Lepsi, dojrzalsi, jeszcze lepsi The Dumplings – recenzja płyty „Raj”

Jakie to w muzyce jest przewrotne, gdy w jednej chwili czegoś nie cierpimy by za chwilę to wielbić. Przyznaje się bez bicia, że nie jestem fanem wczesnej twórczości duetu z Zabrza. „No Bad Days” był dla mnie albumem chamsko rzucającym się na fejm elektronicznego indie, przejhajpowanym, słabym i po prostu nudnym. Siłą rzeczy nie byłem zainteresowany by zapoznać się z „See You Later„. Jednak gdy pewnego dnia na Trójce usłyszałem utwory z płyty „Raj” to byłem w szoku, jakiej niebywałej transformacji dostąpił śląski duet.

Po pierwsze wszystkie utwory są zaśpiewane w naszym, pięknym, rodzimym języku. Gratuluje tej decyzji, gdyż śpiewanie po polsku nie jest prostą sprawą. Łatwo można uderzyć w pretensjonalność lub banał a tu udało się tego uniknąć. Swoją drogą, lubię gdy polskie zespoły śpiewają po polsku. Nie oszukujmy się, wielkiej kariery nie robimy na zagranicznych rynkach, śpiewanie po angielsku jest po prostu łatwiejsze.

Druga sprawa to rozwój wokalny jaki zanotowała Justyna Święs. To, że jest ona utalentowaną wokalistką mogliśmy się przekonać na płytach takich zespołów jak: Rysy, Małe Miasta czy też Fisz, Emade, Tworzywo. Jednak pełnie swoich zdolności pokazała dopiero na tej płycie. Bardzo wciągający i dojrzały głos wokalistki jest duży atutem „Raju„. Z grzeczności zacząłem od Pani Święs, ale na wyróżnienie zasługuje również muzyka stworzona przez Jakuba Karasia.

The Dumplings sięgają na tej płycie po wiele muzycznych gatunków od muzyki filmowej po orientalną. Przykładowo otwierające całość „Kino” brzmi jak soundtrack z serialu „Rojst„, by po chwili wejść w mocno elektroniczne klimaty zahaczające prawie o techno. Tytułowy „Raj” niebezpiecznie uderza w tony dance-punku, natomiast „Deszcz” ociera się o ambient. „Uciekam” to klasyczny elektro-pop, który mocno mi się kojarzy z muzyką Izy Lach. W utworze „Nieszczęśliwa” The Dumplings już nie próbuje nawet ukrywać swoich fascynacją muzyką elektroniczną i uderza w stronę techno i łączy to z muzyką orientalną. „Frank” ocieka latami 80, a kończący całość „Tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi” zaczyna się jako patetyczna ballada oparta na fortepianie i mocy głosu Justyny Święs by przeobrazić się w synth-popowy szlagier.

Jest mocno nastrojowo, klimatycznie i chwytliwie. Słychać na tej płycie, że Jakub Karaś nie boi się eksperymentów. Podoba mi się droga jaką obrali zabrzanie i z całą pewnością z większym zainteresowaniem sięgnę po ich następną płytę. Ocena: 7/10.

10 Najlepszych piosenek Maca Millera

W związku z niespodziewaną śmiercią Maca Millera, postanowiłem uczcić pamięć tego wybitnego rapera z Pittsburgha listą jego 10 najlepszych tracków. Lista mocno subiektywna, kolejność alfabetyczna.

2009 (2018, Swimming). Najbardziej nostalgiczny utwór na „Swimming” rozpoczyna się od okazałej porcji smyczków i fortepiana. Później jednak wchodzi beat w stylu starego Eminema samplujący Chante Moore a Malcolm wraca myślami do momentów sprzed wydania pierwszego mixtape’u. Rok 2009 to był dobry rok. A „2009” wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom.

Posłuchaj

Cinderella (2016, The Divine Feminine). Ten trwający równe osiem minut utwór oparty jest na prostym i chwytliwym gitarowym riffie wyjętym z utworu Tokyo Police Club oraz wpadającym w ucho refrenie, który wykonuje Ty Dolla $ign. Całość brzmi jak brakujący track z „Long.Live.A$AP„, który również mógłby znaleźć się na jakimkolwiek albumie Drake’a. Malcolm opowiada o namiętnych chwilach spędzonych z dziewczyną, by po ponad pięciu minutach stać się jeszcze bardziej romantycznym i śpiewać przy akompaniamencie fortepianu.

Posłuchaj

Dang! (2016, The Divine Feminine). Utwór nagrany we spółce z Andersonem Paak to prawdopodobnie jeden z najlepszych dowodów, że twórczości Millera nie daleko do samego Justina Timberlake’a. Funkujący i zahaczający o electro-pop beat ładnie komponuje się z elastycznym refrenem. Chłopaki śpiewają o dziewczynach i bardzo dobrze im to wychodzi.

Posłuchaj

Donald Trump (2011, Best Day Ever). Pomijając wszelkie nawiązania polityczne, warto zwrócić tutaj szczególną uwagę jak pięknie zapętlony został „Vesuvius” Sufjana Stevensa. Młodzieniaszek Miller pokazał tutaj, że posiada potencjał by przebić się ze swoim rapowaniem w gatunku zdominowanym przez czarnych, a sam bohater z tytułu określił kiedyś Millera jako „następny Eminem”. Jak dobrze, że nim się nie stał!

Posłuchaj

Kool Aid & Frozen Pizza (2010, K.I.D.S.). Perełka z jednego z pierwszych mixtape’ów, dzięki któremu Malcom wybił się na szerokie wody. Generalnie wolę późniejszego, bardziej dojrzalszego Maca. Nie mniej warto sprawdzić od czego to wszystko się zaczęło.

Posłuchaj

Ladders (2018, Swimming). Na najnowszym i zarazem ostatnim długograju Malcolm pokazuje swoją dojrzałość muzyczną. Świetnie zrobiony podkład przez duet: Pomo/Jon Brion ładnie wpisuje się w metaforę życia jaką jest opisywana przez Millera tytułowa drabina. Gdzieś w tle łaskocze nas funkująca gitarka, pojawią się synthy i jakieś trąbeczki. Ładnie skomponowany utwór.

Posłuchaj

S.D.S (2013, Watching Movies with the Sound Off). To jeden z tych utworów, który od razu rozpoczyna się z „grubej rury”. Psychodeliczny, wręcz narkotyczny podkład stworzony przez Flying Lotusa (słychać to) sampluje… fragment z Dragon Ball Z. Miller swoją nawijką natomiast świadomie nawiązuje do tego pokręconego beatu rzucając „My voice sound like it was a sample off a vinyl„. Mostkowe „Somebody do something” dodaje tylko więcej absurdalności tej sytuacji, podoba mi się to!

Posłuchaj

Self Care (2018, Swimming). O takie rap single walczyłem. Wpada w ucho, da się do tego pobujać, ale równie dobrze działa jako utwór do spokojnych przemyśleń. A te są takie, że Mac Miller szedł w dobrą stronę ze swoją twórczością. Piosenka dzieli się na dwie części. Pierwsza brzmi jak połączenie Drake’a z Justinem Timberlakem, druga natomiast przywołuje mi outra w stylu Kendricka Lamara. Rzadką sprawą jest by przywołać te trzy nazwiska w czyimś utworze, także szacuneczek.

Posłuchaj

Weekend (2015, GO:OD AM). Piszę te słowa we wtorek, słucham tego utworu i już marzę o weekendzie. Dzięki Mac! Rozważania na temat weekendowych rozrywek nie pomagają mi zapomnieć, że dziś dopiero pieprzony wtorek! Ok, ale przejdźmy do utworu. Podoba mi się jak mój r’n’b ulubieniec Miguel współgra z Malcolmem. Swoją drogą Mac Miller świetnie dobiera sobie featuringi. Miguel raczej nie gra tu wielkiej roli, pomaga przy hookach i na końcu serwuje outro na temat dni tygodnia niczym w utworze D-Bomb „O Ela„. A tak na poważnie, to bardzo przyjemny utwór z pogranicza alternatywnego r’n’b i hip-hopu.

Posłuchaj

 

 

Ostatni album Maca Millera – recenzja „Swimming”

Pisanie recenzji „Swimming” w kontekście niespodziewanej śmierci rapera Maca Millera, całkowicie zmieniło mój sposób myślenia o tej płycie. Oczywiście nie mam zamiaru wystawiać pośmiertnej laurki jej twórcy, tylko dlatego, że nie żyje. Jednak na pewno nie znajdziecie w niej najczęściej powtarzanego w innych recenzjach „Swimming” zdania, że Malcolm wychodzi na prostą po rozstaniu z Arianą Grande. Swoją drogą na nieodżałowanym Porcysie stwierdzono, że raczej nikt nie będzie pamiętał o tym albumie za parę lat. Było to 7 września, tego samego dnia artysta zmarł z powodu przedawkowania narkotyków. I w zasadzie tego samego dnia stało się jasne, że ta płyta stała się już legendarną, bo jest ostatnim krążkiem wydanym przez Maca. Poza tym dziwnie się przeglądało tą recenzję gdy z boku spogląda na nas Ariana Grande.

Skupmy się jednak na muzyce. Strasznie to niedorzeczne, że dopiero teraz przesłuchałem dyskografię Easy Maca. Zwłaszcza, że to całkowicie moje klimaty i Mac Miller kupił mnie nie tylko ostatnim krążkiem. Przykładowo, jego wcześniejszy longplay „The Divine Feminine” to istna perełka hip-hopu. Pomijając, że nazwa mi się kojarzy z jakimś nieudanym polskim zespołem, który chciałby być nowym indie odkryciem to ta płyta na każdej płaszczyźnie wymiata. A to nie wszystko, gdyż „GO:OD AM” i „Watching Movies With The Sound Off” też są niczego sobie, a dochodzą do tego także różnorakie mixtape’y, które też potrafiły mnie wkręcić.

„Swimming” to zdecydowanie najbardziej dojrzały i równy album Millera. Składający się z 13 tracków album (Mam nadzieje, że czyta to Drake) potrafi wciągnąć w swój świetny klimat. Podkłady są bogate w różnorakie brzmienia i wpadają w ucho od razu. Mamy tu sporo zabawy z soulem czy też synth-funkiem. W sumie nic w tym dziwnego, gdyż w tworzeniu beatów swoje palce maczali m.in. Dam-Funk, Flying Lotus czy też J.Cole. Muzycznie płyta stanowi swoistą kontynuację „The Divine Feminine„.

Lirycznie główną inspiracją do powstania tekstów były niedawne wydarzenia z życia artysty, czyli głośne rozstanie z Arianą Grandę. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze płyty powstały z powodu złamania serca. Tak jest i w tym przypadku. Miller dość ciekawie opisuje swoje przeżycia i spostrzeżenia. W „Hurt Feelings” trzeźwym okiem stwierdza, że wszystkie doświadczenia pozwoliły mu stać się lepszym artystą. W „Ladders” używa tytułowej drabiny jako metafory życia, natomiast w singlu „Self Care” powraca do głośnego tematu rozstania z panią Grande. Trzeba jednak przyznać, że wymowa tej płyty wcale nie jest negatywna i mało tu rozgoryczenia. Okazuje się, że gdy kurz opadł Mac Miller stał prosto na nogach i ogarniał tematy całkiem dobrze. Zwłaszcza w „Wings” przyznaje, że wychodzi na prosto po ostatnich wydarzeniach. Dziś wiemy, że nie była to szczera prawda.

Wielka szkoda, że „Swimming” to ostatnia płyta Malcolma. Po tym co przesłuchałem w ostatnich dniach, chciałbym więcej. A tego już nie dostanie żaden fan rapera (Płyt wydawanych pośmiertnie nie traktuje poważnie tak samo jak remake’ów klasycznych horrorów). Świetne podkłady łączą się tutaj z dojrzałą nawijką młodego chłopaka, który niestety powtórzył schemat: sława w młodym wieku, narkotyki, kryzys emocjonalny, jeszcze więcej narkotyków, śmierć. Płyta stała się już kultową, ale nie zwracajcie wyłącznie uwagi na nią ze względu na śmierć rapera. To po prostu bardzo dobra muzyka, i tego się trzymajmy. Ocena: 8/10.