszych momentów morskich potworów. Po pierwsze rozpędzające się powoli „Blonde”. Jestem niemal pewien, że takich utworów słuchał w młodości Matt Bellamy z Muse zanim chwycił gitarę i napisał  (albo podkradł) Plug in Baby. Piję w tym momencie do rewelacyjnej gitary. Po drugie noisowe zakończenie „Corduroy„, które spokojnie mogłoby się znaleźć na legendarnym „Source Tags & Codes„. Po trzecie genialna perkusja w „Octopussy”.

posłuchaj