Radiohead – OK Computer

radiohead_ok-computerJednak te lata 90 były całkiem spoko. Na początku trochę zalatywało wieśniactwem a la MC Hammer ale potem pojawili się i Jeff Buckley, i Blur, i Oasis też, i 2Pac, i Rage Against The Machine no i także Radiohead. To znaczy, że w muzyce nie do końca zostało wszystko powiedziane, zaśpiewane przez Beatlesów. Nie wszystkie pomysły zostały zrealizowane przez Joy Division, My Bloody Valentine czy R.E.M. Można było nagrywać płyty idealne, wnoszęce „coś” a nawet więcej w życie szarego konsumenta.

I tak właśnie zrobił band z Anglii. Mimo, że może nie wyglądali na takich co są w stanie nagrać taką płytę i stać się najważniejszym zespołem przełomu wieku XX i XXI. No bo ich początki nie były tak ambitne. Pierwsza płyta to Creep i tło. The Bends to natomiast zgromadzenie hitów na jednym krążku. OK Computer to cos więcej. To przełom. Od tamtej pory Radiohead to zespół, który wymienia się jednym tchem obok The Beatles i Joy Division.

W sumie to wszystko już wiecie. Bo chyba nie ma osoby, która by przynajmniej nie chwaliła OK Computer. Wszystkie media piszą o anglikach w samych superlatywach. Rzadko się zdarza by ich słowa były prawidłowe. Ambitna płyta, zupełnie nie komercyjna w końcu doceniona w zbieraninie ścieków pozerstwa. Oni chyba nie byli na to troszkę przygotowani. Dlatego taka a nie inna historia z Kid A, ale o tym już w innej recenzji. Muzycy wypowiadali się, że ta płyta nie jest tak idealna jak się wszystkim wydaje. Skromność? Na pewno to co robią, to co mówią jest szczere. Nie jesteśmy ofiarami wielkiego oszustwa słuchając OK Computer. Nie tracimy czasu, natomiast go zyskujemy! Jak nawołuje Yorke w The Tourist: „hey man slowdown. hey idiot slowdown”.

Ta płyta sprawia, że poszukujemy w naszych myślach jakiś refleksji. Mimo, że nie wszystko jest dosłownie powiedziane to i tak da się zrozumieć o co chodzi nie mając większego wykształcenia ani znając idealnie język Davida Beckhama. „ambition makes you look very ugly” ten fragment najbardziej mi przypadł do gustu. Coś w tym jest, że człowiek za bardzo się pogubił w tym całym konsumpcyjnym trybie życia. Do mnie Thom Yorke przemawia całkowicie. Trafia w sedno. I nie chodzi tu tylko o sam Paranoid Android, który jest w czymś w rodzaju nadutworu, ponad sześciu minutowym zgniataczem umysłu. Cała płyta niesie ze sobą coś niezwykle ujmującego. I nie mówię tak tylko dlatego, że Porcys tak mówi, Gazeta Wyborcza, Radio Zet czy inne media. Słucham płytę trzymając w ręce książeczkę w ciemny pokoju z zapaloną lampką a za oknem widzę szosę pełną nieszczęśników, którym moda i telewizja wyznacza życiowe cele. Niepowtarzalny klimat związany z Radiohead. Dlatego ich cenię mimo wszystko najbardziej. Są mi bliżsi niż wymieniane wcześniej zespoły Iana Curtisa i Johnna Lennona.

Radiohead to taka żyjąca legenda. Podążająca to coraz dalej. Są inspiracji dla wielu muzyków. W naszych klimatach najbardziej wpłynęli na twórczość Ścianki czy też Kombajnu do zbierania kur po wioskach. Widać gołym okiem analogie w tekstach obu ekip. „please could you stop the noise im tryin a get some rest?” = „zabierzcie ten tłum! próbuje spać”.

Poczytałem troszeczkę opinii na temat płyty. I większości podczas słuchania Exit music (for a film) łza sama ciśnie się w oko. Nie jestem sam, bo mimo wszystko jestem troszeczkę wrażliwy. Oni są niesamowici, że potrafią wyciągnąć wrażliwość z takiego betonu jak ja. Nie mówię, że przeżywam tę płytę jak babcia audycje radia maryja z stertą chusteczek. Ujmuje mnie ta muzyka. Chciałbym dać 11, ale nie mogę. Ocena 10/10.

P.S. Jeżeli nie widzieliście to musicie nadrobić zaległości. Paranoid Android. Najlepszy moment w okolicach 3:18.

Jeff Buckley – Grace

graceMacie takie płyty na które nie powiecie ani jednego złego słowa? Takie płyty, które polecicie komuś bliskiemu? Bez zastanowienia. Tak po prostu. Takie płyty o których zawsze będzie się pisać dobrze? A wykonawcę zachwalać w nieskończoność? Ja taka jedną płytę właśnie teraz słucham i o niej chce napisać.

Jeffrey Scott Buckley nagrał w swoim krótkim życiu płytę ideał. Można w zasadzie powiedzieć, że został stworzony tylko po to by nagrać „Grace„. Kilka dni przed wydaniem drugiego albumu zmarł tragicznie tonąc w rzecze Missisipi. Czyżby taka była wola z góry? Można wiele na ten temat rozmyślać. Jednak Jeff był już bogiem żyjąc na ziemi. Bogiem muzyki. I mimo, że już nie żyje to pamięć o nim nie znikła. Wciąż są wydawane jego pośmiertne albumy. Chodź w tym momencie zawsze się zastanawiam czy chodzi o pieniądze czy o okazanie hołdu artyście? Oczywiście nikt nie robi mu ołtarzyków jak na przykład Cobainowi. Mu to nie jest potrzebne, bo on był na prawdę wielki. On nagrał „Grace„.

Nie wiem co napisać o muzyce na tej świetnej płycie? Żadne słowa w pełni tego nie opiszą. Postać Buckleya opisuje sama muzyka. I jeżeli mamy taki właśnie przypadek, że artystę opisuje to co stworzył to znaczy, że mamy do czynienia z wielkim artystą. W tym momencie przed recenzentem jest trudne zadanie. Pisać o muzyce Jeffa Buckleya to tak jak pisać o samym Bogu. Mogę powiedzieć, że jeżeli istnieje coś takiego jak muzyka doskonała to taką muzykę właśnie tworzył chłopak z Kalifornii. Cała płyta to jego dzieło. Multiinstrumentalista. Obecnie takie rzeczy to rzadkość. Mamy gwiazdę: „Tu masz tekst, my zagramy, ty tylko śpiewaj. A jak zafałszujesz to spoko mamy od tego programy komputerowe”. Jeff to przykład jak być wielkim.

I co tu więcej napisać? Szkoda słów. Grace trzeba posłuchać by zrozumieć. Inaczej się nie da. Ocena 10\10. Hallelujah

Iowa Super Soccer – Lullabies To Keep Your Eyes Closed

Polska muzyka nie jest tak wieśniacka jakby to się mogło wydawać. Gdzieś pomiędzy takimi wykonawcami jak Feel, Gosia Andrzejewicz i Verba istnieją zespoły, które potrafią grać i to robią. Mimo, że nie mają sławy, pieniędzy to czuć, że jest to prawdziwe. W Mysłowicach nie brakuje tego typu zespołów. A ostatnio Iowa Super Soccer w pełni pozwala nam zapomnieć chociażby o Myslovitz.

Przyznam, że z początku obawiałem się, że może ten debiut okazać się zupełnym nie wypałem. Bałem się przynudzania a la Negatyw i wtórności w stylu Gutierez. W końcu Iowa to składanka z tych zespołów plus Twisterella i Peru, których akurat szczerze mówiąc nie znam. Na szczęście się myliłem. Bo Iowa to zupełnie nie ten typ muzy. Żadne indie, żaden rock’nroll, żadne gothic techno. Czuć, że ta ich alternatywność nie jest sztuczna. Bo jak wiadomo obecnie alternatywa to nie alternatywa. W całym tym pozerstwie dookoła widać u nich prawdziwą chęć tworzenia. A to, że nagrywają po angielsku to nie oznacza, że chcą być jak chociażby Out of Tune. Bo ich teksty przynajmniej o czymś są.

Obawa nr 2. Natalia Baranowska plus Michał Skrzydło. Jakoś zawsze byłem negatywnie nastawiony do damskich wokali w rock grupach. Może przez to, że jak ktoś mi mówi kobieta rock to od razu mam przed oczami takie coś. Jednak okazało się ok. Jest to duży plus. Wokale się fajnie uzupełniają i mi się to nawet podoba. A nawet powiem, że Natalia ma bardzo przyjemny dla ucha głos. Miło się tego słucha.

Na płycie jest melancholijnie, akustycznie, spokojnie, pogodnie. Nutki w sam raz na okres jesieni, który trwa i nie odpuści. Aura jest dołująca, ale przy takiej muzyce jakoś lżej się to znosi. Na długie jesienne wieczory Iowa jak najbardziej. Ja akurat mam tak, że na jesień ostro napierdala się u mnie Radiohead, KDZKPW, Arcade Fire i te klimaty. Ostatnio dodałbym do tego jeszcze właśnie polski debiut z Mysłowic. Na wiosnę pewnie wrócę do lajtowych klimatów a la The Strokes czy Kooks, jednak zima u nas na arktycznej Polsce jest długa więc często będę wracał do tych zespołów pewnie.

Reasumując. Iowa Supers Soccer daje radę. Na polskie realia są naprawdę wartościowym zespołem. Gdyby debiutowali na przykład w Anglii to by pewnie zginęli gdzieś pomiędzy indie zespolikami na MTV2. W Polsce mają już jakąś określoną liczbę słuchaczy na których mogą liczyć. Nazwę mają zajebistą. Taka z amerykańska. Podoba mi się. Z pewnością inspirują się artystami z United States of America. Ogólnie mysłowicki band to mocny punkt jeżeli chodzi o odkrycia, debiuty 2008 roku nad Wisłą. Rentony i inne się chowają. Ocena: 6\10. I na koniec The River.