Jeszcze bardziej piosenkowa Rebeka – recenzja „Post Dreams”

Duet Rebeka składający się z wokalistki Iwony Skwarek i producenta Bartosza Szczęsnego wydał właśnie swój trzeci długograj pt. „Post Dreams„. Jest to najbardziej melodyjny i piosenkowy album grupy, pięknie eksplorujący motywy lat 80. Jest to także prawdopodobnie ich najlepszy krążek jak dotąd. Ale o tym później. Przypomnijmy sobie pokrótce historię poznaniaków. Grupa powstała w 2010 roku, jednak ich debiutancki longplay pojawił się dopiero trzy lata później. „Hellada” zebrała wówczas dobre recenzje, co pozwoliło Rebece wypłynąć na szersze wody polskiego przemysłu muzycznego. W 2016 grupa musiała się zmierzyć z „syndromem drugiej płyty”. Wydany w tym czasie „Davos„to niezły album, jednak w mojej ocenie nie przeskoczył debiutu. Jednakże po czasie całkiem przyjemnie słuchało mi się tych kompozycji.

Parę tygodni temu ukazał się trzeci longplay Rebeki „Post Dreams„. Płyta była zapowiadana jako najbardziej piosenkowe wydawnictwo poznańskiego duetu. I rzeczywiście taka jest. Co oczywiście pozytywnie wpływa na odbiór całości. Przyznaje szczerze, że te luźne, melodyjne, wręcz popowe oblicze (oczywiście z małą domieszką zimnofalowości) bardziej pasuje do Rebeki, aniżeli te poważne z wcześniejszych płyt. Fajnie też, że Iwona Skwarek coraz bardziej przekonywuje się do śpiewania w ojczystym języku. Na nowej płycie mamy jedenaście utworów, z czego trzy są zaśpiewane w języku polskim. W moim odczuciu były one na wyższym poziomie, niż te w języku angielskim.

Całość otwiera spokojna „India„, która opiera się na świetnych synthach z elementami smyczkowymi. Kapitalny refren wprowadza nas w bardziej popowe oblicze grupy. „Cavegirl” ładnie nawiązuje do lat 80, a jego joggingowa wersja jest nagrana po prostu w dynamiczniejszym tempie. Czy dobrze się przy tym biega? Tego nie sprawdzałem, ale wierzę, że tak! „Elesi” to chwytliwy, dyskotekowy wręcz kawałek do którego nóżka sama tupta. Słychać sporo inspiracji Cut Copy. Kolejny „Fale” uderza bardziej w post-punkowe brzmienie i jest jednym z najlepszych momentów płyty. Tempo płyty nam nieco zwalnia przy „Zachodzie„, które za sprawą trąbki brzmi momentami jazzowo. Warto zwrócić uwagę na mroczne, ponure, ale jednocześnie piękne „Światła„. Całość natomiast kończy balladowe „Mama„.

Podsumowując, Rebeka wydała bardzo dobrą płytę, która zaskakuje momentami chwytliwością i melodyjnością. Są tu również momenty bardziej mroczne czy też gitarowe. Co nie zmienia faktu, że takie oblicze poznaniaków podoba mi się. Duet ładnie wchodzi w lata 80 i wyciąga z nich to co najlepsze. Mam nadzieję też, że w przyszłości Iwona Skwarek da jeszcze więcej miejsca na kompozycje w języku polskim. Ocena: 7/10.

Lepiej późno, niż wcale – recenzja „The Whole Thing Is Just There” Young Jesus

Wracam jeszcze na chwilę do zeszłego roku, bo jak się okazuje popełniłem ogromny błąd. Nie wspomniałem na blogu o REWELACYJNEJ płycie w wykonaniu Young Jesus. A jest po co wracać, bo to esencja gitarowego grania i żywy dowód na to, że indie rock wciąż ma sens. Nawet pomimo tego, że jak to zauważył Wyciu nazwa zespołu bardziej kojarzy się z jakimś czarnoskórym raperem.

Grupa powstała w 2015 roku w Los Angeles. Do tej pory wydała trzy długograje, jednak dwóch wcześniejszych „Grow/Decompose” oraz „S/T” nie miałem okazji przesłuchać. Wydawać by się mogło, że skoro ich najnowsze dzieło składa się tylko z 6 utworów to jest to króciutka płyta. Nic bardziej mylnego. Całość trwa 49 minut i to głównie za sprawą pozycji numer 6, która trwa ponad 20 minut! Jak na muzyczne standardy to kolosy!

„The Whole Thing Is Just There” to płyta głównie oparta o jazgotliwe szarpane gitary, wykrzyczane wokale zdartym głosem i dające wycisk walenie w bębny. Stary dobry indie rock lat 90 wraca do łask. Powiecie Modest Mouse, Built To Spill, Pixies czy Pavement? Zgodzę się – To idealne skojarzenia dla tych 49 minut. To piękna muzyka przecież! Super sprawa, że Young Jesus czerpie z tego pełnymi garściami. Bo jak wiecie lub nie (ale pewnie tak) to lata 90 przeżywają swój renesans już od dawna. Zarówno w  w modzie, muzyce, telewizji jak i całej kulturze ogółem ujętej.

Czy warto sprawdzić ten album? Jeżeli lubicie energiczny, nieco brudny, hałaśliwy, ale w pełni szczery indie rock a lata 90 sprawiają, że łezka wam się w oku kręci – to jak najbardziej tak. Ta płyta to istny wehikuł czasu, która nie jest tylko ślepym zżynaniem ze starych płyt Modest Mouse czy Built To Spill. Ona niesie swoją własną, niepowtarzalną jakość.  I tylko szkoda, że tak późno ją odkryłem bo to wybitnie dobry krążek. No, ale jak to się mówi – lepiej póżno, niż wcale. Wam też to radzę, jeżeli jeszcze nie słyszeliście Young Jesus. Ocena: 9/10.

 

 

Bukowicz – Dyskomfort w głowie

Cieszy mnie fakt, że nie muszę zbytnio udowadniać, że polska niezależna muzyka gitarowa ma się dobrze w ostatnim czasie. Pora zatem by wspomnieć o kolejnym ciekawym projekcie muzycznym, który urzęduje po sąsiedzku obok mojego „biura prasowego”. Mowa o grupie Bukowicz w której w skład wchodzą: Jakub Buczek, Aneta Maciaszczyk i Michał Warzecha.

Gliwicko-Rybnickie trio wydało w zeszłym roku swój pierwszy studyjny album pt. „Dyskomfort w głowie„. Grupa sama opisuje swoją twórczość jako połączenie shoegaze, noise’u i dream popu. Jednak po wstępnym przesłuchaniu tego krótkiego materiału (składa się z 6 utworów) stwierdzam, że bliżej tym utworom do zimnej fali z przełomu lat 70 i 80. Aczkolwiek znajdziemy tutaj po trochę z każdego z wymienionych gatunków. Klimat tej płyty jest niezwykle hipnotyczny i jednocześnie depresyjny. Pulsyjne brzmienie gitary w połączeniu z mrocznymi tekstami tworzą melancholijny i zimny klimat całości. Jest coś intrygującego co zachęca nas do „Dyskomfortu w głowie„.

Świetną robotę tutaj wykonuje zwłaszcza gitara basowa, która genialnie buduje tło w tym mrocznym świecie. Podoba mi się również barwa głosu i sposób śpiewania Jakuba Buczka. Wokalista brzmi nieco podobnie do Korteza, ale to tylko takie pierwsze skojarzenie (Dalej nie jestem pewien czy takie porównanie może być komplementem? :)). Oryginalny wokal w połączeniu z poetyckimi, acz nie przesadnymi tekstami dobrze wpływa na odbiór całości. Wiele dobrze brzmiących płyt niszczyły kiczowate i kuriozalne teksty oraz możliwości wokalne wokalisty. Tutaj mamy całkowicie odwrotną sytuację, gdyż ten wokal stanowi jedno z najsilniejszych ogniw płyty. Fajnie, że w tym gęstym i ciężkim klimacie znalazło się nieco miejsca dla ironii : „Grzeczny jestem / Opuszczam deskę„. Trochę gorzej wygląda sprawa z gitarowymi riffami i perksujami, które nie przekonywują mnie. Może dlatego, że zamiast żywej perkusji otrzymujemy automat perkusyjny a gitarowe wstawki nie wnoszą tej noise’owej ekspresji? Melodyjności za to dodają syntezatory oraz chórki śpiewane przez Anetę Maciaszczyk.

Generalnie warto jeszcze wrócić na chwilę do 2018 roku by zapoznać się z „Dyskomfortem w głowie„. Mimo, że to niezbyt rozbudowany materiał, to te 6 utworów mają niezaprzeczalnie wciągający klimat. Póki co mówię: „NIEŹLE” i czekam na dalszy rozwój sytuacji. Ocena: 6/10.