We Are Scientists – Brain Thrust Mastery

Co się stało? Powiedział niegdyś Maciuś (tak, ten z Klanu). To samo pytanie zadaje teraz. Co się stało z We Are Scientists? Syndrom drugiej płyty? Nie, raczej nie. Moim zdaniem to brak pomysłu i przede wszystkim brak starego perkusisty!

Michael Tapper, bo o nim mowa to był jeden z powodów dla których ceniłem nowojorski zespół a debiutanckiej płycie „With Love and Squalor” dałem ocenę wysoką bo była to ósemka. Niestety Michael w poprzednim roku opuścił szeregi indie zespołu i pozostał duet wokalisty z basistą, który postanowił nagrać drugą płytę. I co by tu rzec na ten temat. Nie udało im się. Mimo, że płyta wyszła nie dawno to już widać po niej, a właściwie słychać, że nie powtórzy sukcesu debiutanckiej płyty.

Dlaczego? A mianowicie płyta zatytułowana Brain Thrust Mastery to zbieranina nijakich i bezbarwnych kompozycji. Nawet pierwszy singiel After Hours miałby problem by znaleźć się na „With Love and Squalor” jako zapchajdziura! Płyta się zaczyna od utworu Ghouls i brzmi to nawet obiecująco, jednak im dalej słuchamy to tym bardziej ta płyta nas wkurza. Jakieś melodie a la country i inne nutki jakby wyjęte z ścieżki dźwiękowej taniego tasiemca z saksofonem w tle. W zasadzie nie wiem co o tym myśleć, najlepiej nic nie myśleć i szybko zapomnieć o tej płycie. Może jakiś pozytyw dla fanek kolesi z ameryki? Utwór Chick Lit nawet mógłby być. Tak poza tym to po trzech przesłuchaniach tej płyty to nie chce mi się do niej wracać.

Wrócę do tematu od którego zacząłem. Dla mnie We Are Scientists to: Keith Murray, Chris Cain oraz Michael Tapper. Ten skład wydał fajna płytę, fajnie grał razem i fajnie się prezentował. Obecnie WAS to jakaś pomyłka. Przyszło tam dwóch nowych członków, ale są oni tylko od tego by grać na koncertach. Może przydałoby się rozpaść? Mimo wszystko trochę byłoby mi szkoda. To inna propozycja dla zespołu. Przejdźcie na grę akustycznie, to nawet wam dobrze wychodzi, ale pamiętajcie w repertuarze kawałki z pierwszej płyty.

No i kończąc ta recenzję. Zespół stracił fajnego perkusistę a zyskał dwie miernoty. Po co oni dali do nowych utworów klawisze i inne dźwięki? To brzmi wieśniacko! Ocena 2\10. Degradacja o 6 oczek, wstyd panowie, wstyd!

Cool Kids of Death – Afterparty

Afterparty to wyjątkowo dobre określenie tej płyty. Siedzimy po całonocnej imprezie, spijamy to co zostało, jeszcze nie jesteśmy na tyle pijani by pójść spać, lecz chcemy się bawić jednak organizm tego nie wytrzymuje i ogólnie nie jest ciekawie.

Po kilku przesłuchaniach tej płyty muszę stwierdzić, że to najgorsza płyta CKOD jaka wyszła do tej pory(24.04.2008). Nie jest zła, ale notowania zespołu cały czas spadają. Bo o ile dwie pierwsze płyty były genialne, 2006 było fajne to Afterparty można określić co najwyżej dobrą płytą, nic więcej. Na płytę czekałem z niecierpliwością. Miała się pojawić przecież w grudniu 2007, ale cóż jest kwiecień, też dobrze. Doczekałem się. Puszczam płytę z bananem na ryju, słucham. Po pierwszym przesłuchaniu zdziwiłem się, że już koniec. Bo ciągle czekałem na jakiś wielki hit, który mnie porwie tak jak to było wcześniej! Afterparty to jest płyta, która mimo dance punkowego brzmienia nie porywa nas od razu. Potrzeba czasu by ją polubić, zaprzyjaźnić się z nią.

Dopiero po którymś przesłuchaniu wyskoczył mi utwór na 5 gwiazdek w moim Windows Media Playerze. Chodzi mi o Bal Sobowtórów, który jest najbardziej hardcorowym utworem na tej płycie, z zajebistym porywającym tekstem. Ogólnie cała album to jakiś dance punk, można na imprezie puścić i będzie dobrze. Z innych utworów, które przypadły mi do gustu to pierwszy utwór: Mamo, mój komputer jest zepsuty no i Joy. A tak poza tym to reszta nie zasługuje na jakieś większe analizy. Ponadto przeczytałem, że pierwszy singiel z płyty to: Nagle zapomnieć wszystko. Moim zdaniem to zła decyzja, bo utwór ten jest taki sobie. A utwór taki sobie to raczej nie materiał na singiel.

I tak na zakończenie dodam, że nie spodziewałem się, że zespół pójdzie w tą stronę. Lubie CKOD, są oni w moim absolutnym TOP 3 polskich bandów, ale ta płyta to jakiś dziwny eksperyment. Ocena: 6\10. „Mimo wszystko, wszystko OK”

Posłuchaj Bal Sobowtórów

Myslovitz – Skalary Mieczyki Neonki.

Rok 2004, był rokiem przestępnym i obfitującym w różnorakie niespodzianki. Polska wstąpiła do Uni Europejskiej, Grecja wygrała Mistrzostwa Europy, Świat przyglądał się uważnie wydarzeniom na Ukrainie i Iraku, na lekcjach geografii wprowadzono nową definicje do nauczenia się – Tsunami. Natomiast w Świecie muzyki zadziwił zespół Myslovitz, który wydał dziwaczną płytę. Album różniący się od pozostałych śląskich rockmenów wzbudził wiele mieszanych uczuć.

Zacznijmy od tego, że Skalary Mieczyki Neonki to nie najgorszy album w dziejach grupy, chodź pojawiły się i takie głosy wśród fanów grupy. Ja osobiście mam ogromny sentyment do tego krążka, gdyż jest to pierwsza oryginalna płyta, którą dostałem ever. Po jej przesłuchaniu byłem w ogromnym szoku, słuchałem jej, ale sporadycznie słyszałem Rojka. Później na pudełku przeczytałem: Improwizacje. Nie byłem na to przygotowany, ale mimo, że wokal sporadycznie się pojawiał płyta mi się spodobała. Była w czołówce albumów Myslovitz w moim osobistym rankingu.

Skalary Mieczyki Neonki to absolutna nowość na polskim rynku, nikt wcześniej a przynajmniej nie znam takiego zespołu by wydał podobną płytę. Było to dość ryzykowne posunięcie ze strony Rojka i reszty paczki. Mogli oni z dnia na dzień stracić wiele, ale jak wiadomo zespół obecnie ma się dobrze i występuje w różnych pierdołach (Tele Kamery). Wracając do płyty. Nadal cholernie mi się podoba, jest mocno wciągająca. Utwory na niej są mocno psychodeliczne i wprowadzają w niesamowity trans. Zespół pokazał, że potrafi i w ten sposób tworzyć. Każdy element podoba mi się porównywalnie. Dynamiczna perkusja, melancholijne klawiszowe melodyjki, niesamowite gitary no i pojawiający się od czasu do czasu wokal wprowadza w zadumę. Rojek stanął na wysokości zadania. Najbardziej niszczący utwór to moim zdaniem „W Sieci”. Zniewala mój umysł do dnia dzisiejszego. Ogólnie płyta stoi na równym momencie, nie ma momentów słabszych. Każda piosenka zasługuję na uwagę tak samo.

Obecnie, gdy jestem bardziej osłuchany muzycznie, wiem, że zespół nawiązał tą płytą do twórczości zespołu Mogwai. Oczywiście jest wiele różnic, bo na przykład do tej pory Mogwai nie ma wokalu, ale i jest wiele podobieństw. Mimo wszystko Szkoci są mistrzami w tej dyscyplinie, ale Myslovitz pokazał, że także potrafi stworzyć coś innego niż popową piosenkę trwającą 3 minuty z wpadającym w ucho refrenem i chórkami w tle. Ocena: 7\10