Rewelacyjny skręt w stronę disco – recenzja „What’s Your Pleasure?” Jessie Ware

Nie powiem, lubię, gdy artyści lub zespoły kombinują i grzebią w swojej muzyce. Zwłaszcza, gdy robią zwrot o 180 stopni i robią coś nieoczekiwanego. Przykłady? Brodka i pójście w indie-pop przy „Grandzie„, Stachursky wracający do electro-korzeni przy okazji wydania „2009″, Kanye West przy połowie swoich płyt, Radiohead przy okazji 70 % swojej twórczości i najnowsza płyta Jessie Ware.

O angielskiej wokalistce pisałem już na blogu przy okazji płyty „Devotion„. Byłem wtedy zauroczony jej podejściem do tematu popu, ale nie spodziewałem, że nagra jeszcze kiedykolwiek coś lepszego niż album z 2012 roku. Byłem w błędzie, gdyż tegoroczny „What’s Your Pleasure?” to krążek wybitnie dobry. Artystka postanowiła uderzyć w bardziej taneczne klimaty i pełnymi garściami czerpać z muzyki disco lat 70, soulu oraz electro-popu.

Całość zaczyna się dość subtelnie. Pierwsze dźwięki „Spotlight” nie zdradzają disco rewolucji, a raczej pójście w muzykę filmową. Sprawy się zmieniają, kiedy wchodzi linia basowa w okolicach 38 sekundy. Przy tytułowym „What’s Your Pleasure” już nie mamy wątpliwości czego będziemy słuchać. Świetny electro beat łączy się tutaj z wokalem w stylu Kylie Minouge i przypomina nam taneczne noce z roku 2000. Kolejny „Oh Laa Laa” to już majstersztyk produkcyjny, a zabawa przy nim rozkręca się na dobre. Wyłapujecie te wszystkie dźwięki w tle? Przecież to jakiś brzmieniowy kosmos. W „Save a Kiss” podkład wkracza bardziej w transowe klimaty, nie tracąc jednocześnie na sile przekazu. „Adore You” również stawia na elektroniczną stronę muzyki. „Step Into My Life” to kolejna porcja zabawy z muzyką i sięganie po kolorowe disco lat 70 i 80. Całość kończy soulowo-gospelowe „Remember Where You Are„.

Zaskoczyła mnie (w pozytywnym sensie) ta płyta. Jessie Ware mocno rozwinęła się zarówno wokalnie jak i artystycznie na tej płycie. Mimo, że jej muzyka już od początku pachniała dojrzałością, to tutaj uzyskała kwintesencję dobrych pomysłów. To świetny krążek dosłownie do wszystkiego. Na co dzień,  imprezę, wakacje, do auta czy gdzie tam chcecie. Ta płyta po prostu słucha się sama (jak to mam zwykle w zwyczaju mawiać). „What’s Your Pleasure” wpada do ucha od pierwszego odsłuchu i zostaje na dłużej. Z jednej strony znajdziemy tutaj lekkość i przebojowość, z drugiej natomiast muzyczne kombinowanie i wielowarstwowe inspiracje. Gorąco polecam ten krążek. Ocena: 9/10.

Wczasy – Katowice, 5.07.2020

Tegoroczne lato niestety pozbawione będzie muzycznych festiwali… Nie zmienia to jednak faktu, że koncerty plenerowe będą się i tak odbywać. W ostatni niedzielny wieczór miałem okazję wziąć udział w występie Wczasów na katowickich Sztauwajerach. Jak było? O tym parę słów poniżej.

Niedzielny występ Wczasów był moim już trzecim koncertem grupy na którym miałem przyjemność być. Wcześniejsze dwa odbyły się na zeszłorocznym OFF Festiwali. Każdy z nich był inny, i każdy był na swój sposób wyjątkowy. Duet Barłomiej Maczaluk – Jakub Żwirełło pomimo lekkiej nieśmiałości w kontaktach z widownią potrafi stworzyć pełen pozytywnej energii występ. W Katowicach mieliśmy okazję usłyszeć zarówno dobrze znane utwory takie jak: „Dzisiaj Jeszcze Tańczę„, „Ryszard„, „Prince i Bowie” czy też „Jesteś Najlepszy„, jak i zupełnie nowy materiał. Nowe utwory brzmiały obiecująco i już na tym etapie mogę stwierdzić, że szykuje się kolejna udana płyta grupy. O debiucie rozpisałem się TUTAJ. Koncert trwał około godziny i pomimo paru problemów technicznych należy uznać ten wypad za bardzo udany. Bo co może być lepszego od słuchania dobrej muzyki przy piwko, jeziorku i ładnej pogodzie?

Chłopaki z Wczasów raczej nie rozgadują się za bardzo, ale podoba mi się ten styl kontaktu z widownią. Do tej pory nie wiem co się wydarzyło w Alwernii, gdzie grali dzień wcześniej. Grupa stwierdziła, że niedzielny występ lepiej im poszedł. Generalnie czuć było w powietrzu sporo rozluźnienia. Jak stwierdził Żwiru – ograniczenia są tylko w naszych głowach. Przybijam temu piątkę. I pomijając fakt, że przed sceną przebiegał jakiś szlak turystyczno-wędrowny to zainteresowanie samym koncertem było spore.

W tym miejscu należy jeszcze wspomnieć o miejscu wydarzenia. Byłem pierwszy raz w katowickich Sztauwajerach i już teraz wiem, że jeszcze tam wrócę. Miejsce to ma niepowtarzalny klimat. Świetnie łączy odpoczynek na łonie natury z zabawą i słuchaniem muzyki live. Dolina Trzech Stawów to piękne miejsce, jeżeli jeszcze tam nie byliście to wpadnijcie jak najszybciej. Najbliższa okazja już jutro, kiedy zagra grupa Tęskno. Ja póki co czekam na kolejny występ Wczasów na Śląsku.

Premiery muzyczne z maja

The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Za projektem The Soft Pink Truth stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos. Jeżeli mówią Wam coś te nazwy, lubicie nieoczywiste techno, nieco zabawy z elektroniką, byliście kiedyś na Tauronie w Katowicach i wam się podobało – to jest to pozycja dla Was. Ja generalnie nie słucham takich rzeczy za często, ale gdy już wejdę w te klimaty to siedzę w nich po uszy. Ta płyta przypomniała mi, że techno i house wchodzące delikatnie w ambient to spoko rzeczy. A tutaj dzieje się wiele dobrego. Ocena: 8/10.

Drake – Dark Lane Demos Tapes. Rok bez nowego materiału od Drake’a to rok stracony – można by rzec. Na szczęście Aubrey tym razem za bardzo nie przesadza i daje nam TYLKO 14 tracków. W zasadzie to już nie wiem co pisać o kolejnej jego płycie… To, że się rozwija? Próbuje nowych rzeczy jednocześnie pozostając w duchu starych wydawnictw? To, że trochę momentami przynudza, ale i tak jest spoko? To wszystko prawda, która powtarza się co roku. Powiedzmy po prostu tylko tyle, że Drake wydał nowe LP i że warto je sprawdzić jak każde inne. Ocena: 7/10.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. Z Panem Michaelem Aldenem Hadreasem miałem rozbrat na prawie 8 lat. Ostatni jego album jaki sprawdziłem (I Podobał mi się, dowód TUTAJ) to „Put Your Back N 2 It” z 2012 roku. Fajnie usłyszeć, że wszystko u niego OK i że robi coraz lepszą muzykę. Tak, jego tegoroczny album to jak do tej pory jego najlepsze dzieło. Najbardziej dojrzałe, przemyślane od początku do końca, emocjonalne i pełne pięknych brzmień. Trochę szkoda, że spłaszczam tę płytę tylko do tak krótkiej notki w zbiorowym wpisie, bo czuję, że to naprawdę ważna rzecz. Ocena: 9/10.

Charli XCX – how i’m feeling now. Już od pierwszych brzmień „pink diamond” wiemy, że będziemy mieć z czymś nowym w wykonaniu Charlotty Aitchison. Sugestywne, mocne i pokręcone elektroniczne brzmienie wprowadza nas w świat jaki wykreował się w głowie artystki podczas światowej kwarantanny. Mówię o tym, gdyż trzeba dodać, że ten krążek powstał w około miesiąc w absolutnej izolacji. Jaki efekt? Nadzwyczaj dobry, gdyż od „True Romance” z 2013 roku coraz mniej zapamiętywałem z nowych płyt Charli. A tutaj proszę nieprzekombinowany, spontaniczny i całkiem spoko popik. Ocena: 8/10.

The 1975 – Notes on a Conditional Form. Powiem bardzo nie popularną, ale szczerą opinię. Nie ogarniam fenomenu The 1975. W sensie, gdy wszyscy zachwycali się ich albumem sprzed dwóch lat „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to ja dalej mamy jakiś problem z tego typu muzyką. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem The Cure? Co prawda było tam parę spoko piosenek, ale żeby od razu się tak zachwycać? To samo mam z nową ich płytą. Trochę za długa, trochę za podobna do poprzedniczka, trochę nie w moich klimatach. Ocena: 5/10.

Pure X – Pure X. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej bandu z Austin. A to już ich czwarta płyta w dorobku! Przesłuchałem wszystkie i dzięki temu mogłem odkryć genialność w psychodelicznym brzmieniu „Pleasure„. Świetny krążek, ale to niestety nie nad nim mam się rozwodzić. „Pure X” nie ma już tego przebicia, wrażenia się spłaszczają a zespół popada nieco w banał. Niemniej to poprawny longplay, który całkiem przyjemnie się słucha. Być może bardziej by mi się podobał, gdyby nie sięgnął dalej w ich dyskografie. No niestety… Ocena: 6/10.

Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach zadebiutował trzy lata temu. Jego „Aromaticism” spotkało się z dobrym odbiorem i postawiło Sumneyowi wysoko poprzeczkę. Na szczęście udało mu się przeskoczyć ten poziom. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, trochę awangardy. Nie przez przypadek porównuje się go do najlepszych. Koleś tutaj dobrze kombinuje. Ma swoje skomplikowane, pokręcone ścieżki, ale wiecie co? Dobrze się tego słucha, pomimo tego, że to nie jest łatwa muzyka. A mówiłem, że przy płycie palce maczali Thundercat i James Blake? Słychać to bardzo wyraźnie. Co więcej Moses postanowił dawkować ten nietuzinkowy album. Pierwsza część ukazała się w lutym, druga w maju – i już teraz się mówi o muzycznym serialu. To album o którym będzie się wspominało latami. Ocena: 9/10.

Blake Mills – Mutable Set. Pitchfork się zachwyca, ja raczej mniej. To znaczy, lubię spokojne gitarowe granko. Wałkuje dość często oniryczne klimaty Sufjana Stevensa więc tego typu muzyka jest mi bliska. Millis prochu nie odkrywa, ale jest to przyzwoity album, który wpada w ucho i o którym w zasadzie nie ma co więcej pisać. Ocena: 6/10.