Girls – Album

Mówi się, że najweselsze pory to jak jest ciepło. Pierwsze ciepłe słoneczko w kwietniu (albo marcu), upalne dni lipca, ostatnie ciepłe dni września. Jesień trochę muli człowieka, ale można odnaleźć w niej wiele radości. Można odnaleźć w tych zimnych dniach coś fajnego, w takim grudniu chyba najbardziej. Nie chodzi juz tylko o święta. Cieszyć się można cały rok. A jak się cieszyć to z czymś miłym dla ucha do posłuchania.

No cóż debiutancka płyta nazwana po prostu „Album” grupy Girls wpasuje się tutaj idealnie i należy przybić chłopakom piątkę za to. Brak oryginalności i nowych rozwiązań można w tym momencie zakryć tym, że tej płyty po prostu dobrze się słucha. Nie nuży, nie nudzi pomimo odgrzewaniu tych samych starych schematów. Jest za to sporo pozytywnych momentów. Miłe spacery nocą po mieście, leżenie w łóżku, wstawanie o 5:15, bliskość, uśmiech na twarzy, czekanie na autobus. Takie momenty niby nic a dające tyle ciepła w serduszku. Głos wokalisty mimo, że jakoś nie zapada w pamięć to idealnie się w to wszystko komponuje.

„and i dont want to cry my whole life through
i want to do some laughing too
so come on, come on, come on, come on, laugh with me.”

Szukanie radości. To mi się podoba w tej płycie. Melodie mogą wydawać się melancholijne, ale uwierzcie, że czuć ta fajność. Odwrotnie do of Montreal gdzie melodie są wesołe, ale sami muzycy i Kevin Barnes przyznają, że to smutna muzyka. W sumie rozwód z żoną musiał tak wpłynąć na ta muzykę. Nie wiem jak wygląda to u chłopaków z Girls. Podobno chłop mocno doświadczony przez życie. Tak mówią, nie wiem nie sprawdzałem.  Generalnie dużo tematów miłosnych. Laura, Lauren Marie. Być może jedna i ta sama osoba. Nie wiadomo. Muzyka powinna być natchniona emocjami. W tym wypadku jest. Mega plusior. Cóż z tego, że takich bandów jest wiele. Może nie u nas, ale gdzieś tam na zachodzie. Mi się podoba, mimo, że zachwytów wielkich nie ma i rywalizacje o debiut roku z pewnością przegrają choćby z The xx. Ocena: 6/10.

P.S. Posłuchajcie Lust for Life.

The Flaming Lips – Embryonic

Ciężko napisać coś o tym zespole by miało to sens i jakąś wartość samą w sobie. Ta recenzja, jeżeli można to nazwać recenzją nie jest ani dobra ani oryginalna. Ocenę jednak przyznam.

Marcin mówi:
listopad 16, 2009 o 1:02 pm | Odpowiedz edytuj

Może recka nowego Flaming Lips. Już wszystko zostało napisane ale moze chcesz pobawic sie w projekt a’la Porcys

W sumie mógłbym być żabą (albo nią jestem) re re re re kum kum.

Vyciu
2009-11-18 23:55:46
ja bym tego nie napisał, w zasadzie w całym polskim internecie nei znalazłem dobrej recenzji

Właśnie słucham See The Leaves i staram się ogarnąć. Mocny początek, potężny. Gniecie umysł a potem to zamienia się w coś zupełnie innego. Ciężko mi to zrozumieć, ale zachwycam się dalej. Masakra. „Without hope Without love She sees herself From below and above

Roland mówi:
listopad 18, 2009 o 1:14 pm | Odpowiedz edytuj

recka flamingow będzie największym wyzwaniem w Twojej blogerskiej karierze:)

Wszystko już w zasadzie zostało powiedziane. To, że od czasów The Soft Bulletin wiele się zmieniło to już wiecie więc nie ma co się rozpisywać zbytnio. Płyta generalnie mocno daję rade, czołówka w moim rankingu tegorocznym (jeżeli taki posiadam) póki co. Nie wiem, sprawdźcie to:

Roland mówi:
listopad 18, 2009 o 1:14 pm | Odpowiedz edytuj

1. http://www.youtube.com/watch?v=92TNIIbaBOo
2. http://www.youtube.com/watch?v=w9_lBvKMlTI
3. Wayne Coyne = amerykański Marek Raczkowski
4. http://www.nme.com/video/bcid/49582897001
5. http://www.songmeanings.net/songs/view/150793/
6. http://www.lastfm.pl/music/The+Flaming+Lips/+images/2127553
7. http://www.bbc.co.uk/radio1/news/entertainment/galleries/media/pa_wayne_coyne_crowdsurf420.jpg
8. Scena z wypadkiem w 50 first dates
9. http://web.archive.org/web/20080704072754/http://www.pitchforkmedia.com/article/record_review/17746-flaming-lips-zaireeka
10. Justin T. na basie
11. http://web.archive.org/web/20070711185350/http://www.pitchforkmedia.com/article/record_review/17748-the-soft-bulletin

Oceny są skrajnie podzielone, dla mnie mocna siódemka. Chłopaki nie schodzą poniżej określonego poziomu, wato sprawdzić. Ocena: 7/10.

Animal Collective – Strawberry Jam

strawberry-jamTrochę to potrwało zanim ogarnąłem cały ten fenomen Animal Collective. jednak warto było poczekać, niektóre sprawy potrzebują więcej czasu na przemyślenie.

Bo serio na początku nie ogarniałem zachwytów nad Strawberry Jam. Podobało mi się, ale nie widziałem tutaj tego CZEGOŚ. A dla wielu Animal Collective to Bogowie niczym Thom Yorke i spółka. Czemu? Oni jeszcze nie nagrali niczego słabego. I co więcej nie brzmią jak setki innych zespołów. Chwała im za to. I ostatnio zrozumiałem. Olśniło mnie. Promyk światła z góry oświecił mi drogę do Animali. Ci kolesie zasadzili mi porządnego kopa i powiedzieli w amerykańskim slangu: „This is Your Life!”. Teraz już wiem.

Nie chce rozwodzić się tutaj nad poszczególnymi piosenkami i co więcej nawet nie próbuje opisać ich muzyki. Nie potrafię tego zrobić, nie będę porywał się z motyką na słońce. Bo czego bym nie napisał to nie odda to w pełni ich muzyki. Mogę tylko opisać emocje jakie towarzyszą mi przy odsłuchach Strawberry Jam. Radość, radość, radość. Z życia chyba? Nie wiem. Czasami mi się wydaje, że ta płyta to soundtrack moich zwykłych dni. Idę do pracy słucham Animali. W pracy nucę For Reverend Green bądź Chores. Wracam z pracy to słucham Animali. W domu słucham Animali. Jadę samochodem słucham Animali. Tak wyglądają ostatnie dni. Mocno się wkręciłem w tą muzę.

Mimo, że jest melodyjnie to jest to dość specyficzna muza i nie jest tak, że zakochacie się od razu w nich. To może potrwać u mnie to trochę trwało zanim mózg przestał się bronić przed nimi w końcu stwierdził Pitchfork i inni mają rację, oni rządzą i dzielą w tym momencie. Przy tej płycie można spędzić wiele fajnych chwil, polecam szczerze. Ocena: 9/10.

P.S. Posłuchajcie sobie Peacebone. Fajny teledysk. Pozdro!