Ciepło już było, cieplej nie będzie – Przegląd płyt z lata 2022

Przyszła jesień i to z dość mocnym przytupem. Nie wiem co będzie tej zimy, bo jeszcze nie mam węgla… Dlatego wróćmy jeszcze na chwilę do ciepłych momentów tego paskudnego roku. Wrzucam kilka mini recek płyt, których słuchałem w minione lato.

Momma – Household Name. Wydawało mi się, że Momma to absolutni debiutanci. W sumie to więcej rzeczy mi się nie zgadza. Raz, że to nie ich debiut a już trzeci longplay! Po drugie to nie duet a trio. No i po trzecie miejsce się nie zgadza. Co tam się dzieje w Los Angeles, że dzieciaki taką muzykę tam nagrywają? Wydawało mi się, że to raczej dźwięki ze małomiasteczkowego środka USA, ewentualnie Seattle albo Cleveland. No, ale nie kategoryzujmy. Liczy się przede wszystkim wnętrze, a te jest świetne. Śliczny, zgrabny, melodyjny, nieco naiwny indie rock spod rąk tych dziewczyn z odrostami to moje absolutne odkrycie tego roku. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Young Jesus – Shepherd Head. Kolejna płyta i kolejna niespodzianka. Sprawdzając nowy materiał od Young Jesus oczekiwałem kolejnej, energicznej płyty indie rockowej czerpiącej pełnymi garściami z rocka niezależnego lat 90. Tak jak to było na „The Whole Thing Is Just There„. Okazuje się, że Young Jesus to obecnie solowy projekt Johna Rossitera a muzyka znacznie odbiega od tego za co pokochałem grupę. Zamiast gitarowego indie rocka otrzymujemy indie-pop z elementami elektroniki inspirowany dokonaniami Animal Collective, Moderat, Apparat, Jamesa Blake’a czy też Grizzly Bear. I też nie jest to złe! Trochę szkoda, że posypał się zespół, ale materiał ten jest na tyle mocny, że jestem ciekaw co będzie dalej z młodym Jezuskiem. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Perfume Genius – Ugly Season. Michael Alden Hadreas stoi u mnie w rankingu ostatnio wysoko. W końcu jego „Set My Heart On Fire Immediately” to mój numer 1 wśród albumu z 2020 roku. To mu daje gwarancje, że przez najbliższe parę lat będę sprawdzał każdą jego produkcje. Tak dzieje się i tym razem. „Ugly Season” zdążyło zebrać już sporo pozytywnych recenzji. Jest to na pewno album inny niż poprzedni, ale też dużo mnie emocjonujący. Hadreas zaprasza nas w najmroczniejsze miejsce w swojej głowie, przez co momentami słuchacz odczuwa sporo dziwnego niepokoju. Dziwny to krążek, ale warto go sprawdzić. Nawet pomimo tego, że materiał ten nie obroni tytułu z 2020. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Built To Spill – When The Wind Forgets Hour Name. Jak dobrze jest słyszeć, że u Dougha Martscha wszystko jest OK a lata 90 trwają w najlepsze. Małe przypomnienie dla wszystkich nieletnich i żółtodziobów w dziedzinie indie rocka. Built To Spill to legenda sceny, która dzięki takim albumom jak „There’s Nothing Wrong with Love„, „Perfect from Now On” czy też „Keep It Like a Secret” zapisali się na stałe do kanonu muzyki gitarowej. Grupa wciąż w miarę regularnie wydaje nowe albumy, oczywiście z rożnym efektem. W przypadku „When The Wind Forgets Hour Name” jest on jak najbardziej pozytywny a ich twórczość brzmi wyjątkowo świeżo. Nic, tylko czekać aż wpadną do Polski przypomnieć swoje najlepsze kawałki. Nie chce nic sugerować, ale OFF Festival byłby idealny. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Uffie – Sunshine Factory. Mija dokładnie 12 lat od debiutanckiego albumu Pani Anny Katarzyny Hartley. Dla niewtajemniczonych Uffie to była swego czasu topowa wokalistka w kręgach alternatywnych. Nagrywała kawałki z Justice, Pharellem Williamsem czy też Crystal Castles. Co więcej sama Panna Hartley była takim kontynentalnym miszmaszem. Urodziła się w Miami, przez jakiś czas mieszkała w Hong Kongu, studiowała modę w Paryżu. Jednak to z muzyką związała się na dobre. W 2010 roku wydała długo oczekiwany długograj „Sex Dreams and Denim Jeans” po czym zniknęła ze sceny na długie lata. W tym czasie zajmowała się rodzeniem i wychowywaniem dzieci, jednak w 2018 roku ponownie zaczęła tworzyć. To zaowocowało EP-ką „Tokyo Love Hotel„. No i mamy rok 2022 i pojawia się „Sunshine Factory„. Z jednej strony spoko, bo zawsze lubiłem jej muzykę. Z drugiej jednak strony trochę to wszystko za późno, bo w sumie nie poświęciłem tej płycie tyle czasu ile poświęciłbym jeszcze parę lat temu. No ,ale mówi się, że lepiej późno nie wcale. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

OFF Festival 2022 – Zapowiedź

Już za niecały miesiąc kolejna edycja legendarnego już OFF Festivalu. Ja osobiście nie wezmę w nim udziału, ale zachęcam Was byście zwrócili uwagę na to muzyczne wydarzenie. Najważniejsze informacje na temat Offa poniżej.

Gdzie i kiedy?

Standardowo miejsce to katowicka Dolina Trzech Stawów, a czas to pierwszy weekend sierpnia (5-7.08).

Kto zagra?

Główni headlinerzy to Iggy Pop i Metronomy, których już mieliśmy okazję widzieć podczas Offa oraz Ride, który gra swoje opus magnum, czyli płytę „Nowhere„. Poza tym zagra Mura Masa, którego wielbię od chwili, gdy go usłyszałem na Tauronie Nowa Muzyka. Ciekawie zapowiadają się koncerty grup: Bikini Kill, Dry Cleaning, Yard Act, Natalie Bergman czy też Ghetts.

Biało-czerwoną flagę reprezentować będą m.in raper Bedoes, Dziarma, Ćpaj Stajl, Bałtyk czy też WaluśKraksaKryzys, którzy będą odgrywać swoją płytę „MiłyMłodyCzłowiek„. Dużym wydarzeniem będzie koncert legendy polskiego popu Papa Dance, który zagra płytę „Poniżej Krytyki„. Pełna lista wykonawców na stronie wydarzenia.

Pozostałe informacje?

Wszelkie informacje na temat zbliżającego Offa znajdziecie na stronie: http://www.off-festival.pl

Powrót do korzeni – recenzja albumu „WE” Arcade Fire

Słuchając najnowszej płyty Arcade Fire doszedłem do jednej konkluzji – Kanadyjczycy indie-rockowcy nie są w stanie mnie już zaskoczyć. Ich poprzedni krążek „Everything Now„, który ukazał się pięć lat temu był pewnego rodzaju nowinką. Z tym, że pójście w bardziej popowe rejony było pewnego rodzaju naturalną konsekwencją. Tym samym również wydaje się powrót do korzeni ich twórczości. Butler z rodzinką nawiązuje na tegorocznym „WE” do początków swojej kariery a zgromadzone tutaj utwory to hołd zarówno dla „Neon Bible” jak i „Everything Now„.

Pierwszy, dwu-częściowy „Age of Anxiety” próbuje się bawić w taneczny indie-pop. Jednak w dalszych kompozycjach grupa powraca do dawniejszych klimatów. I tak „Prelude” przypomina mi, że moja miłość do grupy rozpoczęła się od chwytania za serducho w „My Body Is A Cage” czy też „My Heart Is An Apple”. Swoją drogą, czy tylko ja słyszę jak w „End of the Empire I-III” Butler i spółką inspirują się Davidem Bowie z lat 70? To prawdopodobnie najpiękniejsza piosenka na płycie. Co więcej grupa nie traci pędu i całkiem sprawnie przechodzi w podobne tony na „End of the Empire IV (Sagittarius A)„.

„The Lightning I” oraz „The Lightning II” to z kolei nieco folkowa próba nawiązania do debiutu. Co prawda Win Butler się tutaj dwoi i troi, jednak ciężko jest nagrać coś równie pięknego jak „Funeral„. Wiejska sielanka trwa dalej na utworze „Unconditional I (Lookout Kid)„, gdzie najlepiej słychać inspiracje Neilem Youngiem i Bobem Dylanem. Z lat 70 grupa szybko przeskakuje do modnych w ostatnie czasie lat 80 w „Unconditional II (Race and Religion)„, gdzie prze wokalu Regine Butler i synth-popowym podkładzie gościnnie występuje Peter Gabriel. To jeden z ciekawszych momentów na płycie i troszkę szkoda, że nie pokusili się na odważniejsze kroki by pójść w tym kierunku. Całość kończy tytułowe „WE„, które ponownie powraca w folkowe klimaty.

Podsumowując, najnowsza płyta Arcade Fire to nie tylko powrót do korzeni własnej twórczości, ale także szybko podróż w czasie po minionych epokach. Folk lat 60, pop z lat 70 oraz synth-pop lat 80 to główne kierunki jakie obrała kanadyjska super indie grupa. Rozczarowanie jest fakt, że Arcade Fire przyjeżdża do Polski dopiero przy okazji wydania szóstego albumu. A może i nie? Bo jak patrzę, że to wydarzenie organizuje Live Nation, który próbuje na koncercie odbić sobie straty spowodowane przez pandemię covid to nie mam żalu, że w portfelu zostanie mi parę setek a Arcade Fire posłucham na scenie domowej. „WE” jak każda płyta Kanadyjczyków ma swoje momenty, a do tych na pewno będę nie raz wracał. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.