Fokus – Prewersje

Ej dzieciak sprawdź to.

Fokus, czyli Wojtek Alszer w środowisku hip-hopowym uznany już  za żyjącą legendę. Jednak nie ma zamiaru odcinać kuponów od działalności w Paktofonice. Koleś zawsze wzbudzał u mnie szacun za swoja charyzmę, styl, nawijkę. Jest nie do podrobienia w tym co robi, oryginalność Fokusa daje mu przewagę nad innymi, jednak albumami solowymi nie potrafił tego u pieczętować. O ile jego działalność w PFK, Pijanych Powietrzem czy też Pokahontaz zalicza się na plus to solowo nie szło mu tak dobrze. Alfa i Omega była raczej średnia. Prewersje to album dojrzały i czerpiący to co najlepsze z czarnego rapowania. Zwróćcie uwagę na podkłady. Taki Nie da Sie bitem nawiązuje do trąbkowych podkładów znanych chociażby stąd. Ponadto czuć tutaj Lil Wayne’a czy też motywy znane z albumów Jay-Z. Bity na Prewersjach to najmocniejszy punkt krążka. Po prostu poziom kontynentalny w tym momencie.

Po drugiej stronie jest Fokus, który siedzi w swoim 6ścianie. Zgryźliwy, szczery do bólu, celuje słowem i trafia w swój cel. Jakby to ujęli ludzie od trade marketingu fokusuje się na targecie. Fajnie nawija o wakacjach w GPS: „zabiorę Cię tego lata na koniec świata”, „Słońce, piasek i lasy iglaste”. Bez pretensjonalnie, zabawnie, uroczo jak na niego. Lubię to, słuchając tego widzę takie fajne wyprawy a w plecaku puszki z paprykarzem. Cikiciki natomiast druga strona Wojtka, gdzie koleś na pełnym luzie mówi bez żadnej skromności „mam taki flow człowieku, że w kilku sekund zostaje popiół z człowieka” , fajnie nawiązuje do Pokahontaz „To jest ten wstrząs dla mas” i przyznaje się, że jest hedonistą. Zresztą o tym już opowiada w V.I.P., gdzie wspomina jak to wygląda życie gwiazdy hip-hopu: „kiedy wchodzimy do klubu wszystkie oczy patrzą, / oczekują cudów, dupy szepczą ‚kiedy oni grac już zaczną'”. Poraża to jak on tutaj bawi się słowem, przypomina to momentami Slim Shady’ego.

W takiej formie Fokus jest cool, jednak Lament jest przesadnie pesymistyczny, wolę go gdy skupia się na śląskich ziemiach i takim życiu codziennym, nawijka o problemach świata i Baracku Obamie jest takie dla mnie zbyt naciągane: „Czy nie dziwi Cie dlaczego murzyn został prezydentem? / Czemu ludzie byli tak szczęśliwy gdy składał przysięgę / Czemu kłamał tak jak wszyscy wszędzie to jest pierdolnięte

Tak poza tym Prewersje są świetne, jeden z lepszych rapowych albumów tego roku, powalczyć może jedynie Ten Typ Mes no i ewentualnie Waszka G. Fajnie się słucha tej płyty, zapodajcie ją sobie i zachwycajcie się świetnym basem w Prewersjach czy też tym werblem z 6Ścian no i samym Fokusem. Pozdro. Ocena: 7/10.

Jedziemy z tym tematem. Posłuchaj

Britney Spears – Femme Fatale

Femme Fatale, czyli przykład na to, że i w mainstremie można znaleźć coś fajnego.

Najnowszy album Brit to esencja fajności popu, który czerpie pełnymi garściami z tego niezależnego popu, którego puszcza się o 2 w nocy. Bo słuchając takiego How I Roll czy też (Drop Dead) Beautiful to wyraźnie wpada w ucho zeszłoroczne Sex Dreams and Denim Jeans Uffie. Oczywiście można tu wspominać o innych niezależnych artystach typu Meg itd, których słuchać na tym albumie, ale przede wszystkim należy zwrócić na jak wysokim poziomie produkcyjnym stoi ten album. Tu jest tyle świetnych dźwięków, momentów, momencików. Czegoś takiego szukałem na nadchodzącą wiosnę i letnie, ciepłe dni. Lato 2010 dla mnie to przede wszystkim Uffie, Phoenix oraz Menomena. W tym roku będzie to Britney.

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć fenomenu jej twórczości. Pani Spears nie miała głosu a i też nie wpisywała się w mój kanon piękna, początkowo była niespełnionym seksualnym marzeniem amerykanów w średnim wieku i tym, czym chciała być każda nastolatka. Później stała się celebrytką a sodówka też uderzyła do główki i w związku z tym były już różne momenty w jej karierze. Oczywiście ma na koncie, kilka udanych singli, którymi może się pochwalić. Ostatnim takim z pewnością jest Womanizer. Do całego albumu, nigdy mnie nie przyciągnęła, aż do teraz.

Famme Fatale to zbiór fajnych piosenek, pełnych eksperymentów i srogich hooków. Mógłbym zachwalać jak innowacyjny był Hold It Against Me, (aczkolwiek teledysk naszpikowany już nawet nie „krypto” reklamami odrzuca z lekksza), jak I Wanna Go porywa do tupania, klaskania i gwizdania, jak poraża mnie Trip To Your Heart, zwłaszcza moment w 1:51. Nasze ucho jest pieszczone przez słodkie słowa Brit: „Break this chains that keep us apart / I’ll fly away on a trip to your heart”. Ale rozpisywanie się na temat każdego otworu w tym momencie traci sens, bo każdy jest na dobrym, równym poziomie. Może nie ma to tak potencjału komercyjnego, bo już w role wchodzi tylko RMF MAXX i masy nie będą tego śpiewać jednym głosem a i też znajdą się tacy fani, którym nowa płyta nie przypadnie do gustu. Mimo to zachęcam każdego nieprzekonanego do Britney, warto posłuchać. To na prawdę świetny krążek. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Raekwon – Shaolin Vs. Wu-Tang

Stary, dobry, fałdkowany Raekwon wydaje w tym roku nowy longplay, którym udowadnia młokosom, że wciąż ma coś do powiedzenia.

Niby te wszystkie zagrywki, które znamy chociażby z Enter The Wu-Tang (36 Chambers) pojawiają się na każdym albumie Szefa i trzeba powiedzieć, że jednak coś w tym jest. To nie nudzi, mi się to nadal podoba. Rae jest w formie, jest jak wino, im starszy tym lepszy. Z pewnością w odróżnieniu od poprzedniej płyty mamy więcej damskich chórków a także inni ludzie stali za produkcją. Jednak dalej wyszukamy tam starych dobrych znajomych. Pojawi się  Ghostface Killah, którego wyjątkową umiejętnością jest dopasowanie się do każdego typu hip-hopu bo zarówno na albumie Rae jak i w takich wykonaniach wypada przekonująco. Poza członkiem Wu-Tang Clan  mamy też Inspectah Deck, Method Man’a, Jim Jones’a, Estelle, Nas, Ricka Rossa czy też Busta Rhymesa. O tym ostatnim akurat nie wiele można ostatnio dobrego powiedzieć, poza faktem, że rozpoczął Ten wyścig szczurów. Sporo fragmentów z filmów typu ninja style, odgłosy walki, gdzieś tam ruchy mieczy itd. Sama końcówka, która składa się z Masters of Our Fate oraz fajnego outro jest patetycznym majstersztykiem.

Shaolin Vs. Wu-Tang to dobry, hiphopowy shit. Raekwon z koroną na głowie wypluwa z ust słowa, które wchłania się momentalnie. Ten koleś jest fenomenalny. Wraz z doborowym featuringem i świetnymi podkładami daje nam powody do przemyśleń i dobrej zabawy. Bo głównie o to chodzi, by miło spędzać czas z tą płytą. Dla każdego fana murzyńskich rytmów poznanie dyskografii Szefa jest obowiązkiem. Płytę słucha się przyjemnie i szybko, kawałki na niej nie trwają za długo a ponad pięciu minutowy Rock’N’Roll wobec tych standardów wydaje się najwyższym budynkiem w mieście. Na koniec dodam jeszcze, że mocno podobają mi się podkłady na płycie. Takie Snake Pond czy też Last Trip to Scotland najlepiej o tym świadczą. Warto sprawdzić nowy album Raekwona, nie zawiedziecie się. Ocena: 7/10.

posłuchaj