Polskie akcenty na TRICK OR BEAT!

Najbardziej ekscytująca impreza tegorocznego Halloween coraz bliżej. W wyjątkowej modernistycznej przestrzeni zagrają dla was artyści i artystki z górnej półki elektronicznej sceny. Przedstawiamy kolejne ogłoszenie festiwalu Trick or Beat.

Do festiwalu zostało już tylko półtora miesiąca. A to jeszcze nie ostatnie informacje na sam koniec szykujemy dla was duże ogłoszenie. Oprócz świetnego, różnorodnego zestawu do tej pory ogłoszonych artystów i artystek, w surowych przestrzeniach Hali Stulecia, zagrają dla was znakomici krajowi reprezentanci.

Wśród nich Charlie, pochodząca z Krakowa, obecnie rezydująca w Berlinie DJ-ka, producentka muzyki elektronicznej i wykonawczyni live actów. Oprócz muzyki, Charlie działa także na rzecz rozwoju sztuk wizualnych i organizuje imprezy pod szyldem „Szum”. Na żywo gra na analogowych syntezatorach, ciągle rozbudowując swój autorski materiał. Z kolei jej sety porywają miksem cold wave, acid, electro oraz italo disco.

Mocną reprezentację lokalsów na festiwalu wzmocnią Seb i Rodrigezz. Przyjaciele, którzy za deckami rozumieją się bez słów. Seb był rezydentem wielu wrocławskich klubów. Rodrigezz z kolei to znany animator kultury i promotor. Ich sety grane z winyli to porywające i eklektyczne połączenie brzmień house/tech house i techno.

Kolejny wykonawca w line-upie Trick or Beat to znany wszystkim bywalcom i bywalczyniom klubu Sfinks700 Cranz. Pochodzący z Gdańska artysta i promotor obecnie rezyduje w klubie Crackhouse na gdańskiej stoczni. Kiedyś swoje sety opierał na gatunkach takich jak electro i house, które z czasem odłożył na bok na rzecz techno. Choć, jak sam mówi, lubi dodawać do nich wszystko, co tylko wpadnie mu w ucho.

Do grona artystów, którzy w tym roku zagrają w Hali Stulecia dołącza także Stef Mendesidis, grecki muzyk i producent. Wydawał w wytwórniach takich jak Klockworks i Clergy. Jego brzmienie często określane jest jako dynamiczny minimalizm. Sety Stefa znane są nie tylko z wysokiej jakości, ale i długości. Mało kto potrafi występować przez ponad cztery godziny.

Do tej pory poznaliśmy nazwiska takich artystów jak An On Bast, AGIM & Jurek Przeździecki, Chlär, Franca, KOROLOVA, Lady Shaka, Stefanie Raschke czy Yanamaste. Kolejne nazwiska już niebawem!

Trick or Beat to jednodniowy festiwal dla sympatyków pulsującej muzyki elektronicznej. To już druga odsłona tego wyjątkowego wydarzenia. Impreza odbywać się będzie w jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków modernistycznych w Polsce. Hala Stulecia słynie ze swojej niebanalnej geometrii i betonowej surowości.

Organizatorzy:

Organizatorami Trick or Beat jest agencją eventowa Loud Production, która na rynku funkcjonuje od blisko 10 lat. Za bookingi imprezy odpowiada C&C Bookings, największa agencja bookingowa w Polsce – skupiająca w swoich szeregach m.in. Catz ‘n Dogz, An On Bast, Jurka Przeździeckiego czy Jacka Sienkiewicza. Organizatorzy zapowiadają, że z końcem kwietnia poznamy pierwsze nazwiska artystów, którzy zagrają w październiku w Hali Stulecia.

Pierwsza edycja:

Na pierwszej edycji pojawili się tacy artyści jak Jeff Mills, Kid Simius czy Michael Meyer, więc możecie być pewni, że i tym razem wydarzenie będzie na najwyższym poziomie!

Nudziarze z The National nagrywają płytę życia – recenzja „First Two Pages of Frankenstein”

Nigdy nie przeczytałem „Frankensteina” Mary Shelley, dlatego nie powiem wam o czym są dwie pierwsze strony tej książki. Co prawda kusi mnie katalog wydawnictwa Vesper by dołączyć tą książkę do mojej kolekcji, jednak gdy zerkam na tytuły za które nie potrafię się zabrać, to odpuszczam temat (Przynajmniej na razie!). Niemniej pozostając w temacie ożywiania martwych zwłok przez Frankenstaina to sprzedam Wam przy okazji dwie ciekawostki. Po pierwsze Pani Shelley wymyśliła historię powieści mając zaledwie 19 lat! Natomiast po drugie, istnieją przypuszczenie, że angielska autorka zainspirowała się miejscowością Frankenstein (dzisiejsze Ząbkowice Śląskie) i tamtejszą aferą grabarzy z 1606 roku!

Wróćmy jednak do muzyki. A konkretniej do najnowszej płyty The National, którą nazwali przewrotnie dwiema pierwszymi stronami Frankensteina. Dla Matta Berningera i ekipy jest to całkowicie nowe rozdanie w ich karierze. Płyta zbiera całkiem dobre recenzje, i w tym przypadku całkiem słusznie. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się nowojorczykach, że uda im się jeszcze zabłysnąć. Już w 2009 roku, kiedy grali na OFF Festivalu w Mysłowicach wydawali mi się nieco wypaleni. Od wydania ich opus magnum „Alligator” mijało cztery lata a po drodze mieli „Boxera„, który nie powtórzył sukcesu poprzednika. Co prawda grupa wydawała albumy dość regularnie. W 2010 roku wyszedł „High Violet„, trzy lata później „Trouble Will Find Me„, w 2017 ukazał się „Sleep Well Beast” a w 2019 roku „I Am Easy To Find„. Przesłuchałem każdy z tych krążków i z każdym mam ten sam problem. Totalnie nie pamiętam nic z tych płyt. Być może w chwili ich wydania miałem o tych krążkach dobrą opinię, ale zawsze powtarzam, przy okazji moich recenzji, że czas wszystko najlepiej weryfikuje. A te płyty zweryfikował niekorzystnie.

Odmienna sytuacja tyczy się ich najnowszej propozycji. Ich płyta będzie zapamiętana, a osiągnęli to w bardzo prosty sposób. Po pierwsze nazwą płyty, która jest chwytliwa i charakterystyczna. „First Two Pages of Frankenstein” brzmi znacznie lepiej niż „Trouble Will Find Me” czy „I Am Easy To Find„. A po drugie setlista została wzbogacona o głośne nazwiska. Taylor Swift, Phoebe Bridgers oraz Sufjan Stevens – taki zestaw robi wrażenie, zwłaszcza na płycie gitarowego zespołu a nie kolejny album Travisa Scotta. A muzycznie? Tutaj nie ma większej zmiany. Brzmi to nieco świeżej i nie ma przynudzania. Przesłuchałem ten krążek kilkukrotnie i w sumie dalej mi się podoba.

Podsumowując, Matt Berninger i ekipa prostymi środkami powrócili do stawki i udowodnili, że wciąż się liczą na muzycznym rynku. O ile wcześniej The National kojarzyli mi się z nudą i smętnym gitarowym brzdękaniem o tyle ich najnowsze dzieło dodało wiele świeżości do ich muzyki. Prochu nikt tutaj nie wymyślił, ale fajnie było usłyszeć, że Nowojorczycy mają się wciąż dobrze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Roztańczonej Jessie Ware ciąg dalszy – recenzja płyty „That! Feels Good!

W zasadzie sezon festiwalowy mogę uznać za zakończony. Być może pojawię się jeszcze w październiku na wrocławskim Trick or Beat lub na pojedynczych koncertach, jednak i tak ten rok był wyjątkowo obfity pod tym względem. W całej swojej karierze nie zaliczyłem w jednym roku aż pięciu imprez muzycznych! Stąd też na blogu pojawiały wyłącznie wpisy związane z muzycznymi festiwalami. Pora jednak wrócić do żmudnej, recenzenckiej roboty bo jest sporo zaległości. Pierwszą z nich jest najnowsza płyta Jessie Ware „That! Feels Good!

Recenzję tej płyty zapowiedziałem już daaaawno temu, a więc do dzieła! Jeżeli czytacie mój blog, to wiecie, że w tym miejscu lubimy i szanujemy Panią Jessie Ware. Pomimo tego, że zdarza się jej hałturzyć dla pieniędzy w naszym kraju to jej muzyka jest wybitna. A wszystko zaczęło się od kapitalnego „Devotion” z 2012 roku. Później jej kariera zwolniła a albumy „Tough Love” oraz „Glasshouse” nie były juz tak dobre jak debiut. W 2020 roku artystka postanowiła uderzyć w bardziej taneczne rytmy, zahaczające nawet o muzykę disco. Jej „What’s Your Pleasure?” okazało się strzałem w dziesiątkę! Co więcej, pomimo upływu lat zdarza mi się dość często wracać do tego albumu.

Dlatego też wydanie „That! Feels Good!” nie jest już tak zaskakujące, a raczej staje się naturalnym, kolejnym krokiem w dyskografii Brytyjki. Na najnowszej płycie Pani Ware ponownie uruchamia dyskotekową kulę i serwuje całkiem sporą dawkę muzykę do potańczenia. Już otwierające całość tytułowe „That! Feels Good!” porywa nas do tańca. W utworze „Free Yourself” nie zwalnia tempa a „Pearls” po prostu nas porywa w jakąś nieziemską podróż! I tak w zasadzie przez cały album, aż do końcówki, gdzie w „Lightning” i „These Lips” serwuje nam powolniejsze, acz wciąż taneczne tempo.

Przyznam się szczerze, że przy pierwszych odsłuchach mój entuzjazm nie był tak wielki, jak teraz. Chyba za wielkim ultrasem byłem płyty What’s Your Pleasure?” by w pełni docenić nowy materiał. Teraz, gdy nabrałem już odpowiedniego dystansu mogę w pełni powiedzieć wam, że to płyta koza i warto ją znać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.