Primal Scream – Screamadelica

Sobotę 6 sierpnia w Katowicach niemalże legendarny Primal Scream odegra równie legendarny album Screamadelica.

Album ten wydany w 1991 roku osiągnął w tamtym czasie niebywały sukces komercyjny. W 1992 roku został on wyróżniony po raz pierwszy przez Mercury Music Prize. Dla mnie osobiście wszelakie nagrody i sukcesy komercyjne nijako wpływają na postrzeganie danego krążka czy też artysty, z względów raczej już znanych wszystkim (wszechobecna komercjalizacja). Jednak w tym wypadku muszę pokłonić się przed szkotami, że udało im się wybić z tego typu muzyką w nastrojach grunge’owych i gangsta rapowych wczesnych lat 90.

Od premiery płyty Screamadelica mija 20 lat, ciężko w tym kontekście napisać coś co odda sens temu albumowi. Zacznę od tego, że mimo upływu 20 lat (niby nie dużo, ale w muzyce przez ten czas wiele się wydarzyło) dzieło Primal Scream nie straciło na wartości i równie dobrze tego się słucha obecnie w czasach dominacji web 2.0. Dla mnie ten album jest zbiorem 11 świetnych, różnobarwnych melodii złączonych w jedną całość i nazwanych przewrotną nazwą, która od razu przywołuje mi w głowie nazwę „Metallica”. Zaczyna się od rewelacyjnego Movin’ On Up, który jest bogato zaaranżowany i mocno kojarzy mi się ze stylem Rolling Stones. Następnie ‚Slip Inside This House” przypomina mi narkotykowe odloty Beatlesów. Utwór numer 3 ‚Don’t Fight It, Feel It” jest odpowiedzią czego słuchali !!! przed nagraniem Myth Takes. Po drodze mamy jeszcze ponad 10 minutowego kolosa Come Together (już wyobrażam sobie kiwający się tłum pod sceną mBanku). Druga część albumu jest już bardziej senna, jednak nie oznacza to, że nudniejsza. Całość kończy Shine Like Stars.

Jest to już klasyczny album, pełen psychodelicznych melodii, świetnych tekstów głoszących haseł generacji tamtych lat oraz ciekawych połączeń rocka z innymi gatunkami, które były furtka dla wielu, wielu zespołów, które lubisz. Ocena: 10/10.

posłuchaj

Deerhunter – Halcyon Digest

Spóźniona recenzja z 2010 roku.

W moim przypadku spóźnianie się z recenzją jest normą. Jednak w mojej samotnej walce z szumem informacyjnym w internecie (by rzesze ludzi poznały fajną muzę) możliwa jest do usprawiedliwienia tendencja „spóźnionej płyty”. Poza tym to zawsze jest modne. 

Skupmy się jednak na samej płycie. Cox’owi (To nazwisko całkowicie nie pasuje do jego postury) udało się stworzyć album wciągający, na pewien sposób hipnotyzujący i ciekawy. A głównie to wszystko za pomocą gitar, PROSTOTY (Nie cierpię przekombinowanych akcji tak samo jak Mateusz Borek) no i pomysłów, które co chwilę się rodzą w głowie Bradforda C. Jest on zresztą znany z płodności twórczej, jednak Deerhunter > Atlas Sound i to dla mnie zdecydowanie. Wystarczy posłuchać takiego Desire Lines (wam też ten kawałek kojarzy się z nowym Arcade Fire?), Coronado czy też Revival by się przekonać o tym co piszę. Sprawa na prawdę nie jest skomplikowana, co sprawia, że album nie jest tak trudny w odbiorze. Nie mam pojęcia jak wygląda to na żywo, ale myślę, że warto będzie sprawdzić, czy te kawałki w w wykonaniu live również tak potrafią pochłonąć nasze umysły. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Cults – Cults

Powrót kultowych melodii z lat 60 w wersji indje-popowej, które mają dopełnić nam wakacyjne leniuchowanie.

Oj tak, ta płyta to typowa wakacyjna, lekka i bez kompleksowa zbitka melodyjnych piosenek, których zadaniem ma być uzupełnianie wakacji czymś po prostu „fajnym” (w szerokim rozumieniu tego słowa). Cults to nowojorski (można było jeszcze obstawiać Los Angeles) duet Madeline Follin (śpiewa) oraz Briana Oblivion (robi całą resztę). Na płycie widać, a raczej słychać, że para raczej z nich dobrana. Udało im się skomponować fajny, przyjemny debiutancki krążek, który słucha się wyłącznie w ciepłe, słoneczne dni. Utwory nie są długie i nie ma ich dużo, także czas spędzony przy tej płycie nie jest duży, ale i co najważniejsze nie jest zmarnowany.

Stylistycznie odwołują się do lat 60, czyli łatwych piosenek o wszystkim i o niczym. Poza tym przypomina to jak już zauważono Peter, Bjorn and John, ale zrzynki nie ma, są tylko skojarzenia z wakacjami 2006, które były gorące. Mamy tu wszystko co musi zadziałać i jakiś klawisz, i handclaping, i cymbałki, i nieskomplikowane konstrukcje piosenek, które mają za zadanie się podobać. I się podobają. Oczywiście nie jest to nic nowego, ale c’mon people! To tylko płyta na wakacje. Nikt nie słucha na plaży Paranoid Android ani podczas górskiej wycieczki Briana Eno. Cults dobrze w tym momencie trafia, jest fajnie, ale już we październiku nikt nie będzie pamiętał o Abducted czy Go Outside. Póki co urlopowiczu, pakuj Cults do torby. Ocena: 7/10.

Posłuchaj