Mogwai – Happy Songs For Happy People

Wyobraźmy sobie sytuacje, że nie znamy zespołu Mogwai. Nic nie wiem na ich temat, absolutna nowość. Ktoś polecił by kupić ich płytę. Wchodzimy do Empiku rozglądamy się za literą M jak Mogwai. Jest kilka pozycji tego zespołu. Bierzemy pierwszą z nich i czytamy tytuł płyty: Happy Songs For Happy People. Człowiek znający język angielski w minimalnym stopniu od razu się zorientuje, że chodzi o Radosne piosenki dla Radosnych ludzi.

Kupi płytę z myślą: „a posłucham se”. Pomyśli sobie, że to na pewno jakieś letnie, bezrefleksyjne granie z tekstami w stylu: „nie martw się, nie ma co płakać nad nawarzonym bigosem” itd. I następuje chwila włączenia płyty. Co się dzieje? Zdziwienie i to nie małe. To nie jest tak jak myśleliśmy. To nie są żadne radosne piosenki.

Jak to brzmi? Nie wiem jak to opisać, bo nie potrafię. Kilku szkotów robi coś niesamowitego ze swoimi instrumentami. Zero wokalu. Nikt nie śpiewa, i nie jest to minus. Sądzę, że wokal mógłby zepsuć całość, bo to co tworzy ten zespół to nieziemska interpretacja muzyki. Nie wyczułem, żadnych radosnych momentów słuchając tej płyty. Więc o co chodziło zespołowi? Można się tylko domyślać. Piosenki (raczej kompozycje) są psychodeliczne, wciągające, nurtujące, wprawiające w zadumę i prowokujące do kontemplacji. Wszystko stoi na wysokim poziomie, całość wyrównana. Na tej płycie wszystko jest poukładane.

Z Mogwaiem nie jest też tak, że ich słucha się tylko kiedy ma sie doła lub pada deszcz. W zasadzie tej płyty można posłuchać o każdej porze. Nie jest to grupa zakompleksionych szkotów tworząca muzykę wyłącznie dla melancholijnych dziwaków. Może tu się zawiera tajemnica tytułu albumu? Dużo także się zastanawiałem nad tytułami piosenek. Czy oni mieli coś na myśli nadając taki a nie inny tytuł tej piosence, czy po prostu wymyślali pierwszy lepszy tytuł by było śmiesznie? Kids Will Be Skeletons…

Większość entuzjastów muzyki z pewnością kojarzy zespół dzięki płycie Young Team, uważanej za najlepszą w całej twórczości zespołu. Warto jednak zapoznać się także z Happy Songs For Happy People, na pewno nie stracimy czasu a i może się tak zdarzyć, że ta płyta natchnie nas do czegoś nowego? Ocena: 8\10

Arcade Fire – Neon Bible

Damn. Jeszcze parę genialnych płyt i Arcade Fire wpisze się do kanonu największych, jak już tego nie zrobili. Neonowa Biblia to ich propozycja na rok 2007. Słuchając wcześniej Funeral wiesz na co możesz liczyć na tej płycie.

Zgadza się. Jest ciągle mrocznie, psychodelicznie i ciągle można się zastanawiać o co chodzi. Bo pewności nigdy nie można mieć do końca. Można Neon Bible interpretować na różnorakie sposoby i każdy będzie dobry. W tym tkwi cały sekret Win’a Butlera? Na pewno jest coś w tym. Zespół ciągle w pełni wykorzystuje swój ogromny potencjał jaki stanowi siedem osób. Nie brakuje skrzypiec, akordeon, cymbałków, klawiszy (te kościelne też) i bębnów.

Włączając Neon Bible, na początku usłyszysz Black Mirror. Czarne lustro z góry Ci mówi: „tak to ciągle ten sam, dobry Arcade Fire”. Nie zmieniła się koncepcja zespołu intrygowania dźwiękiem. Oczywiście pojawiły się głosy krytyczne (nie czytajcie porcysa) mówiące, że ta płytę podtrzymuje tylko No Cars Go, które powstało jeszcze przed płytą Funeral i pojawiło się na demie Us Kids Know. To prawda, że ten utwór jest wyjątkowy. Różni się od reszty, powstał przecież wcześniej niż debiutancki album. Był to zupełnie odmienny moment tworzenia przez grupę. W zasadzie zespól zapewne chciał umieścić go na jakiejś płycie a do Funeral zbytnio by nie pasował. Tak więc No Cars Go stał się plusem całej płyty. Jednak to nie prawda, że to jedyny hit z Neonowej Bibli. Mnie osobiście miażdży utwór Black Waves/Bad Vibrations. Szczególnie druga część utworu. Na wysokości 1:38 zaczyna się prawdziwa zła wibracja, która trafia. Poza tym jestem pod wielkim wrażeniem, gdy słucham My Body is a Cage.

„Set my spirit free, Set my body free”

Z pewnością nie jest ten sam szok, jak ten gdy doznałem po przesłuchaniu Funeral, ale różnica jest mała. Nie zgodzę się z zdaniem, że ta płyta to nie wypał. W moim przypadku wypaliła i o to chyba chodzi. Ocena 8\10.

Alien vs Predator II Requiem

Wybrałem się specjalnie do kina i wracając się zastanawiałem nad jednym. W czym jest problem, że ten film mnie ani razu nie przestraszył? Czy chodzi o to, że nic nie jest mnie w stanie już przestraszyć czy może po prostu wyrosłem z tego by się bać Aliena, bo Predator raczej bardziej mnie bawił (Jezu, ta fryzura) niż przerażał.

Wracałem troszkę jednak zwiedziony, spodziewałem się więcej. W wakacje obejrzałem trailer i mocno się nakręciłem. Akcja miała toczyć się na Ziemi, nie gdzieś w odległej galaktyce w 22 wieku, tylko tu i teraz. Czyli tak jak z moich najstraszniejszych koszmarów. Poza tym zobaczyłem w tym krótkim filmiku mnóstwo krwi. Jak nie można było się nie nakręcić na ten film oglądając trailer? Dalsza faza to końcówka grudnia i początek stycznia, czyli okres kiedy film trafia do kin. Pojawiają się pierwsze recenzje w internecie. Wiele przeczytałem na ten temat i upewniłem się, że będzie to horror science-fiction. Właściwie większość bardziej krytykowała nowo powstały film, tylko niektórzy fani serii znajdywali plusy. Jako, że jestem fanem serii, obejrzałem wszystkie części Aliena po kilkanaście razy, Predatora też i widziałem pierwszą część AvP to postanowiłem mimo wszystko zobaczyć film na dużym ekranie i samemu ocenić.

A więc tak. Film to kontynuacja pierwszej części AvP. Statek predatorów, który dopiero co odlatuje z ziemi rozbija się na niej z powodu Aliena, który wydostaje się ze zwłok Predatora, który zginął na Antarktydzie. Alien z innymi wydostaje się ze rozbitego statku i powoli zaczynają rozmnażać się. Na miejsce wypadku zostaje wysłany natychmiastowo doświadczony Predator, który ma rozwiązać ten problem. Mieszkańcy Ziemi raczej nie mają najmniejszych szans w starciu z przybyszami z kosmosu. Małe miasteczko obok, którego rozbił się statek zostaje zalane plagą obcych. Najbliższa jednostka wojskowa zostaje przysłana na pomoc, jednak nie potrafi opanować ciężkiej już sytuacji. Mieszkańcy miasteczka są zdani już tylko na siebie…

Zacznijmy od tego, że film nie koniecznie mnie przestraszył, także słowo horror science-fiction w tym przypadku jest na wyrost. Jest to typowa strzelanka, film akcji, grozy, ale nie horror. Nie ma tego napięcia, które było w pierwszej czy to trzeciej części Aliena. Trailer pokazywał mnóstwo krwi, ale film tego nie za bardzo odzwierciedlał. Wiele spotkań człowieka z Alienem kończyło się na tym, że Alien jak to ma w zwyczaju spoglądał spokojnie na ofierę i potem następowała następna scena. Nie! Ja chce zobaczyć jak on rozwala mu głowę, chcę widzieć tę krew i resztki mózgu na ścianie. Było kilka takich scen, za mało. W trailerze, który trwa minutę 30 sekund chyba były one wszystkie zawarte! Następnie, kto wpadł na pomysł Predaliena? Dzieciątko Jezus! Co to ma być? Wyczytałem, że alien, który znajduje się w ciele dziedziczy 20% DNA ofiary. Ok. Ale w przypadku Predatora to było więcej niż 20%! To był Alien, który miał te żałosne dredy predatora i tą głupią mordę! Nosz.. dali mu te najśmieszniejsze cechy przez co zrobili z niego klowna a nie przerażającego potwora! Teraz Predator. Predator miał jakieś nowe wykoksane sprzęciory, jego zadaniem było zatuszowanie sprawy a zdarzały mu się mało logiczne zbrodnie. Obdarł kolesia ze skóry i powiesił na drzewie…

Na domiar złego końcówka wcale nie zaskakuje, można było to (zakończenie) przewidzieć już po obejrzeniu 30 sekund filmu a nawet nie obejrzeć go wcale. Mam jeszcze jeden problem. Która część była lepsza? AvP czy AvP II? Na korzyść „jedynki” przemawia ta cała tajemniczość, gdzieś tam na niezamieszkanej Arktyce ludzie znajdują się pomiędzy Obcymi a Predatorami. Natomiast co do dwójki to mimo wszystko pokazanie konfrontacji miasteczka z tymi stworami. Na prawdę nie wiem co lepsze, chyba remis. Dobrze, że przynajmniej akcja „dwójki” toczyła się w nocy i to podczas potężnej ulewy. Im mniejsza widoczność tym lepiej, tym bardziej przeraża. Zabrakło tego napięcia, za szybko film przeszedł do części: „masz tu broń i rozwal każdego aliena, którego zobaczysz!” Stary dobry Alien chyba już nie wróci. Ocena: 5/10.

PS. Jakbyście chcieli obejrzeć ten film to nie pomylcie filmów bo w tamtym roku wyszła gówniana podróba o tytule Alien vs Hunter. Widziałem tego trailer i muszę przyznać, że film ten by się świetnie nadawał do puszczenia na TVP1 w paśmie: W krainie dreszczowców razem z filmami: „Zemsta niedźwiedzicy” czy „Krwiożercza Małpa”.