Pusha T vs reszta świata – recenzja „Daytona”

Powoli zaczynam się przekonywać, że rok 2018 to dobitnie rok hip-hopowy. Duża w tym zasługa Kanye Westa, który wydał już w tym roku swój kolejny album „Ye” (recenzji spodziewajcie się niebawem), wraz z Kid Cudim opublikował album jako Kids See Ghosts oraz pozostawił duży swój ślad na najnowszym wydawnictwie od Pusha T, gdzie wcielił się w rolę producenta i dorzucił kilka swoim wersów do utworu „What Would Meek Do?„.

Daytona” to zaledwie trochę ponad 20 minutowy materiał składający się z siedmiu utworów. Jednak nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest wyborna. Pusha T z Kanye Westem serwują nam zestaw siedmiu KONKRETNYCH utworów, bez żadnego lania wody i przeciągania. Sama esencja, czysty alkohol bez zbędnej reszty. Nie ma tutaj ani jednej zbędnej sekundy. Cieszy mnie to, gdyż wspomniany duet szanuje mój czas, w przeciwieństwie do Drake’a (któremu notabene oberwało się od Pusha T), który ze swoimi płytami nie schodzi poniżej 20 utworów trwających ponad godzinę!

Całość zaczyna przyjemne dla ucha „If You Know You Know”, które idealnie wprowadza w ten krążek. Sporo wpływów Pana Westa odnajdziemy w kolejnym „The Games We Play„, gdzie możemy doszukiwać się powiązań z tegorocznym „Ye„. Następny w zestawie „Hard Piano” zachwyca popowym refrenem i udanym gościnnym występem Ricka Rossa. Soulowo rozpoczyna się „Come Back Baby” by szybko przejść do konkretnego, twardego hip-hopu, gdzie popis daje Pusha T swoimi ostrymi i ciętymi zwrotami. „Santeria” zachwyca głównie świetnie dobranym podkładem z zapadającym w pamięci gitarowym riffem. Całość kończy tajemnicze i mgliste „Infrared„.

Dlaczego warto przesłuchać „Daytona„? Przede wszystkim dla świetnych zwrotek pisanych przez Pusha T. Raper nie tylko rozprawia się tutaj ze swoimi rap rywalami ( boroczek Drake), ale bierze na swój cel tematy polityczne i religijne. Dzieje się, a nie zapominajmy, że płyta trwa trochę ponad długość odcinka Świata Według Bundych. Druga sprawa to świetne beaty wyprodukowane przez Kanye Westa, który pomimo tego, że jest mocno irytującym kolesiem to ucho i rękę do tworzenia chwytliwych beatów MA! Co więcej? „Daytona” to konkret płyta, która ma także swój niepowtarzalny klimat. Nie jest to może rzecz wybitna, która zapisze się w historii muzyki, ale z pewnością jeden z lepszych hip-hopowych materiałów wydanych do tej pory. Słuchać, nie gadać! Ocena: 9/10.

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2018 – relacja

Po raz kolejny miałem okazję gościć na jednym z najlepszych festiwali muzycznych w Polsce. Mowa oczywiście o starym, dobrym Tauronie, który jak zwykle miał wiele do zaoferowania mojemu wymagającemu gustowi muzycznemu. Można było potańczyć, potuptać nogą, dać się zahipnotyzować, odlecieć w kosmos, popaść w trans czy też zwyczajnie się odprężyć. Jednym słowem dobra zabawa, a kto nie był, niech żałuje!

Dzień Pierwszy

Mój udział w katowickim festiwalu rozpoczął się od piątkowego koncertu Jordana Rakei’ego. 25-letni muzyk z Nowej Zelandii dał na Scenie Miasta Muzyki bardzo przyjemny i lekki pokaz swoich muzycznych umiejętności. Nie od dziś wiadomo, że wszelkie mieszanki soulu, funku z indie popem łykam od razu. Takie utwory jak „Selfish„, „Wildfire”, „Alright” czy też „Nerve” po prostu ujęły katowicką publikę, w tym mnie. Nowozelandczyk potrafił zaciekawić, dzięki czemu jego koncertu bardzo szybko mi upłynął. Żałowałem tylko, że nie skusił się na odegranie coveru „Lost„. Spod głównej sceny festiwalu przeniosłem się na scenę w amfiteatrze NOSPR, gdzie pod gołą chmurką zaprezentować się mieli chłopaki z Bitaminy. Chłopaki słynną z energicznych koncertów, tym razem nie było inaczej. Publiczność chętnie podrywała się do tańca, aczkolwiek trzeba przyznać, że był to występ nieco nierówny. Muzycznie dali jednak radę i faktycznie są bardziej POP niż Hip-Hop, i dobrze.

Ponownie powróciłem pod scenę Miasta Muzyki, gdzie wystąpić miał jeden z headlinerów całego festiwalu – Fever Ray. Karin Dreijer wyszła na scenę w asyście dwóch wokalistek przebranych w dość oryginalne stroje osiłków. Występ założycielki legendarnego już The Knife , jak można było się spodziewać mieszał taneczną elektronikę z mrocznym klimatem. Było tajemniczo i mistycznie, aczkolwiek spodziewałem się większego efektu WOW po występie Szwedki, która momentami przynudzała. Na szczęście zupełnie odmiennych spostrzeżeń dostarczył mi występ Mura Masy. Młody Brytyjczyk z Guernsey ma już na koncie wspólne utwory z takimi artystami jak A$AP Rocky, Charli XCX czy też Damonem Albarnem, a przez wielu został już okrzyknięty muzycznym odkryciem roku 2017. 22-letni Producent wystąpił w asyście czarnoskórej wokalistki, która jednocześnie śpiewała, rapowała i tańczyła. I co najważniejsze dała radę, a wręcz skradła show Alexowi Crossanowi. Katowicka publiczność miała okazję usłyszeć wszystkie przeboje Mura Masy, a więc nie zabrakło takich utworów jak „Love$ick„, „1 Night” czy też „What If I Go?„. To był dla mnie zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia.

Kilka minut po północy znajdowałem się już pod sceną Red Bulla, gdzie występował Toulose Low Trax. Niemiecki muzyk potrafił zahipnotyzować publiczność i zmusić ją do dzikich harców. Mnie jednak nie uwiódł. Dzień zakończyłem występem Nosowskiej, która jak się spodziewałem grała głównie utwory z nowej płyty. Jej nowa lokowato elektroniczna twarz jest jak najbardziej OK, jednak chyba wolę bardziej tą artystkę w gronie muzyków z Hey. Elektroniczny-Punk przestał mnie rajcować dekadę temu na „Afterparty” Cool Kids of Death, jednak Nosowską i tak szanuję.

Dzień Drugi

Drugi i zarazem ostatni dzień z moim udziałem na Festiwalu rozpoczął się ponownie pod sceną Miasta Muzyki. Swój występ dawała tam japońska formacja Soil & „Pimp” Sessions. Po raz pierwszy w życiu bałem się o scenę na której grają muzycy. Japończycy dali taki popis, że myślałem, że lada moment wystrzeli ona w kosmos, dosłownie! Świetne, energiczne utwory mieszające muzykę klasyczną, jazzową i techno idealnie komponowały się ze luzackim stylem Japończyków. Lider Tabu Zombie wyglądał i zachowywał niczym gangsta raper, perkusista dał chyba ze 10-minutową solówkę na garach a reszta ekipy nie odstawała w ekstrawagancji na krok! Kapitalny koncerty. Następnie udałem się pod Red Bull Stage by zobaczyć JANKĘ. Muzyków na scenie nie widziałem, ale to co usłyszałem z głośników spodobało mi się! Świetny retro styl.

W chwili gdy Urugwaj ogrywał Portugalię na Mistrzostwach Świata w Rosji na scenie Miasta Muzyki występował Zespół Senor Coconut. Zespół postawił na covery znanych piosenek nagranych w kubańskim stylu. Pomysł fajny i ciekawy, bo takie utwory jak „Around The World„, „Sweet Dreams” czy też „The Robots” dawały radę w nowej aranżacji. Jest tylko jedne ALE, to tylko covery. I w dodatku nie wszystkie były udane. Nie jestem pewien też czy główna scena to odpowiednie miejsce na tego typu ciekawostki. Ponownie wróciłem pod Scenę Red Bull by przekonać się czy Essaie Pas brzmią na żywo równie dobrze co na płycie. Kanadyjczycy dali radę. Jednak nie zostałem do końca, gdyż zależało mi na odnalezieniu Secret Stage, gdzie wystąpić miał Rasmentalism. Do występu na żywo tej grupy przymierzałem się od dawna, dlatego cieszy mnie, że miałem okazję zobaczyć ich na Tauronie. Na żywo hip-hopowy skład brzmi tak samo rewelacyjnie jak na płytach, a może nawet i lepiej? To był jedyny koncert tego festiwalu, gdzie repertuar znałem na wylot, dlatego też z wielką przyjemnością wyłapywałem te świetne linijki z takich utworów jak: „Jeszcze Jeden Kieliszek„, „Fast Food” czy też „Moment„. Raperzy skupili się na repertuarze z dwóch ostatnich płyt: „Tango” oraz „1985„, trochę szkoda bo liczyłem na jakieś utwory z „Za Młodzi na Heroda„.

O godzinie 24 na scenie More Music Hall odbył się najbardziej hipnotyzujący i psychodeliczny koncert jaki widziałem podczas tegorocznej edycji Taurona. Wolgang Voigt grający jako projekt GAS w totalnym mroku prezentował ambient w swoim wykonaniu. Szczerze powiedziawszy to ciężko mi jakoś racjonalnie opisać czy też ocenić ten występ. To nawet nie był koncert, tylko jakieś narkotyczne przeżycie. Podobne odczucie miałem po seansie filmu „Enter The Void„, z tym, że te koncertowe było bardziej intensywne za sprawą wspaniałych wizualizacji i mrocznej muzyki. Festiwal zakończyłem na koncercie Son Luxu. Amerykanów widziałem już wcześniej podczas OFF Festiwalu. Wtedy nie przypadli mi do gustu, jednak po bliższym zapoznaniu się z ich twórczością, odkryłem w nich coś co sprawiło, że wyczekiwałem tego koncertu. Z ogromną przyjemnością odsłuchiwałem kapitalnych „Easy„, „Alternate World” czy też najbardziej znane „Lost To It Trying„. Grupa potrafiła zaangażować publikę podczas odgrywania „Dream State” i dać kapitalny, ponad godzinny występ. To było idealne zwieńczenie mojej przygody z Tauron Nowa Muzyka Katowice, już nie mogę się doczekać przyszłej edycji!

Beach House nauczyli się nie nudzić – recenzja „7”

Liczba siedem ma wiele określeń. Zarówno pozytywnych i negatywnych. Niektórym przynosi szczęście, wiele religii uważa ją za  liczbę spełnienia i dopełnienia a tacy piłkarze jak Szewczenko, Cristiano Ronaldo, Raul Gonzales, Franck Ribery czy też David Villa grali bądź grają z siódemką na plecach. Wiele się mówi też o magicznym siódmym roku w związku, który uważa się za kryzysowy i nie do przejścia dla niektórych małżeństw. Nową symbolikę tej liczbie nadała amerykańska grupa dream popowa Beach House, gdyż okazuje się, że przy siódmej płycie długogrającej można w końcu nagrać coś nie usypiającego słuchacza.

Ok, może trochę przesadzam. Przecież Beach House po prostu gra mało energiczny gatunek muzyki. Dream Pop – sama nazwa już wskazuje, że to coś sennego i lekkiego. Poza tym jak można się czepiać, kiedy to ich płyty zawsze dostawały wysokie oceny. Duet z Baltimore jest oczkiem w głowie recenzentów z Pitchforka, co odbijało się ocenami w pozostałych serwisach. Nie ukrywam, również i u mnie. Jednak będąc szczerym to pomimo tego, że sam przyznawałem dość dobre oceny płytom spod ręki Beach House to nigdy nie wracałem do tych albumów. Z jednej prostej przyczyny – piekielnie mnie nudziły. Wokal Victorii Legrand, momentami brzmiący na męski częściej odrzucał niż przyciągał, kompozycje zlewały się w jedną całość a senny klimat płyt sprawiał, że chciało mi się spać. Czy z perspektywy czasu zmieniłbym oceny? Pewnie nie, a jak już to nieznacznie. Także z jednej przyczyny, Beach House konsekwentnie nagrywa ambitne rzeczy.

Jednak dopiero przy siódmym albumie potrafili u mnie wywołać ten efekt WOW. Po pierwszym odsłuchu myślałem, że słucham jakiejś zapomnianej płyty Slowdive, która została nagrana we spółce z Kevinem Shieldsem. Już od pierwszych sekund album wbija w fotel za sprawą głębokich gitar w „Dark Spring„. Wyśmienicie rozwija się z sekundy na sekundę utwór „Dive„, gdzie pod koniec otrzymujemy ścianę brzmień gitarowych jak u Swans. Ręka w górę komu motyw przewodni w „Lemon Glow” przywołuje na myśl psychodeliczne zapędy Tame Impala? To nie koniec skojarzeń, gdyż  „Black Car” przypomina mi These New Puritans z okresu „Field of Reeds” a elektroniczne brzmienie „Woo” może budzić skojarzenia z The Chromatics. Jednym słowem nowa płyta Beach House to majstersztyk. Zarówno pod względem brzmienia całości jak i poszczególnych kompozycji.

Trochę szkoda, że musieliśmy aż tyle czekać by Amerykanie wskoczyli na właściwe tory. Z drugiej jednak strony to ich zaskoczenie nie było aż takie oczywiste i dobrze, że nagrali najnowszy longplay w takim kształcie . Sprawdźcie siódemkę, na prawdę warto. Jeżeli chcecie poczuć wyśmienite brzmienie gitar, wyłapywać te wszystkie skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami shoegaze, indie rocka i post punku oraz posłuchać po prostu dobrej, ambitnej muzyki to trafiliście idealnie. Ocena: 9/10.