Kamp! – Kamp!

Kamp!Doczekaliśmy się najbardziej oczekiwanego od dwóch lat debiutu w polskiej muzyce tanecznej.

Powiem to prosto z mostu. Nie zawiedli. Oczekiwania były spore. Wcześniejsze EP-ki, piosenki gdzieś tam wyszperane w sieci i remixy (Cool Kids of Death, Brodka) nagoniły słuchaczom ślinki w ustach. Na szczęście po spożyciu „Kamp!” czujemy sytość i nie mamy ochoty na deser.

Nie przez przypadek mówić się o nich „polskie Cut Copy”. Ta płyta jest tym dla 2012 roku czym „In Ghost Colours”  była dla 2008. „Kamp!” to jedenaście żywiołowych i tanecznych utworów, które łączy w sobie disco lat 80 z elektroniką. Słuchając takich piosenek jak „Cairo” czujemy duch minionej epoki wzbogacony o inspiracje Junior Boys czy też Daft Punk. Nie bez powodu Krzysiek Ostrowski z CKOD w wywiadach podkreślał, że to najzdolniejszy młody, polski band. Miał rację. Kamp! powinien być naszym głównym towarem eksportowym. Ta płyta wiele wnosi do teoretycznie zamkniętego tematu muzyki tanecznej spod znaku Cut Copy.

Kilka słów o brzmieniu. Słuchając tej płyty mam przed oczami wszystkie kolory wszechświata (nawet te nie odkryte). Fajna barwa głosu Tomka oraz reszta wokali to mocny punkt tego albumu. Podkłady powodują, że pomimo panującej na zewnątrz zimy odczuwam hawajskie upały. Jeżeli ktoś nie wie co ma z sobą robić w te zimne i długie wieczory i dodatkowo ma stany depresyjne to polecam ten krążek. Poprawia humor na całej swojej długości i szerokości. Poza tym płyta a zwłaszcza single idealnie sprawdzą się na wszelkich potańcówkach. Taki „Heats” wzbogacony o handclaping i fajny basik to istny parkietowy wymiatacz.

Można przyczepić się,że w sumie to nie wymyślili niczego nowego a płyta jest jednostajna i głownie bazuje na wcześniej znanych singlach. Jednak trzeba mieć na względzie to, że gdyby każdy polski zespół nagrywał TAKIE płyty i każdy polski artysta miał TAKIE single to naród polski byłby znacznie szczęśliwszy. Póki co możemy jedynie mówić o pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. W końcu i my mamy bez obciachowy TAKI zespół z TAKĄ muzyką. Ocena: 8/10.

Drekoty – Persentyna

drekoty_persentynaJakiś czas temu pisałem o zespole Drekoty jako godnym polecenia. Opisywana wtedy EP-ka zapowiadała coś ciekawego na polskiej scenie niezależnej. Pora skonfrontować postawioną wcześniej tezę z materiałem na debiutanckim albumie zatytułowanym „Persentyna”.

Czy dalej jest ciekawie? Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest ciekawiej. Grupa składająca się z trzech zdolnych pań zanotowała ogromny progres biorąc pod uwagę wcześniejsze EP-ki. Oczywiście materiał był wtedy znacznie mniejszy, jednak piosenki, które były na EP-ce i znalazły się również na albumie brzmią teraz znacznie lepiej. Zwłaszcza utwór „Poddania”, który został lepiej dopracowany.

Co natomiast z resztą utworów? „Persentyna” to album wielokolorowy, przepełniony wieloma różnymi melodiami. Openerowy „Listopad” to zabawa z elektroniką, być może jeden z najlepszych utworów na płycie. W mocno klimatyczny sposób wprowadza nas w krążek grupy Drekoty. Natomiast biorąc pod uwagę bogactwo brzmienia to na głowę bije wszystkie utwory kawałek „Skrzypię”, który ma w sobie trochę z jazzu, trochę indie-popu a końcówka utworu zahacza o bardziej rockowe klimaty. W piosence „Tramwaj” czuć punkrockową zawziętość, natomiast singlowe „Za” sprawia wrażenie jakby było nagrane przez damską Ściankę. Warto także odnotować, że w pod koniec utworu „Szary” Drekoty serwują słuchaczowi berlińskie rytmy techno lat 90.

Mimo to największe wrażenia towarzyszyły mi przy odsłuchiwaniu utworu „Powrót”. Jest to najlepsza piosenka na albumie. Najbardziej melodyjna a zarazem najciekawsza i z zdecydowanie z najlepszym tekstem. Teksty nie są mocną stroną tej płyty. Są pełne niejednoznaczności i tajemniczości co jest, oczywiście zaletą, jednak nie w tym przypadku. Drugim aspektem, który działa na minus albumu jest nierówny materiał. Są momenty ciekawe, dobre, ale zdarzają się dłużyzny, zwłaszcza pod koniec. Jeżeli chodzi o kwestie techniczne to pod względem brzmienia jest bardzo ładnie, gorzej natomiast z wokalem, który w większości piosenek stoi na średnim poziomie. Pomijając te uszczerbki to mogę z całą pewnością powiedzieć, że to udany debiut i szkoda, że większość zespołów na polskiej scenie nie zaczyna tak jak Drekoty. Ocena: 6/10.

Grizzly Bear – Shields

Grizzly Bear, ulubieńcy fanów muzyki niezależnej wracają z nowym albumem.

Na początek prosta teza: album „Shields” to naturalne następstwo „Veckatimest”. Płyta z 2009 roku oczarowała wszystkich, zespół wskoczył na kanapę na której siedzą obecni najwięksi dyktatorzy trendów w niezal świecie. Wskoczył z impetem, kazał się posunąć Animal Collective i założyć kapcie Thom’owi Yorke’owi. Teraz gdy już wygodnie siedzi z pilotem w ręku, przerzuca na kanał zatytułowany „Sheilds”.

„Shields” to płyta mocno podobna do swojej ostatniej poprzedniczki. Podobna w tego dobrym słowie znaczeniu. Nowojorczycy po prostu podtrzymali poziom nagrywając równy, świetny materiał. Słuchając tego krążka nie ma się wrażenie, że to już było. Ma się odczucie lekkiego zaskoczenia, zadowolenia? Ciężko mi sprecyzować te odczucia. Generalnie słyszymy dobrą muzykę i o to chyba najbardziej w tym wszystkim chodzi? Płyta jest bardziej jakby patetyczna (puszczam oczko do ostatnich dwóch piosenek), jednak mniej przebojowa. Nie odnajdziemy tutaj równie dobrego i charakterystycznego singla jakim był „Two Weeks”. Na szczęście jest tyle samo magii i dobrych melodii. Po raz kolejny swoim czarującym głosem uwodzi nas Ed Droste. Jeżeli chodzi natomiast o brzmienie to jest ono ciut bardziej rozbudowane i słychać to w drobnych, drobniutkich szczególikach.

Ok, Ja tutaj cały czas odnoszę się do poprzedniej płyty a co ma zrobić biedaczysko, który nigdy przedtem nie słyszał Grizzly Bear? Niektórzy mówią, że dopiero od „Veckatimest” zaczyna się prawdziwe Grizzly Bear. Otóż nie, Grizzly Bear i to dobre Grizzly Bear zaczęło się w 2004 roku wraz z wydaniem płyty „Horny of Plent”. Nie umniejszajmy ich wcześniejszym wydawnictwom tylko dlatego, że były mniej nośne (nie jestem pewien czy to dobre słowo?). Te kawałki także mają swój urok. Niepozorny, ale mają. Dlatego też drogi słuchaczu, proponuje zapoznanie się z poprzednimi trzema albumami zanim posłuchasz „Shields”. Jednak coś mi się zdaje, że jeżeli dotarłeś do tej części recenzji to zapewne już słyszałeś te albumy. Ocena: 8/10.