Myslovitz – Skalary Mieczyki Neonki.

Rok 2004, był rokiem przestępnym i obfitującym w różnorakie niespodzianki. Polska wstąpiła do Uni Europejskiej, Grecja wygrała Mistrzostwa Europy, Świat przyglądał się uważnie wydarzeniom na Ukrainie i Iraku, na lekcjach geografii wprowadzono nową definicje do nauczenia się – Tsunami. Natomiast w Świecie muzyki zadziwił zespół Myslovitz, który wydał dziwaczną płytę. Album różniący się od pozostałych śląskich rockmenów wzbudził wiele mieszanych uczuć.

Zacznijmy od tego, że Skalary Mieczyki Neonki to nie najgorszy album w dziejach grupy, chodź pojawiły się i takie głosy wśród fanów grupy. Ja osobiście mam ogromny sentyment do tego krążka, gdyż jest to pierwsza oryginalna płyta, którą dostałem ever. Po jej przesłuchaniu byłem w ogromnym szoku, słuchałem jej, ale sporadycznie słyszałem Rojka. Później na pudełku przeczytałem: Improwizacje. Nie byłem na to przygotowany, ale mimo, że wokal sporadycznie się pojawiał płyta mi się spodobała. Była w czołówce albumów Myslovitz w moim osobistym rankingu.

Skalary Mieczyki Neonki to absolutna nowość na polskim rynku, nikt wcześniej a przynajmniej nie znam takiego zespołu by wydał podobną płytę. Było to dość ryzykowne posunięcie ze strony Rojka i reszty paczki. Mogli oni z dnia na dzień stracić wiele, ale jak wiadomo zespół obecnie ma się dobrze i występuje w różnych pierdołach (Tele Kamery). Wracając do płyty. Nadal cholernie mi się podoba, jest mocno wciągająca. Utwory na niej są mocno psychodeliczne i wprowadzają w niesamowity trans. Zespół pokazał, że potrafi i w ten sposób tworzyć. Każdy element podoba mi się porównywalnie. Dynamiczna perkusja, melancholijne klawiszowe melodyjki, niesamowite gitary no i pojawiający się od czasu do czasu wokal wprowadza w zadumę. Rojek stanął na wysokości zadania. Najbardziej niszczący utwór to moim zdaniem „W Sieci”. Zniewala mój umysł do dnia dzisiejszego. Ogólnie płyta stoi na równym momencie, nie ma momentów słabszych. Każda piosenka zasługuję na uwagę tak samo.

Obecnie, gdy jestem bardziej osłuchany muzycznie, wiem, że zespół nawiązał tą płytą do twórczości zespołu Mogwai. Oczywiście jest wiele różnic, bo na przykład do tej pory Mogwai nie ma wokalu, ale i jest wiele podobieństw. Mimo wszystko Szkoci są mistrzami w tej dyscyplinie, ale Myslovitz pokazał, że także potrafi stworzyć coś innego niż popową piosenkę trwającą 3 minuty z wpadającym w ucho refrenem i chórkami w tle. Ocena: 7\10

Mogwai – Happy Songs For Happy People

Wyobraźmy sobie sytuacje, że nie znamy zespołu Mogwai. Nic nie wiem na ich temat, absolutna nowość. Ktoś polecił by kupić ich płytę. Wchodzimy do Empiku rozglądamy się za literą M jak Mogwai. Jest kilka pozycji tego zespołu. Bierzemy pierwszą z nich i czytamy tytuł płyty: Happy Songs For Happy People. Człowiek znający język angielski w minimalnym stopniu od razu się zorientuje, że chodzi o Radosne piosenki dla Radosnych ludzi.

Kupi płytę z myślą: „a posłucham se”. Pomyśli sobie, że to na pewno jakieś letnie, bezrefleksyjne granie z tekstami w stylu: „nie martw się, nie ma co płakać nad nawarzonym bigosem” itd. I następuje chwila włączenia płyty. Co się dzieje? Zdziwienie i to nie małe. To nie jest tak jak myśleliśmy. To nie są żadne radosne piosenki.

Jak to brzmi? Nie wiem jak to opisać, bo nie potrafię. Kilku szkotów robi coś niesamowitego ze swoimi instrumentami. Zero wokalu. Nikt nie śpiewa, i nie jest to minus. Sądzę, że wokal mógłby zepsuć całość, bo to co tworzy ten zespół to nieziemska interpretacja muzyki. Nie wyczułem, żadnych radosnych momentów słuchając tej płyty. Więc o co chodziło zespołowi? Można się tylko domyślać. Piosenki (raczej kompozycje) są psychodeliczne, wciągające, nurtujące, wprawiające w zadumę i prowokujące do kontemplacji. Wszystko stoi na wysokim poziomie, całość wyrównana. Na tej płycie wszystko jest poukładane.

Z Mogwaiem nie jest też tak, że ich słucha się tylko kiedy ma sie doła lub pada deszcz. W zasadzie tej płyty można posłuchać o każdej porze. Nie jest to grupa zakompleksionych szkotów tworząca muzykę wyłącznie dla melancholijnych dziwaków. Może tu się zawiera tajemnica tytułu albumu? Dużo także się zastanawiałem nad tytułami piosenek. Czy oni mieli coś na myśli nadając taki a nie inny tytuł tej piosence, czy po prostu wymyślali pierwszy lepszy tytuł by było śmiesznie? Kids Will Be Skeletons…

Większość entuzjastów muzyki z pewnością kojarzy zespół dzięki płycie Young Team, uważanej za najlepszą w całej twórczości zespołu. Warto jednak zapoznać się także z Happy Songs For Happy People, na pewno nie stracimy czasu a i może się tak zdarzyć, że ta płyta natchnie nas do czegoś nowego? Ocena: 8\10

Indie

Kolejny gatunek muzyczny i kolejna subkultura. Wcześniejszy wpis o emo wzbudził wiele emocji. Nadal jest najczęściej czytanym wpisem tutaj. Teraz czas na indie.

Co z tym indie chodzi? Nie mylić tego z krajem z Azji. To nie chodzi o to, że to się wzięło z ojczyzny Matki Teresy. Nazwa wzięła się od słowa independent (z ang.) co oznacza niezależny. No bo jeżeli mówimy o muzyce indie to musi być to muzyka niezależna. Początkowo było to granie absolutnie alternatywne, płyty były także wydawane w małych niezależnych wytwórniach. Jednak jak to potem bywa ktoś zwęszył interes na niezależności i doszło do tego, że obecnie komercyjne zespoły uważają się za indie.

„Kiedyś, na samym początku, reprezentanci nurtu, nieopatrznie ochrzczonego Nową Rockową Rewolucją, miewali talent i bywali przystojni. Później już tylko bywali przystojni. Dzisiaj wystarczy wpuścić na scenę byle kmiota o aparycji cmentarnego dozorcy, dać mu gitarę, dobrać mu dwóch debili z reklamy Kit-Kata, powiedzieć żeby zagrali coś skocznego najlepiej z jakąś gumową melodyjką w zanadrzu i proszzz mamy hit.” – Paweł Nowotorski.

Rzadko się zgadzam z recenzentami z Porcysa, tym razem padły mocno trafne słowa. Tak na prawdę prawdziwego indie już nie ma. Obecnie co drugi zespół a Anglii wygląda następująco: rurki we wszystkich kolorach tęczy, koszula biała, krawat i rozczesane włosy. I w dodatku te same przynudzanie. Zero pomysłu na coś nowego, na jakieś odświeżenie. co najgorsze media to promują, starają się ludziom wcisnąć shit. I co najgorsze to im się udaje:

mickav1978 (1 dzień temu) Wyświe
Gr8 song!! im gonna get the album , you sound superb!! i wish we could claim the sts back !!
Dougieissocute (1 dzień temu) Wy
I am going to see them on thursday at fat sam!!!! Canna wait )

Ostatnie takie odświeżenie w muzyce indie nastąpiło chyba po debiucie Klaxons, ale ich ochrzcili mianem New Rave (też coś o tym napiszę). Oczywiście te zespoły, które były wywarły na mnie spore wrażenie, jednak obecnie debiuty i ciągła próba zarobienia na tym pieniędzy przez media… szczerze mówiąc to mnie wkurza. Media potrafią skutecznie obrzydzić.

Skoro Indie było/jest popularne w mediach to i wiadomo, że znajdzie się grupa ludzi (w młodym wieku), którym się to spodoba. To naturalna kolej rzeczy. Subkultura Indie nie znajduje się w żadnych przedziałach tak jak choćby emo. Idą ulicą, możesz mijać setki indie i o tym nie wiedzieć. Emo widać na kilometr. Nie różnią się między sobą. Bycie indie polega na prostocie. Oczywiście można ubrać rurki, białą koszulę, krawat, jednak to nie zmienia faktu, że indie może być ktoś ze szerokimi spodniami bądź w dresie. Pojęcie indie jest szeroko rozumiane. Jedyne co wszystkich łączy to muzyka. Nie ma opcji by nie znać The Strokes, The Libertines czy też Franz Ferdinand. Nawet takich wykonawców jak The Streets, Dizzee Rascal czy Lily Allen uznaje się za indie.

W zasadzie Indie jest także wszędzie pełno, tylko nie jest to tak widoczne. I na koniec. Nie, to nie są ci co mają te dziwne trampki i czapki i słuchają Blinka.