Iceage – New Brigade

Kto powiedział, że punk się skończył?

Chcąc wygooglować coś na temat zespołu Iceage popularna wyszukiwarka zmyłkowo nas odsyła do innego zespołu o tej samej nazwie, tyle, że z odstępem pomiędzy Ice a Age. Znając album New Brigade zupełnie nie pasowało mi to, że tamten zespół jest z Nowego Jorku, przecież ten krążek jest taki europejski. Ponadto słychać na nim wyraźnie, że to debiutancki krążek z wszelkimi cechami debiutu jak brak kompleksów i pełen luz. Iceage zespół o którym chcę wspomnieć pochodzi z Danii i na niedawno wydanym New Brigade przekonuje nas, że punk wcale się nie skończył a nagrywanie w nonkonformistycznej konwencji wcale nie musi być kolejnym odgrzewaniem starego kotleta.

Duńczycy odświeżyli nam gatunek i dodali do niego trochę życia i duńskiej energii. Energia to będzie najważniejsze słowo określające debiut Iceage. Jest ona zawarta na całym albumie, który zaczyna się od intra, które zgrabnie przechodzi w White Run, które od razu kojarzy się z matematycznością These New Puritans. Dalsze kawałki jednak okazują się czystą punkową rewolucją gitarową, hi-hat pracuje tutaj cały czas. Album jest krótki, punk z założenia taki jest. Piosenka musi być konkretna, krótka i z przekazem. Na New Brigade tylko jeden utwór wychyla się ponad trzy minuty, reszta oscyluje gdzie w regionach 120 sekund. Natomiast tekstowo można ich interpretować na wiele sposobów: „Can You Keep A Promise / Alliance Is Our Home / We’ll Stay Together / In Brotherhood It Shows”. W tym aspekcie także nie stosują bogatych zabiegów. Wszystko opiera się na prostocie i sprawia, że ten album jest tak dobrze przyswajalny. Z pewnością stają się idealnym tłem do ostatnich wydarzeń z Londynu i okolic.

Punk nie jest raczej moim ulubionym gatunkiem, nigdy nie zasłuchiwałem się zbytnio w Sex Pistols czy The Clash, jednak potrafię docenić zespołu próbujące swoich sił w tej branży. Ocena: 7/10. Posłuchaj

Kaliber 44 – 3:44

Hip-hop w tym roku na offie to temat dość pominięty, a oczekiwania były duże, zwłaszcza po zeszłorocznym świetnym występie Raekwona. Na szczęście barw czarnej muzy będzie bronił Abra dAb, który wystąpi z repertuarem swojej były grupy, Kalibra 44.

I stąd też recenzja ostatniego albumu legendarnego Kalibra 44. 3:44 to album, który pojawił się w 2000 roku, już bez udziału Magika, który odszedł do Paktofoniki a następnie popełnił samobójstwo. Jednak wciąż poziom trzymał duet braci Dab i Joka wspomagani przez Dj’a Feel-X’. Ponadto można pojawia się tutaj też tak zwany Baku Baku Skład (CNE i WSZ), ale to już raczej w ramach ciekawostki. Co można powiedzieć o tym krążku?

Katowicki skład w tym okresie był już na innym etapie hip-hopu, psycho rap znany z „Księga Tajemnicza. Prolog.” poszedł w odstawkę w jego miejsce wszedł hip-hop, który jest reprezentatywny dla śląskiej sceny hip-hopowej. Zespół jednak nie zrezygnował z podziału albumu na „akty” niczym dramat. Co jakiś czas pojawia się charakterystyczne gitarowe intro zatytułowano numerycznie „jeden”, „dwa”, „trzy” oraz finalne „cztery”, które kończy album. Na 3:44 mamy tak świetne kawałki jak Normalnie o Tej porze (każdy kojarzy ten bit) czy też Litery, gdzie Joka jak wściekły wypluwa świetne zbitki słów „najważniejsza powinna być twoja głowa, a nie ręka, dupa i noga” czy też „czy chcesz czy nie chcesz zrobią ci z głowy jajo, od jutra wszyscy z jajem popierdalają” i najlepsze „o Boże znowu Drozda! Śmiechu warte. Panie Drozda idź pan chuj z takim żartem„. Koleś miał świetne poczucie humoru a jego zwrotki były przepełnione z jednej strony ironią, z drugiej natomiast pewnego rodzaju goryczą i złością. Ja to kupuje. Ważną kwestią tego albumu są również charakterystyczne bity, które przeszły do ogólnonarodowej świadomości jak wspomniane wyżej Normalnie o Tej porze. Warto także zwrócić uwagę na egzystencjalne wywody Abra dAba w Konfrontacjach czy też lajtowe podejście do tematu w Wenie.

Kaliber 44 jest legendą hip-hopu w Polsce, utorowali drogę dla wielu innych, byli jedną z pierwszych ekip na śląsku (i w Polsce), które chwyciły za mikrofon i próbowały za pomocą muzyki wyrazić swoje emocje, nastroje, przemyślenia. I mimo, że na etapie trzeciego długogrającego albumu zespół zakończył nagrywanie to wiele wniósł do polskiej sceny muzycznej. Natomiast album 3:44 jest pozycja obowiązkowa dla każdego fana tego typu muzyki. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Low – C’mon

Czas na przedstawienie reprezentantów tak zwanego slowcore’u, którzy zaprezentują się na tegorocznym Offie.

Już sam Artur Rojek zaznaczył swoją obecność na tym gigu i jeżeli czas mu pozwoli to z pewnością będzie można go gdzieś tam z boku zobaczyć. Z resztą nie od dziś wiadomo, że czas festiwalu jest dla Rojasa ogromnym sprawdzianem, a sam dyrektor artystyczny ma wiele miejsc do zobaczenia podczas eventu w Katowicach. Poza tym należy dodać dwa słowa: SUB POP, czyli ulubiona wytwórnia nagraniowa przez Rojka. Co roku jest jakiś artysta, który nagrywa lub nagrywał w Sub Popie.

Co można powiedzieć o zespole Low? Jak sama nazwa wskazuje grają oni bardzo spokojnie, powoli i kojąco dla uszów. Oczywiście nie oznacza to, że grają kołysanki. To nie wchodzi w rachubę. Na nowym albumie o dowcipnej nazwie  C’mon w odróżnieniu od poprzednich płyt uzyskują bardziej popowe brzmienie. Już sam opener i następny „You See Everything” nas o tym przekonują, że jest melodyjnie itd. Low wykonało bardziej przystępny album dla każdego fana spokojnej muzyki. Zwłaszcza, że duet wokalny Alana Sparhawka i Mimi Parker spisuje się tutaj świetnie i mocno prawdziwie. Czuć w tym moc i jakieś uczucie. Rozkmincie przykładowo Majesty/Magic.

Jedyny mankament tej płyty jest taki, że w żaden sposób nas nie zaskakuje. Trio z Duluth odgrywają kawałek po kawałku to co każda osoba w minimalnym stopniu osłuchana i obeznana w muzyce niezalowej już kiedyś słyszała. Także No surprises i więcej niż 7/10 nie może w takim wypadku być. Warto jednak zapoznać się z innymi płytami grupy: Things We Lost in the Fire (2001) czy też Drum and Guns (2007) i zawitać pod scenę by ich zobaczyć live (pomimo późnej pory, która może sprawiać kłopoty).

posłuchaj