10 piosenek, idealnie motywujących do ruchu, ćwiczeń i biegania

Odwieczne pytanie zadawane wujkowi Google i na łamach różnorakich for i serwisów. Co puścić by chciało nam się uprawiać sport? Jakie są piosenki dobre do ćwiczeń i biegania. Postanowiłem pomóc i poniżej zamieszczam moją autorską playlistę składających się z 10 piosenek, które idealnie zmotywują każdego do ruchu.

Na rozgrzewkę polecam synth-popowy killer grupy Junior Boys, który swoim elektronicznym brzmieniem zachęca do wymachu łapkami w górę i dół.

Na lekki bieg truchcikiem polecam Snow Patrol, ale im dalej tym szybciej biegniemy.

A jak już się rozpędziliśmy to nie zwalniajmy! Pędźmy jak helikopter w wykonaniu Bloc Party.

Wyobrażacie sobie taką playlistę bez Bon Jovi? Bo ja nie…

Ok łapiemy troszkę powietrza przy Blur – The Universal

Szybciutko, szybciutko, szybciutko!

Coś na aerobik? Proszę bardzo..

Jednak nie powinniśmy kończyć aerobiku na jednej piosence, poruszajmy się w rytm Kylie, która śpiewa do nas językiem ciała.

Pora przerzucić trochę żelastwa. Można zrobić to na dwa sposoby. Pierwszy na hip-hop’owo.

a drugi na punk’owo. W końcu każdy chce być królem plaży.

Życzę udanych ćwiczeń oraz masy wylanego potu.

Chromatics – Kill For Love

Włosi robią to lepiej?

Tak nazywa się nazwa wytwórni w której zostały wydane dwa ostatnie albumy grupy Chromatics. Słuchając ich nie mamy pewności czy ci włosi faktycznie robią to lepiej, ale na pewno robią to dobrze.

„Kill For Love” spodobał mi się od razu. Grupa z Portland w stanie Oregon wytworzyła na nim niesamowity nastrój smutku i melancholii, zawarty w niezłych, energicznych synth-popowych kawałkach. Poza typowymi elektronicznymi melodiami można się doszukiwać tutaj pewnych elementów post-punku i indie, natomiast te Italo-Disco, które znajduje się przy każdym opisie grupy odnosi się chyba tylko do wizerunku muzyków.

Album jest troszkę przydługawy i przez to nierówny. Szukając dobrych momentów na pewno trzeba zaznaczyć singlowe „Lady”, gdzie syntezatory poszły w ruch a zespół poszukuje odpowiedzi na odwieczne pytania zwracając się ku latom ’80. Ponad 8-minutowy „These Streets Will Never Look the Same” ma niezły wstęp i jeszcze lepszą końcówkę wyrwaną niczym z ostatniej płyty Junior Boys. Kolejny plus za fajną, synth-popową balladę „Candy”. Tytułowe „Kill For Love” zwraca na siebie uwagę głównie dzięki energii skupionej na tym tracku. Ah i zapomniałbym o oczywistej, oczywistość. Sam gitarowy opener, dodaje na prawdę fajnego klimatu.

Jednak idąc dalej (druga część albumu) utwory stają się coraz to bardziej rozciągnięte i instrumentalne. Stanowią zaprzeczenie dla działalności takiego Perfume Genius, gdzie aż się prosi by niektóre kawałki pociągnąć dalej. Tutaj jest na odwrót, niektóre momenty można było pominąć. Całość kończy 14-minutowy potwór „No Escape”, który spokojnie mógłby być soundtrackiem do jakiegoś filmu dokumentalnego pokazującego bezkres wszechświata. Mimo to „Kill For Love” zostawia po sobie całkiem przyjemne wrażenie. Warto posłuchać. Ocena: 7/10.

Beach House – Bloom

Muzyka bez dream popu byłaby tym czym ludzkość bez marzycieli.

Dobry dream pop jest w cenie. Nie wiem czy moje uwielbienie dla tego gatunku jest efektem ciągle zmieniającej się  mojej wrażliwości muzycznej czy może po prostu wczesną oznaką starości. Aczkolwiek to drugie bym skreślił bo jak pokazuje licznik na last.fm to ostre granie wciąż jest w topie. A dream pop wydaje się w tym przypadku idealną alternatywą na spokojną niedzielę przy herbatce i pierniczku.

By dało się tego słuchać musi być melodyjnie, łagodnie, kreatywnie. Beach House wydaje się podążać tą drogą konsekwentnie. „Bloom” nie wiele się różni od „Teen Dream” z 2010 roku. Można się doszukiwać pewnych różnić, ciekawostek itd. Jednak na pierwszy rzut ucha słychać, że Victoria Legrand i Alex Scally podążają sprawdzoną ścieżką. I dobrze!

Z pewnością jest troszkę bardziej energicznie. Tym razem nie można mówić o tym, że podczas słuchania tej płyty zaśniemy wraz z pierwszą piosenką. Wystarczy wspomnieć jakim świetnym openerem jest „Myth”, gdzie samo wejście perkusji daje fajny efekt. Wydawałoby się, że wszystkie piosenki będą oparte na miłym pitu pitu gitary, usypiającym wokalu oraz iście anielskich melodiach. A jest jednak kilka dość mocniejszych momentów. Przykłady? wstawki gitarowe z „The Hours” niczym wyrwane z debiutu Interpolu czy też epicka końcówka „Irene”. Utwór „New Year” brzmi natomiast jak lajtowa wersja którejś piosenki z zeszłorocznej płyty Ringo DeatStarr.

Nie zgodzę się z niektórymi zdaniami, że ten album rozczarowuje i podąża nie wiadomo gdzie. Wydaje mi się, że duet z Baltimore dokładnie wie gdzie ma podążać. „Bloom” to dobra płyta, równa i miła w odbiorze. Nie zawiedzie żadnego miłośnika formacji spod znaku Sub Pop. I nie jest to primaaprilisowy żart jak śnieg za oknem. Ocena: 7/10.