Odwiedzam radiostację z lat 80 razem z The Weeknd – recenzja „Dawn FM”

Mało kto pamięta, ale o The Weeknd pisałem na blogu zanim Abel Makkonen Tesfaye osiągnął światową sławę dzięki takim album jak „After Hours” czy też „Starboy„. O jego mixtape „Echoes Of Silence” wspominałem na początku 2012 roku TAK. Ogólnie jego trzy produkcje z 2011 roku przykuły moją uwagę na tyle, że widziałem w nim drugiego The-Dream. Dziś wiem, że zrobił znacznie większą karierę. Wspólne utwory z Laną Del Rey, Kendrickiem Lamarem, Arianą Grande czy też Daft Punk, udział w filmie „Nieoszlifowane diamenty” razem z Adamem Sandlerem (Wybitna rola Sandlera), listy przebojów, występy na SuperBowl itd.

Tak szczerze, od momentu wydania „Kiss Land” straciłem nim zainteresowanie. Cały ten mainstream i kierunek, który obrał nie pasował mi do piosenek, które zachwycały mnie na „House of Balloons” czy też „Echoes Of Silence„. Teraz wracam do Abela, za sprawą jego najnowszego albumu „Dawn FM„. Płyta już zawitała do wszystkich radiostacji za sprawą pierwszych singli: „Take My Breath” oraz „Sacrifice„. Jednak recenzenci póki co przyjmują album z chłodem, zwracając uwagę, że The Weeknd ponownie nie potrafi nagrać równego albumu.

I jest to niestety prawda, gdyż „Dawn FM” ma sporo nierówności. Podoba mi się zabieg stworzenia koncept albumu, który zabiera nas do radiostacji z lat 80. Chociaż sam pomysł jest już mocno wyświechtany, gdyż retromania na lata 80 i 90 jest w mainstreamie od paru dobrych lat. Tutaj jednak ten krok spełnia swoją funkcję, a The Weeknd dobrze się odnajduje w tonach muzyki elektronicznej z lat 80. Znajdziemy tutaj parę ciekawych kompozycji takich jak m.in. „Less Than Zero”, „Out of Time” czy też „Every Angel is Terrifying„, jednak jest też sporo momentów słabszych, które nie zapadają w pamięć.

Obwieszczanie, że „Dawn FM” jest płytą roku już na początku stycznia (spotkałem się z takimi opiniami) jest sporą przesadą, której raczej nie warto komentować. Generalnie nowa płyta The Weeknd jest na tyle spoko, że będzie można się do niej pobujać w czasie karnawału. Jednak do końca roku jest sporo czasu, a w tym czasie pojawią się z pewnością o wiele ciekawsze muzyczne propozycje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Ósmy pasażer w grubej oprawie – recenzja książki „Obcy” Alana Dean Fostera

W ostatnim czasie zaniedbałem nieco kącik literacki na blogu. A przecież takie wspaniałe książki dostałem w minionym roku na urodziny, mikołaja, święta itd. Na pierwszy rzut wybrałem „Obcego” Alana Dean Fostera. W końcu o Obcym pisałem już wielokrotnie. Tym na dużym ekranie, i tym na z świata gier. Brakuje tylko tego w książkowej grubej oprawie.

Zacznijmy od tego, że nie jest to literacki pierwowzór filmu z 1979 roku. Mamy tutaj odwrotną sytuację, gdzie sukces dzieła Ridleya Scotta zaowocował wydaniem książkowej adaptacji, której podjął się amerykański pisarz SF – Alan Dean Foster. Pisarz opierał się na scenariuszu Dana O’Bannona, dlatego jest tutaj nieco więcej materiału niż, który otrzymaliśmy w wersji kinowej filmu „Obcy„.

Dlaczego warto zajrzeć do tej książki? Przede wszystkim jest to nie lada gratka dla wszystkich fanów filmów z serii „Obcy„. Pięknie wydana książka przez wydawnictwo Vesper (Z resztą jak chyba każda z ich kolekcji) cieszy oko. Znajdują się tutaj klimatyczne rysunki Macieja Kamuda, i przeczytamy obszerne posłowie Piotra Goćka. W zestawie także zakładki z Obcym. Co do treści samej książki to Fosterowi udało się utrzymać klimat i napięcie pierwowzoru. Co więcej dzięki lekturze „Obcego” możemy wejść w umysły Ripley oraz reszty załogi i dowiedzieć się o czym myślą.

Myślę, że to pozycja obowiązkowa dla każdego fana filmów o Obcym, jak i fanów horrorów w ogóle. Co więcej Wydawnictwo Vesper oferuje cały zestaw książek o kosmicznym szkaradzie. Książkowej adaptacji doczekały się również trzy kolejne części filmu plus dostępny jest album „Jak Powstał Obcy” z zdjęciami z produkcji filmu. Myślę, że to idealny pomysł na prezent.

Dinozaury Indie Rocka żyją! – recenzja „Sweep It Into Space” Dinosaur jr.

Co prawda, już od paru dobrych dni mamy rok 2022. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do minionego roku, gdyż warto przyjrzeć się najnowszej płycie pewnego legendarnego zespołu. Mowa o Dinosaur Jr, czyli pionierach indie rocka, którzy zaczynali przygodę z muzyką 37 lat temu. Ich debiutancki album „Dinosaur” nie przyniósł im wielkiej sławy, dopiero wydany w 1987 roku „You’re Living All Over Me” wpisał się na stałe do kanonu muzyki gitarowej. Od tamtego czasu grupa wydała dziesięć krążków, ich zeszłoroczny „Sweep It Into Space” jest już dwunastym w kolekcji.

Wydawać by się mogło, że przy okazji wydawania już dwunastego longplayu indie rockowego i mając na karku grubo ponad pięć dych nie wymyśli się już prochu. Nic bardziej mylnego. Grupa od momentu kiedy reaktywowała karierę w 2005 roku potrafiła zaskoczyć. Tak było przy okazji wydania krążka „Beyond” i „Farm„, o którym pisałem TAK. Tak też jest w przypadku „Sweep It Into Space„.

Jest moc, energia, powiew świeżości a to wszystko opatrzone dojrzałością twórczą. Tak w skrócie można by opisać najnowsze wydawnictwo Dinosaur Jr. Oni nie grają jak typowe dziady. Grają tak, jakby wciąż mieli coś do udowodnienia. J Macis – wokalista, gitarzysta i twórca tekstów, wciąż nosi długie włosy i trampki. Może i są już siwe, a na twarzy pojawiły się zmarszczki jednak w jego muzyce wciąż słuchać młokosa z dawnych lat. Posłuchajcie takich utworów jak „Walking To You„, „I Met The Stones” czy też „Garden” by się o tym przekonać.

Generalnie, najnowszy krążek Dinosaur Jr. to pozycja pod wieloma względami wyjątkowa. Gdyby nie rozpatrywać go pod względem, że twórcami są legendarni już J Macis, Lou Barlow i Murph to można by pisać o indie rockowym okryciu roku. Fajnie, że chłopaki wciąż potrafią zachwycić. Zwłaszcza, że indie rock sam w sobie wydaje się być gatunkiem w którym ciężko jest nagrać coś świeżego. Dinozaurom to się udało. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.