Paweuu Playlist Lipiec

W dzisiejszym wydaniu playlisty przyjrzymy się trzem kawałkom zespołów goszczących w tegorocznej edycji OFF Festival.

Art Brut – Bang Bang Rock and Roll. Czuje się przejedzony angielską muzyką gitarową, okres licealny był przesiąknięty tego typu graniem. Dlatego też nie bardzo mnie wzruszył news o uczestnictwie indie kapeli Art Brut na Offie. Słuchając całej płyty wydawało mi się, że każdy utwór na niej jest podobny do siebie. Wybrałem ten z takim samym tytułem co tytuł albumu. Jest to dość energiczne granie, pełne okrzyków bang bang rock and roll, angielskiego akcentu, nieokrzesanych riffów zmieszczone w 134 sekundach. Dla mnie osobiście nie odkryli jednak ameryki a dalej dryfują na tratwie nie oddalając się od wysp brytyjskich.

posłuchaj

The Fall – L.A. Klasyka, post-punk, new wave, koniec lat 70 i już pełna dekada 80. W dalszym okresie trochę gonienie własnego ogona. Dlatego piszę o jednym z najbardziej charakterystycznych kawałków z This Nation’s Saving Grace, uznawanej za najlepszą płytę w ich szerokiej dyskografii. Tekst nie jest bogaty w słowa: „This is my happening and it freaks me out” mamy natomiast świetną warstwę muzyczną. Kawałek mocno rytmiczny z dodatkiem fajnych przejść perkusyjnych i klimatycznym basie. Gitara też dodaje uroku. NO i jeszcze te jęczenie Marka Smitha i powtarzanie literek L i A. Dzięki takim utworom potrafią wytworzyć niepowtarzalną atmosferę. Oby nie zabrakło starych piosenek w Katowicach.

posłuchaj

Newest Zealand – Yours Sincerely. Tak by pewnie brzmiało The Car Is ON Fire, gdyby Borys nie postanowił obrać drogi solowego artysty, co jakiś czas angażującego się w to różnorakie projekty muzyczne i nie tylko. Piszącego raz na kwartał recke na porcysie i pokazującego się w TVNie by zachwalać swoją idolkę dzieciństwa Edytę Bartosiewicz. Dwa kawałki, które słyszałem z najnowszego projektu Borysa zapowiadają coś fajnego i ciekawego. Jest melodyjnie a zarazem nie banalnie. Wszystko zachowane w indie popowej estetyce a sam Borys brzmi tak jak można się po nim spodziewać – nad wyraz fajnie. Szkoda,że takie kawałki nie podbijają setlist radiowych. Jest przyjemnie już po dwóch piosenkach, więcej usłyszymy na debiutanckiej płycie, która ukaże się w tym roku a wcześniej na koncercie podczas Rojkowego święta muzyki.

posłuchaj

The Raveonettes – Whip It On

Mam dobrą wiadomość dla fanów The Raveonettes. Na Offie będą mieli wystarczająco dużo czasu by zagrać tę płytę 3 razy.

hehe jak to śmieje się Jacek Gmoch. Taki żarcik na start. Debiutancka płyta duńskiego duetu zawiera 8 kompozycji i żadna nie trwa dłużej niż 196 sekund. Płytę słucha się bardzo szybko nie tylko ze względu na krótkie utwory, których też nie ma za wiele. Kompozycje toczą się w szybkim tempie. Jest głośno, momentami jazgotliwie. Krążek trzeba przyznać jest dobry. Utwory brzmią jakby były wyrwane z jakiegoś klasycznego amerykańskiego filmu. Koleś w przetartych jeansach podjeżdża swoim starym Dodge’m pod typową hamburgerową restauracje. Tam czeka na niego już jego dziewczyna kelnerka, która dopala papierosa i przelicza dzisiejszy napiwek. Po czym szybko odjeżdżają szosą gdzieś na zachód. Różne tego typu skojarzenia mi towarzyszą przy odsłuchaniach Whip It On. A Oni też chyba starają się kreować na takich żywcem wyrwanych z filmów Quentina Tarantino.

Debiutancka płyta uchodzi za najlepszą w ich dyskografii. Można powiedzieć, że łato jest wytworzyć specyficzny, fajny, coolerski klimat przez 20 minut bo dalsze ich płyty już nie osiągnęły tego poziomu. Mimo to, nie ma biedy i przez godzinny koncert powinni wytworzyć przyzwoitą atmosferę i dać frajdę ludziom, którzy za to zapłacili. Nie ma co pisać więcej. Płyta trwa tyle co przyrządzenie hamburgera z podwójnym serem dla kilku osobowej rodziny. Warto jednak znać, bo to już niemal klasyk z 2002 roku. A też dzieło męsko-damskiego duetu jest godne przesłuchania.  Ocena: 8/10

posłuchajcie Beat City

Mew – No More Stories Are Told Today, I’m Sorry, They Washed Away

30 stopniowe upały dają się w kość nawet największym twardzielom. I mimo, że ostatnie dni to głównie popijanie zimnego piwa przed telewizorem w którym gościli macho piłkarze z hiszpanii, brzydale z holandii oraz inni, oglądanie filmów Tima Burtona na przemian z filmami w których brał udział Johnny Deep to gdzieś w tle zawsze ciupali Duńczycy z Mew.

Sam zespół nie był mi zbyt znany wcześniej. Poznałem ich parę piosenek rok temu na pewnej składance, ale nigdy nie skusiłem się na przesłuchanie całości. Jak zwykle zrobił to Pan Arturo, który co jakiś czas rzucał w piątki wieczorem wykonawców mówiąc: „słuchajcie”. Tych zagranicznych sprawdzam. I tak przebrnąłem przez twórczość Mew. Zacząłem niechronologicznie. I im szedłem dalej tym lepiej było. Dobrnąłem do 2003 roku. Frengers jest płytą dla której mówię mocno tak, na And the Glass Handed Kites z 2007 troszkę inaczej brzmią, a najnowsza płyta wydaje się być bardziej…. hmmm po prostu bardziej, bardziej, bardziej. Jedno jest pewne kolesie trzymają poziom na każdej płycie.

Ciężko mi porównać brzmienie tej płyty. Jest tu troszkę jakby nowej Menomeny, jest troszkę baśniowych dźwięków Skandynawii, jest trochę energii, chwytliwych riffów, i całkiem fajnych bębnów. Nie chce za bardzo bawić się w wyróżnianie jakiś pojedynczych piosenek. To tak jak typowanie, który piłkarz Hiszpanii dał najwięcej drużynie. Z pewnością fani dobrej muzyki typu: klimat, gitara, klawisz, fajny wokal, fajne melodie będą zadowoleni. Nie jest to płyta trudna, miła w odbiorze. Wracając do domu po ciężkim dniu da nam chwilę relaksu.

Sam Mew mimo, że z Dani która w Polsce głównie kojarzy się ostatnio z Czesławem albo Gangiem Olsena to swoimi przyzwoitymi płytami ugruntował sobie pozycje w światowej alternatywie. Supporty Nine Inch Nails, R.E.M., nagrody MTV. Solidny reprezentant Dani, my takiego nie mamy raczej. Jonas Bjerre swoim charakterystycznym wokalem zahaczającym o falset wprowadza nas urocze miejsca. Najnowsza płyta tak jak tytuł jest dość rozbudowana. Może nie jest to typowy rock progresywny, ale widać, że lata 70 dla muzyków to czerpanie wzorców. Znajdziemy tutaj różnorakie przejścia typu Intermezzo 1 i 2 czy też Hawaii Dream, który jest wstępem do Hawaii. Mamy genialny końcowy Reprise. Ponad 7 minutowy Cartoons And Macrame Wounds czaruje nasze uszy. Myślę, że warto poznać. W Katowicach wytworzy się z pewnością magia. Ocena:7/10.

Posłuchaj Repeaterbeater