Paweuu Playlist Październik

Nie będzie oryginalnie. O trzech nutkach słuchanych w mijającym miesiącu.

Lil Wayne feat. Bobby Valentino – Mrs Officer. Oj przekonałem się do złoto-zębiastego murzynka, który obecnie siedzi w ciupie. Nie wiem za co, ale nie przeszkadza mu to w wydawaniu muzy za krat. Zawsze mnie trochę irytował, taki plastikowaty plastik czuć było od niego na kilometr. Na widok klipu Lollipop od razu przełączałem kanał na inny. Z lekksza nie dzierżyłem kolesia. Jednak piosenka o pani policjantce, która wydawała mi się kiedyś śmieszna obecnie jest dla mnie  fajnym, spokojnym popikiem, który miło się słucha przy herbatce. I już nawet odgłos wydawanego koguta nie irytuje a nawet sam to nuciłem ostatnio.U nas troszkę inaczej wyglądają policyjni oficerowi, którzy zatrzymują do kontroli.

posłuchaj

My Chemical Romance – Na Na Na. Hardkory, których wstyd słuchać przed kumplami z powodu tej otoczki emo podcinaczy żył z rozmazanym makijażem nagrywają przeciętny kawałek, co nie dziwi. Dobry, efekciarski hit w sam raz do radia Eska czy też Roxy, które chce uśmiercić pop, jednak nie ma nawet co porównywać  z dokonaniami z albumu Three Cheers for Sweet Revenge, który jest jedynym na poziomie i bez obciachu w ich dorobku z takimi rockowymi killerami jak Cemetery Drive czy też Helena. Na Na Na natomiast jest piosenką typowo radiową.Prosty  refren Na Na Na Na, wygodna melodia do zapamiętania, trochę buntu w tekście i można jechać samochodem i śpiewać a za miesiąc nucić już coś innego. Wyprodukowane, spożyte, wydalone, zapomniane. Tak to działa. Dodatkowo wszystko opatrzone teledyskiem, który już był.

posłuchaj

Brandon Flowers – Crossfire. On kiedyś nagrał Somebody Told Me, Mr Brightside, On Top? Teraz nagrywa beznadziejne piosenki od których chce się rzygać a w klipie pokazuje swoją ciotowatość. Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr Error Error Erorr 010101010101010101010101010101 ale jajca.

nie słuchaj

Robyn – Body Talk Pt. 1

Pierwsza część z trylogii szwedzkiej piosenkarki mówi nam, że jest fajnie, ale zawsze może być jeszcze lepiej.

Robin Miriam Carlsson zaczynała od przebojowej muzy lat ’90 czyli eurodance i była dobra w te klocki. Mając ledwie 15 lat Udało jej się podbić listy przebojów i sprzedać pokaźne liczby płyt. Obecnie słuchając Robyn od razu kojarzę to z tym rocznym wydawnictwem Uffie czyli Sex Dreams and Denim Jeans. Mieszanką electro z popem jest trendy. A ledwie półgodzinny album Robyn zaczyna się od dość wściekłego electro Don’t Fucking Tell Me What To Do, gdzie już tytuł mówi, że to nie przelewki. A dalsze kawałki tylko potwierdzają mnie w przekonaniu, że słucham strone B debiutu Uffie z innym tylko wokalem. Bo nasza szwedzka blondynka jest pod tym względem lepsza od Anny Catheriny Hartley, że umie fajnie śpiewać.

Poza tym mamy też jakieś electro reagge w stylu Dancehall Queen. Oraz typowy dla niej killer popowy hit Dancing On My Own. I szczerze z początku jest nawet fajnie, ale im bliżej końca tym nudniej a jest to mocno widoczne w szczególności na tak krótkim materiale. Ballada Hang With Me w zupełności nie pasuje tutaj, Robyn bardziej sprawdza się w bardziej żywych numerkach. A końcowe Jag Vet En Dejlig Rosa to jakaś szwedzka kołysanka? Jest to dość nie konsekwentne by zapraszać do tańca a za parę minut przykrywać kołderką, dawać buzi w czółko i mówić „dobranoc”.

Nie ma co narzekać, ale dobrze wiem, że ją stać po prostu na coś lepszego. Potrafi się nieźle odnaleźć w obecnej muzie tanecznej. Więcej harców i brykania z fajną melodią to nie wygórowana cena za dobre notowania u recenzenta. Tego tylko oczekujemy. Póki co pierwsza część płyty pokazuje miły kreatywny pop z mocą jednak całość nie zasługuje na wyższą ocenę niż: 6/10

posłuchajcie Dancing On My Own

The National – High Violet

The National wydaje piąty studyjny album, który podbija serca fanów i redaktorów Pitchforka.

W ostatnim czasie idzie zauważyć wzrost zainteresowania tym, że skromnym zespołem Matta Berningera. Można nawet odnieść wrażenie, że jest mocno cool mieć w odtwarzaczu, którą z płyt Nowojorczyków. Całkiem możliwe, że jest to spowodowane koncertem, który grupa zagrała rok temu w Mysłowicach podczas Off Festivalu, gdzie zagrali bardzo dobry gig dodatkowo byli grupą, która nie miała godnych konkurentów w walce o najgrubszą czcionkę na plakacie reklamującym festiwal Artura Rojka. O ile kiedyś byli uznawani za taki sobie, gdzieś tam grający zespolik z Nowego Jorku to teraz są headlinerem pełną gębą. I wydana w tym roku płyta, a w zasadzie zainteresowanie nią najlepiej o tym świadczy a sam zespół wróci do Polski jeszcze w tym roku. I na pewno będzie wielu chętnych by zobaczyć ich jeszcze raz albo po raz pierwszy.

A płyta? Czy zasłużony hype? Poziomu Alligatora nie przeskoczyli ale wydaje się lepiej niż w stosunku do starszych płyt i ostatniej zatytułowanej Boxer. Nie ma niespodzianek, nagrali to czego od nich się oczekiwało, czyli 11 piosenek o charakterystycznym dla nich brzmieniu nasączone gorzkimi tekstami przy których można swobodnie wyć do księżyca. Jest tak jak zawsze melancholijnie, melodyjnie, z drugim dnem a głos Berningera nie wkurza. Perkusista Bryan Devendorf jak zwykle pokazuje, że bębnienie to jego specjalność. Nie zabraknie również różnorakich instrumentów smyczkowych i klawiszy w tle. Pod tym względem bardzo mocno są podobni do wydawnictw Arcade Fire i dzieł Final Fantasy. Tym razem nie słyszałem w tym Interpolu i to stanowczo na plus bo o ile The National notuje tendencje wzrostową to Interpol o czym pisałem już we wrześniu grzebie się w mule blisko dna.

Nie ma tutaj zbytnio wyróżniających się utworów, każdy z nich jest na równym poziomie. Z świeczką szukać hitu na miarę Mr. November. Mamy zamiast tego zlepek jedenastu fajnych piosenek. Czy to leniwy Runaway czy też pełen polotu i podniosłości Afraid of Everyone to każda z tych piosenek ma w sobie coś ciekawego. Póki co płytę dobrze mi się słucha i nie nudzi, ale jak będzie dalej? Czas oceni. Na dzień dzisiejszy daje ocenę: 6/10

Posłuchajcie Bloodbuzz Ohio