Beach House – Teen Dream

Duet Victorii Legrand oraz Alexa Scally już rok temu był wymieniany jako ci co w 2010 roku będą rządzić i dzielić. A materiał z nadchodzącej płyty zarzucać na muzycznych festiwalach. Rojek ich na Offa jednak nie zaprosił a polskie media określiły strasznymi nudziarzami przyznając mimo wszystko dobre oceny.

Z tą nudą to nie wiem. To znaczy wiem, że po wyczynach Fleet Foxes, Bon Iver czy też Grizzly Bear ciężko coś nowego wcisnąć w folk, ale duet za oceanu całkiem fajnie sobie ciupie w tej estetyce dopisując do tego Dream Pop. I w moim przekonaniu jest przyjemnie i milutko na tej płycie. Teen Dream może nie tworzy historii, kawałki nie zmieniają ludzi na lepszych, ale mają w sobie ten magnez przyciągający słuchacza. Płyta mi towarzyszyła przy opadających opuszkach śniegu w styczniu i później równie dobrze sprawdzała się przy obserwacji opadających liści. Mimo, że cudów nie ma to w mojej głowie tkwi przekonanie, że to jedna z lepszych rzeczy jaka wyszła w tym „oryginalnym” 2010 roku.

Poza tym wydanie płyty w Sub Pop to mimo wszystko jest „coś”. Mam zaufanie do ludzi  z tej wytwórni. Wykreowali wielu moich mistrzów melodii. Nad produkcją czuwał człowiek od Grizzly Bear, Yeah Yeah Yeahs czy TV on The Radio. Na tym poziomie jest bardzo dobrze. Chwaląc jednak produkcje płyty nie oznacza to, że jest to jedyne co mogę powiedzieć miłego o tej płycie. Bo w gruncie rzeczy każdy fragment tego albumu jest fajny. Taki Lover of Mine zachwyca mnie udanym klawiszem. Norway natomiast porusza swoją delikatnością. Utwory są na wyrównanym poziomie i tworzą zgrabną kompozycje dziesięciu marzycielskich piosenek. Jest ładnie i nie zmienia to fakt, że czasem przy tym sobie ktoś ziewnie. Ocena:7/10

Posłuchaj Norway

Paweuu Playlist Listopad

Niezbyt wyczerpująco na temat 3 piosenek usłyszanych w listopadzie.

Black Lips – Bad Kids. Listopadowa rekomendacja Boo, jeden z soundtracków ostatniego indie filmidła pt. 500 dni Miłości (500 days of Summer). Piosenka na swój sposób jest wesoła, zabawna i można na lajcie jej słuchać. Dodatkowo oglądając teledysk z wyczynami młodzieży co „ma za dużo czasu” to nasze poczucie radości zwiększa się, przez ten pozytywny nastrój, który wytwarza się przez 126 sekund obocowania z tą pioseneczką. Mamy fajne przecież cymbałki, wokal dość charakterystyczny sprawiający wrażenie, że śpiewa to nasz najlepszy kumpel przy piwie. Melodyjna gitarka, nieskomplikowana perkusja. Skojarzenia pchną mnie w okresy licealne i czasów łażenia po mieście i ogólnie jest coś w tym zajebistego co powoduje, że gdy jest dupiato to jest już dupiato mniej.

Posłuchajcie i pośpiewajcie karaoke.

Travis Barker feat RZA, Raekwon, Tom Morello – Carry It. Jak to się mówi nazwiska nie grają. Mamy przecież na jednym numerze gitarzystę Rage Against The Machine – Toma Morello. Uznawanego za jednego z najlepszych. Dodatkowo dwóch członków legendarnej grupy hip-hopowej Wu Tangh Clan czyli RZA i ” szef kuchni” Raekwon. I wszystko to pod nazwiskiem Travisa Barkera – perkusisty Blink 182. Bez większych porywów, takie kawałki już były w historii i szoku nie ma. Travis generalnie nagrywając swoją płytę skupia się na featuringach z gwiazdami rapowymi, które w zamiarze marketingowym mają ciągnąć to wydawnictwo. Przecież ma być jeszcze Eminem, Lil Wayne, Drake i Snoop Dogg. Jak widać czołówka. Wracając jednak do Carry It. Bez jakiś porywów. Dość przyzwoity, Tom Morello gra ładnie na gitarze, ale już to wszystko słyszałem na RATM i na wszystkich płytach followerów. RZA i Raekwon w formie. W końcu taki status ikon jaki oni mają zobowiązuje. Podziwiam ich zwłaszcza za to, że świetnie się odnajdują w dzisiejszych czasach co nie wielu się udało. A Pan Barker, była gwiazda reality z MTV bez jakiś porywów bębniarza, ale też taki rapcore’owy kawałek nie daje zbyt wielu możliwości. Posłuchać można jeżeli jest się fanem tego typu kolaboracji

posłuchaj

MerC ‚N CeZik – Forfiter Blues

posłuchaj

Klaxons – Surfing The Void

Jeszcze nie tak dawno, kiedy wydawali swój debiutancki album słuchałem ich z wypiekami na twarzy. Można jeszcze znaleźć w archiwum recenzje w której po wymienieniu wszystkich fajnych piosenek z Myths of The Near Future dałem ósemkę. Obecnie miałem ogromne problemy by przebrnąć przez ich drugi krążek.

Każdy kto odniósł jakiś sukces w życiu wie jak trudno go powtórzyć. Do tej pory nikomu nie udało się wygrać po raz drugi z rzędu Ligi Mistrzów (chociaż ja i tak wierzę, że zrobi to kiedyś ekipa Rossonerich). Wiele kapel po obiecującym i fajnym pierwszym albumie nie nagrało później już niczego choć trochę dobrego. Zawsze była mowa o tak zwanym syndromie drugiej płyty, potem trzeciej może czwartej, dalej już tylko hardkory nagrywają. A Klaxons pomimo, że zostali wyróżnieni nagrodą Mercury Prize to są efektem wytrysku new indie shit disco revoultion bandów, które po całkiem fajnej pierwszej płycie kiedy był boom na tego typu muzę nigdy nie nagrały niczego w miarę już fajnego. Aczkolwiek nie można nikogo przekreślać. Taki Kasabian po katastrofalnym Empire wydał zbierający dobre recenzje West Ryder Pauper Lunatic Asylum.

Klaxons by odróżnić od reszty rozczochranych kolegów próbowano zakrywać tytułem odkrywcy new rave’u, którego jak wiadomo nigdy nie było. Debiutancki album był fajny, fluorescencyjny, żywy i dobrze się tego słuchało.  O nowej płycie mało można powiedzieć dobrego. Słychać, że próbują jakoś nawiązać do hitów pokroju Atlantis to Interzone, ale nie wyszło. Ten pierwszy singiel Echoes jeszcze ujdzie od biedy, ale reszta płyty przynudza i słucha się tego ciężko. Po pierwszym odsłuchu długo odkładałem dalsze słuchanie by ją zrecenzować, aż w końcu zacisnąłem zęby i posłuchałem. Głównie na słuchawkach idąc do roboty. Nigdy tak szybko nie szedłem do roboty, bynajmniej nie z zimna. W sumie jest jedna nawet fajna piosenka Flashover, którą można posłuchać. Całość ciężko ogarnąć a szkoda bo troszkę te moje ostatnie nadzieje pokładałem właśnie w nich. Czar prysł jednak już dawno a teraz kibicuje Toro y Moi. Ocena: 3/10

posłuchaj