Alien vs Predator II Requiem

Wybrałem się specjalnie do kina i wracając się zastanawiałem nad jednym. W czym jest problem, że ten film mnie ani razu nie przestraszył? Czy chodzi o to, że nic nie jest mnie w stanie już przestraszyć czy może po prostu wyrosłem z tego by się bać Aliena, bo Predator raczej bardziej mnie bawił (Jezu, ta fryzura) niż przerażał.

Wracałem troszkę jednak zwiedziony, spodziewałem się więcej. W wakacje obejrzałem trailer i mocno się nakręciłem. Akcja miała toczyć się na Ziemi, nie gdzieś w odległej galaktyce w 22 wieku, tylko tu i teraz. Czyli tak jak z moich najstraszniejszych koszmarów. Poza tym zobaczyłem w tym krótkim filmiku mnóstwo krwi. Jak nie można było się nie nakręcić na ten film oglądając trailer? Dalsza faza to końcówka grudnia i początek stycznia, czyli okres kiedy film trafia do kin. Pojawiają się pierwsze recenzje w internecie. Wiele przeczytałem na ten temat i upewniłem się, że będzie to horror science-fiction. Właściwie większość bardziej krytykowała nowo powstały film, tylko niektórzy fani serii znajdywali plusy. Jako, że jestem fanem serii, obejrzałem wszystkie części Aliena po kilkanaście razy, Predatora też i widziałem pierwszą część AvP to postanowiłem mimo wszystko zobaczyć film na dużym ekranie i samemu ocenić.

A więc tak. Film to kontynuacja pierwszej części AvP. Statek predatorów, który dopiero co odlatuje z ziemi rozbija się na niej z powodu Aliena, który wydostaje się ze zwłok Predatora, który zginął na Antarktydzie. Alien z innymi wydostaje się ze rozbitego statku i powoli zaczynają rozmnażać się. Na miejsce wypadku zostaje wysłany natychmiastowo doświadczony Predator, który ma rozwiązać ten problem. Mieszkańcy Ziemi raczej nie mają najmniejszych szans w starciu z przybyszami z kosmosu. Małe miasteczko obok, którego rozbił się statek zostaje zalane plagą obcych. Najbliższa jednostka wojskowa zostaje przysłana na pomoc, jednak nie potrafi opanować ciężkiej już sytuacji. Mieszkańcy miasteczka są zdani już tylko na siebie…

Zacznijmy od tego, że film nie koniecznie mnie przestraszył, także słowo horror science-fiction w tym przypadku jest na wyrost. Jest to typowa strzelanka, film akcji, grozy, ale nie horror. Nie ma tego napięcia, które było w pierwszej czy to trzeciej części Aliena. Trailer pokazywał mnóstwo krwi, ale film tego nie za bardzo odzwierciedlał. Wiele spotkań człowieka z Alienem kończyło się na tym, że Alien jak to ma w zwyczaju spoglądał spokojnie na ofierę i potem następowała następna scena. Nie! Ja chce zobaczyć jak on rozwala mu głowę, chcę widzieć tę krew i resztki mózgu na ścianie. Było kilka takich scen, za mało. W trailerze, który trwa minutę 30 sekund chyba były one wszystkie zawarte! Następnie, kto wpadł na pomysł Predaliena? Dzieciątko Jezus! Co to ma być? Wyczytałem, że alien, który znajduje się w ciele dziedziczy 20% DNA ofiary. Ok. Ale w przypadku Predatora to było więcej niż 20%! To był Alien, który miał te żałosne dredy predatora i tą głupią mordę! Nosz.. dali mu te najśmieszniejsze cechy przez co zrobili z niego klowna a nie przerażającego potwora! Teraz Predator. Predator miał jakieś nowe wykoksane sprzęciory, jego zadaniem było zatuszowanie sprawy a zdarzały mu się mało logiczne zbrodnie. Obdarł kolesia ze skóry i powiesił na drzewie…

Na domiar złego końcówka wcale nie zaskakuje, można było to (zakończenie) przewidzieć już po obejrzeniu 30 sekund filmu a nawet nie obejrzeć go wcale. Mam jeszcze jeden problem. Która część była lepsza? AvP czy AvP II? Na korzyść „jedynki” przemawia ta cała tajemniczość, gdzieś tam na niezamieszkanej Arktyce ludzie znajdują się pomiędzy Obcymi a Predatorami. Natomiast co do dwójki to mimo wszystko pokazanie konfrontacji miasteczka z tymi stworami. Na prawdę nie wiem co lepsze, chyba remis. Dobrze, że przynajmniej akcja „dwójki” toczyła się w nocy i to podczas potężnej ulewy. Im mniejsza widoczność tym lepiej, tym bardziej przeraża. Zabrakło tego napięcia, za szybko film przeszedł do części: „masz tu broń i rozwal każdego aliena, którego zobaczysz!” Stary dobry Alien chyba już nie wróci. Ocena: 5/10.

PS. Jakbyście chcieli obejrzeć ten film to nie pomylcie filmów bo w tamtym roku wyszła gówniana podróba o tytule Alien vs Hunter. Widziałem tego trailer i muszę przyznać, że film ten by się świetnie nadawał do puszczenia na TVP1 w paśmie: W krainie dreszczowców razem z filmami: „Zemsta niedźwiedzicy” czy „Krwiożercza Małpa”.

Black Rebel Motorcycle Club – Baby 81

Kolejny artysta z górnej półki, czyli Black Rebel Motorcycle Club. Przyznam szczerze, że poszukiwałem pierwszej płyty zespołu. Uważam, że najlepiej poznaje się wykonawcę od jego pierwszej płyty. Nie chciałem zaczynać od ostatniej płyty…

Alberto (7-01-2008 20:18)
Black Rebel Motorcycle Club – Baby 81
Alberto (7-01-2008 20:18)
ktora to ich plyta?
Vyciu, Toxic (7-01-2008 20:19)
4
Alberto (7-01-2008 20:19)
kurtka, nie umiem znalesc pierwszej :/
Vyciu, Toxic (7-01-2008 20:20)
4 jest podobna do pierwszej, z tym że bardziej przebojowa. śmiało ściągaj
Vyciu, Toxic (7-01-2008 20:20)
może CI się podobać
Alberto (7-01-2008 20:20)
nie uwazasz ze lepiej poznac wykonawce od pierwszej plyty?
Alberto (7-01-2008 20:20)
aczkolwie muse poznawalem od ostatniej plyty do pierwszej 😀
Vyciu, Toxic (7-01-2008 20:20)
w niektórych przypadkach
Vyciu, Toxic (7-01-2008 20:21)
poznawanie Kid A bez znajomości Ok computer – chore
Alberto (7-01-2008 20:21)
z lekksza
Vyciu, Toxic (7-01-2008 20:21)
akurat po baby 81 możesz spokojnie sięgnać
Alberto (7-01-2008 20:22)
zaraz ja sciagne

…ale wyszło, że zacząłem od ostatniej, najnowszej płyty. Po przesłuchaniu tego albumu zmobilizowałem się jeszcze bardziej do poszukania pierwszej płyty! Jestem oczarowany tą muzyką. Tego właśnie potrzebowałem. Ostatnio nieprzerwanie słucham Baby 81 i poszukuję wciąż debiutanckiej płyty amerykańskiego bandu (ma ktoś?). Chcę poznać ich twórczość (w kwestii muzycznej nie osiągnąłem jeszcze apogeum wiedzy mimo, że oglądam MTV2).

Zacznijmy od tego jak wogóle brzmi nowa płyta BRMC. Kolesie pochodzą z San Francisco i gdybym tego nie przeczytał na Last.fm to pewnie nie domyśliłbym się tego bo oni brzmią bardziej angielsko niż amerykańsko. Mimo, że Last.fm wskazuje na podobieństwo do Kings of Leon i The White Stripes (skąd oni biorą te porównania?) to dla mnie oni bardziej brzmią jak Kasabian, szczególnie głos wokalisty.

Wracając do Baby 81. Płyta z dobrą muzyką. Mocno przebojowa, dlatego wpadła mi szybko do ucha? Z pewnością. W zasadzie płyta nie ma słabych momentów, stoi na równym, dobrym poziomie. Najbardziej mi przypadł do gustu utwór Windows, który zaczyna sie niepozornie na 3 gwiazdki, ale już później następuje punkt kulminacyjny i utwór szczytuje na 5 gwiazdkach! Poza tym najbardziej wyróżniają się: Weapon of Choice (trudno by nie wyróżniał się skoro jest singlem), American X – psychodelia trwająca 9 minut i 11 sekund oraz Am I Only.

Teraz powinno nastąpić porównanie płyty do wcześniejszych dzieł, ale biorąc pod uwagę to, że nie znam wcześniejszych płyt (obiecuje, że poznam) to napisze tylko tyle, że fajnie, że pojawiają się klawisze w utworach, pasują. No i niepowtarzalny klimat tworzy gitara klasyczna. Perkusista może i nie napierdala (lubię jak napierdala po tomach), ale do każdego kawałku pasuje idealnie. Nie będę nic pisał o akordach bo się na tym nie znam, nie mam wykształcenia muzycznego. Co dalej, podoba mi się wokal i ogólnie moim zdaniem ta płyta jest mocno wykoksana.

Pointując powiem tak: Płyta trafia do licznego grona, jednocześnie nie tracąc na alternatywnym graniu. Ocena 7/10.

Alberto z dialogu powyżej to ja.

Thom Yorke – The Eraser

Witam w nowym roku. Wznawiając pisanie recenzji zacznę w tym roku pisząc o wykonawcach z górnej półki. Pierwszym takim wykonawcom będzie mój dobry znajomy z MySpace – Thom Yorke.

W roku 2006 fani Radiohead oczekiwali nowej płyty grupy. Zamiast tego doczekali się zupełnie czegoś innego. Była to solowa płyta wokalisty Radiohead pt. The Eraser. Niektórzy się ucieszyli, niektórzy zawiedli, ale wszyscy musieli przyznać, że dobrze mu to wychodzi. Można było się przestraszyć, że skoro płyta odnosi sukces to Thom odejdzie z Radiohead. Jednak nic z tego bo rok później Yorke wraca z In Rainbows tym razem jako Radiohead. Wybiegając poza temat to u nas istnieje podobny przypadek w postaci Artura Rojka.

Wracając do The Eraser. Jeśli ktoś zna Thoma to dobrze wie, że angielski geniusz muzyczny zawsze był zainteresowany muzyką elektroniczną. I The Eraser nie odbiega od zainteresowań Yorke’a. Włączając płytę już na początku usłyszymy klawisze. Przez całą płytę przebiegną nam najróżniejsze elektroniczne dźwięki. Zdarzają się jakieś dziwaczne odgłosy, melodyjki jak z gry na pegazusa itd. Cały Yorke.

Wisienką na całej kompozycji jest charyzmatyczny i nieco psychodeliczny wokal Thoma. Momentami jest niepokojący. Dla fanów Yorke’a ta płyta to nie lada kąsek dobrej i wciągającej muzyki. Dla tych co niekoniecznie lubią Radiohead i samego Yorke’a ta płyta może być ciężka do przełknięcia. Ale ten blog to miejsce tylko dla fanów Radiohead.

Ostrzegam, że płyta nie jest łatwa w odbiorze. Nie jest tak, że po pierwszym przesłuchaniu zakochamy sie od razu w tych kompozycjach. Miłość przyjdzie z czasem a jak nie to zawsze można wrócić do słuchania starszych kawałków Radiohead (Creep). Bo Solowy projekt Yorke’a mimo, że jest to electronic/ experminental/ alternative/ indie/ pop (Tagi Last.fm) to nie wpada w ucho od razu tak jak słynny Creep.

Kończąc już te moje nic nie warte wywody powiem tylko tyle, że płyta jest fajna i można se posłuchać. Ocena: 7/10.