These New Puritans – Hidden

Pisałem już o nich w tamtym roku, kiedy to gościli u Rojasa na Offie. Już na początku tego roku wyszła ich kolejna, druga płyta. I co by nie powiedzieć o tym albumie to trzyma poziom.

Ci kolesie plus jedna pani, mimo szczenięcego wieku mają jakiś pomysł na twórczość, którym skrupulatnie podążają. Pokazują właśnie to na Hidden. Już na debiucie słychać było, że to co robią zawiera jakiś koncept. Poza tym popularności dodało im puszczanie Elvisa w MTV. Na drugiej płycie tak już nie ma. Żaden kawałek nie jest potencjalnym hitem. Brak piosenek typu „freindly radio song” nie wpływa jednak na odbiór tego albumu. Bo jest to kawał dobrej roboty. Od początku do końca robią swoje, wszystko trzyma się kupy.

Rozpoczynają od orkiestrowego Time Xone. By następnie pierwszymi odgłosami bębnów wkroczyć w ponad 7 minutowy We want War, czyli typowy jak na TNP majstersztyk. Ciche szepty, głosy nadają pewnego klimatu temu utworowi ,który towarzyszy nam już do końca Hidden. Mi osobiście każdy kawałek podoba się w takim samym stopniu i ciężko wyróżniać tu coś poszczególnego bo jak mówiłem nie ma tu typowych singli. Jednak brakuje tu czegoś do takiej genialności, który zamyka usta każdemu. Owszem są na prawdę dobre momenty na płycie. Wydaje mi się, że ta płyta nawet jest lepsza iż debiut. Na pewno mniej przebojowa, ale bardziej wyrównana.

Doznawać długo przy niej nie można, jeśli można mówić o doznawaniu w ogóle, ale już w samochodzie jadąc do pracy/szkoły można sobie puścić. Pojawiają się głosy, że są oni na dobrej drodze by zostać wielkimi i zapamiętanymi. Jednak chyba czeka na nich jeszcze jakiś czas by tak się stało. Potencjał jest na pewno, umiejętnie go wykorzystanie może zapewnić im trochę więcej niż kilka wzmianek w internecie. Nie wiem jak zostanie odebrany ten album, na pewno wytworzyła się jakaś grupa ludzi jarająca się matematyką w ich muzie bo jak wiemy już od dwóch lat „Every number has a meaning”. Wszędzie widziana 19, albo wiele określająca 9 z połączeniem pewnej litery. Każdy może interpretować na swój własny sposób. Jednak na pewno troszkę im zaszkodzi brak takiego Elvisa. Ja tam jednak lubię Jacka Barnett’a i trzymam kciuki. Ocena: 7/10.

P.S. Posłuchajcie White Chords

MGMT – Congratulations

Hmmm komu oni dziękują? Co to za podziękowania? Przeważnie dziękuje się na końcu a oni już na starcie mówią „Dziękuje”. Nie ma za co, ale i tak to nie wpłynie na ocenę tej płyty.

Ok walnę z grubej rury, nie jest dobrze. Ta płyta nie wygląda tak jakbym tego oczekiwał, jakby oczekiwali fani debiutu nowojorczyków, recenzenci, entuzjaści i chyba muzycy sami. Co oni kombinują na tej płycie? Po pierwszych przesłuchaniach mam takie skojarzenia: Lata ’70, dzwony, Scooby Doo i jakieś stare klawisze. Już na pierwszej płycie czuć było tego rodzaje wariacje, ale były one nie groźne i w zasadzie przesłonięte hitami. Nie byle jakimi hitami bo taki Kids to jeden z hymnów dekady, istny power-indie-pop, killer danceflooru, prosty a zarazem taki miażdżący. Pierwsza cześć płyty Oracular Spectacular była mocno przebojowa. Na najnowszym krążku nie ma takich hitów. Są tylko te utwory, które mają klimat „nie-hitów” z debiutu. Jakieś narkotyczne, hipnotyzujące odjazdy, które chyba nie mają jakiegoś większego celu. Dziwnie się słucha tej płyty.

Oczywiście są jasne punkty jak na przykład taki Siberian Breaks, czyli 12 minutowa zlepka rożnych melodii, która wpływa na naszą wyobraźnie. Raz jesteśmy gdzieś na łące, siedzimy na kurtce. Obok Las a w środku niego jakiś stary most, płynie strumyk, słońce świeci, uśmiech na twarzy. To są te dobre momenty. Innym razem budzimy się na asfalcie i dookoła jest mgła. Brakuje tej płycie między innymi jakiegoś utworu, który powali swoją przebojowością. Takiego utworu do którego chętnie będziemy wracać, każdy będzie go lubił i chętnie słuchał długo, długo później jeszcze. Do tego nas przyzwyczaili. Rozumiem, że chcieli odegrać rolę zbawicieli muzyki, jakiś przewrotny, współczesny Pink Floyd w dwójkę. Niestety nie powiodło się i w zamian tego dostaliśmy taką papkę, gdzie mieszają się dobre momenty, ze zbędnymi i takimi co są po prostu słabe. I w ogóle te tytuły piosenek. Brian Eno? WTF? Lady Dada’s Nightmare? heh. Poindyczyć przy tym się nie da. Natomiast okładka może być. Pasuje.

W sumie to nie miałem jakiś wielkich oczekiwań. Czekałem na jakiś przebój chyba. Podświadomie liczyłem, że na płycie będzie jeden – dwa utwory, które będę wałkował przez dłuższy czas a na koniec roku powiem, że to są wypas  single. Niestety nie mogę powiedzieć tak o piosenkach z Congratulations. Nie ma tu materiału na singla, Nie ma też pomysłu na dobrą, równą płytę. Jest średnio. Nic nadzwyczajnego, ale też i nic totalnie beznadziejnego. Trójka w dzienniku by była. U mnie jest piątka ale w skali do dziesięciu. Ocena: 5/10

To może sprawdźcie… Siberian Break nie, bo na You Tube nie można dłużej niż 10 minut. To może Flash Delirium. ehhh, gdzie się podziały te przeboje?

5 powodów by zobaczyć Muse live

Nie od dziś wiadomo, że koncerty Muse to wielkie wydarzenia, istne stadionowe widowiska, które warto zobaczyć. W tej spóźnionej urodzinowej notce chciałbym przedstawić 5 najistotniejszych powodów dlaczego warto być w Krakowie 21 sierpnia.

1. Efekty Wizualne. Koncerty Bellamy’ego i reszty zawsze są dopracowane do ostatniego szczegółu. Pomijając liczne telebimy, gdzie przy każdym utworze są inne wizualizacje, które idealnie pasują do klimatu danego utworu to mamy różnorakie lasery, opadające konfetti, oślepiające światła. Poza tym w pewnym momencie koncertu wśród publiki pojawiają się gumowe piłki wypełnione konfetti, które nieźle się prezentują gdy są odbijane we wszystkie strony.Wygląd sceny też jest nie bez znaczenia. Ruchome platformy, gigantyczne anteny. Na tym pewnie nie poprzestaną.

2. Niespodziewane covery. Muse potrafią od czasu do czasu zadziwić. Nie zawsze to robią, ale gdy graja utwór nie spod reki Bellamy’ego to jest czego posłuchać. Będąc w Australii wykonali Back in Black grupy AC/DC przy pomocy wokalisty grupy Jet. A podczas najnowszego tournee Resistance od czasu do czasu przygrywają Popcorn.

3. Wejście. Będąc na ich koncercie w Gdyni miałem okazje zobaczyć jedyny koncert, który nie rozpoczął się od Knights of Cydonia ale od Take a Bow, który był grany przeważnie na końcu. Obecnie chłopaki dodają różnych urozmaiceń. I tak można posłuchać utworu Man with the Harmonica z filmu Pewnego Razu na Dzikim zachodzie. Gdzie basista przygrywa na harmonijce. Trzeba przyznać, że robi to wrażenie. Innym razem wystawiają na ruchomej platformie basistę i perkusistę a do nich przygrywa jeszcze koleś w kilcie na kobzie. No i nie zapomnijmy też o legendarnym wejściu z Wembley. Jednak tego numeru już raczej nie powtórzą, obecnie zaczynają od 3 minutowego intra i niespodziewanego pojawienia się na scenie.

4. Świetne koncertowe piosenki. Nagrali już wystarczająco dużo dobrych piosenek by manewrować nimi tak i za każdym razem robić inny koncert, który pod względem setlisty zadowoliłby każdego. Wykonania na żywo w większości ich piosenek są lepsze niż w wersjach albumowych. Troszkę zawsze żal z powodu braku utworów z Showbiz, które ceni każdy fan Muse, ale za to nadrabiają istnymi stadionowymi killerami w postaci Plug in Baby, Hysteria czy też Time is Running Out. Spodziewać się też można lekkich musowych ballad jak Unintented chociażby.

5. Aranżacje utworów i przejścia. Oni mają na prawdę mocne solówki, są oczywiście ustalone. Bo ich koncerty raczej nie są spontaniczne. To są wyreżyserowane spektakle. I tak wiele utworów kończy niespodziewane szalone, rockowe przejście. Mi najbardziej przypadła do gustu końcówka Map of The Problematique oraz Uprising a jest tego na prawdę wiele. No i nie zapomnijmy o kończącym koncert Stockholm Syndrome.Warto też dodać, że widok biegającego wszędzie z gitarą frontmana Muse jest też niezły. Może jest to przemyślane, ale na prawdę sprawdza się w tego typu „przedstawieniach muzycznych”.

Myślę, że warto zobaczyć jeżeli jest ku temu okazja. To powinno być duże muzyczne wydarzenie, masa ludzi, która zapewne się zjawi na koncercie doda swojego uroku. Tutaj można zobaczyć jak to mniej więcej będzie wyglądać. Dodam na koniec, że powinno być wyjątkowo w weekend Krakowie nie tylko z powodu samego koncertu.