Mroczny i ponury ScHoolboy Q opowiada o gangsterce – recenzja „Crash Talk”

W ostatnim czasie miałem ogromną chęć posłuchania jakiegoś dobrego, czarnego, soczystego kawałka hip-hopu za oceanu. Pragnienie to było tak wielkie, że zatęskniłem za Drake’iem i pomyślałem, że mógłby wypuścić coś nowego! Sam nie wierzyłem sobie, że chce nowe nagranie od faceta, który w ostatnim czasie zalewał nas nowymi utworami oraz płytami, i ogólnie szedł w ilość, nie jakość. Na szczęście z odsieczą przybył stary, dobry znajomy ScHoolboy Q, który wydał właśnie swój piąty album.

Quincy generalnie najnowszym albumem nie wprowadza nowej świeżości w gatunek. „Crash Talk” pod wieloma względami nie dorównuje prawdopodobnie najlepszemu „Oxymoronowi” ani także ostatniemu „Blank Face„. Ta płyta funkcjonuje na zasadzie przypomnienia, że ScHoolboy Q wciąż jest w grze i się liczy. Jednak fakt, że nowe wydawnictwo nie przebija dokonań poprzednich nie sprawia, że nie warto sięgnąć po „Crash Talk„. Wręcz przeciwnie! Mi ten longplay amerykańskiego rapera dał wiele przyjemności i idealnie się wkomponował w mój niedobór czarnego rapu z ostatniego czasu.

Quincy Matthew Hanley ponownie uderza w gangsterskie tony i mroczne klimaty. Wystarczy wsłuchać się w ponure „Die Wit Em” czy też otwierające całość „Gang Gang„, gdzie ScHoolboy Q rzuca: „Gang shit been high„. A w następnym „Tales” wciąż pozostajemy w tym samym klimacie a raper snuje gangsterskie opowieści w stylu: „Before I called you my friend, we shot the ones / Stretch smoke in my blunt, I need the funds„. Przygnębiająco-groźny nastrój panuje także na takich utworach jak „Floating” czy też „5200„. Jednak bez obaw, cała płyta tak nie brzmi. ScHoolboy Q potrafi bawić się brzmieniem i tutaj także to udowadnia. W „Chopstick” z gościnnym udziałem eksperta od gościnnych udziałów Travisa Scotta sięga po modny ostatnio trap, „Drunk” to jazzowe elementy a „Lies” to największy banger na płycie stworzony z mieszanki popu, r’n’b i hip-hopu. Pod koniec płyty usłyszymy nawet smyczki.

Jednak pomijając te parę odskoków to na „Trash Talk” rządzi i dzieli mrok. Co nie powinno dziwić, gdyż Quincy już wcześniej dał się poznać od swojej ciemnej strony. Raper za pomocą ciężkich i ponurych beatów a także nawijki o gangsterskich rzeczach tworzy obraz swojego gangsterskiego wizerunku. „Crash Talk” nie wprowadza w ten styl niczego nowego, ale to kawałek dobrego hip-hopu, który warty jest przesłuchania. Ocena: 6/10.

Młodociana depresja na sprzedaż – recenzja „When We All Fall Asleep, Where Do We Go” Billie Eilish

Showbiznes zdążył już nas przyzwyczaić do najróżniejszych akcji. Od dziwnych, przez mocno dziwne a kończąc na kosmicznym poziomie niepojętości. Czego się nie zrobi w końcu dla promocji produktu? A im bardziej oryginalny i jednocześnie absurdalny pomysł – to tym lepiej! Nie mniej trzeba mu przyznać, że skuteczność tych akcji jest lepsza niż wyniki strzeleckie Krzysztofa Piątka w tym sezonie. W ten sposób dałem się złapać na Billie Eilish.

Czysto, po ludzku zaciekawił mnie ten cały szum wokół 17-letniej amerykanki. Otóż mocno hajpowana przez producentów z Los Angeles wokalistka zaczęła wzbudzać skrajne emocje. A wszystko przez info o rzekomej depresji młodej pieśniarki z miasta aniołów. Swoje dołożył także mroczny wizerunek Billie Eilish, a do pieca jak zwykle dorzucił sam INTERNET. Efekt? Ogromne zainteresowanie płytą i pierwsze miejsce na amerykańskiej liście przebojów. Możemy oczywiście się zastanawiać na ile prawdziwa jest w tym wszystkim młoda artystka, jednak to już nie zatrzyma maszyny, która ruszyła i się rozpędza z tygodnia na tydzień. Swoją drogą w historii mieliśmy już tyle stworzonych przez biznes artystek (Lana Del Rey, Britney Spears), że kolejna nie robi już takiej różnicy? A nawet jeśli ta „kontrowersyjna depresja” jest prawdziwa to czy to aż takie dziwne? 16-17 lat to trudny wiek, kto w tym czasie nie miał gorszych momentów i nie przeżywał werterowskich cierpień?

Przejdźmy jednak to muzyki, bo to ona powinna być najważniejsza. Debiutancki album Billie Eilish „When We All Fall Asleep, Where Do We Go” to materiał dobry, acz szalenie nierówny. Intrygujące momenty takie jak „bad guy” czy też „you should see me in a crown” mieszają się tutaj z nijakimi balladami pokroju „listen before i go” czy też „i love you„. Odpowiedzialny za produkcję muzyczną brat artystki spisał się całkiem dobrze o czym świadczy wspomniany „bad guy” czy też brzmiący jak jeden z utworów Charli XCX „my strange addiction” oraz rozpiskelowany „xanny„. Jednak brakuje w tym pewnej konsekwencji i zwięzłości, i po dobrych momentach otrzymujemy dużo słabsze utwory, jak chociażby zagrany na ukulele „8„.

Generalnie nie jest źle. To całkiem dobry pop, z paroma świetnymi momentami. Jednak jest stanowczo za wcześnie by mówić o jakimkolwiek nowym poziomie czy też nowej jakości w gatunku. Mam nadzieje, że ten ogromnych rozmiarów hype nie zaszkodzi artystce i z czasem rozwinie skrzydła i udowodni swoją prawdziwą wartość. Ocena: 6/10.

These New Puritans potwierdzają swoją pozycję – recenzja „Inside The Rose”

Braterski duet Barnettów ponownie udowodnił, że These New Puritans jest w dobrej formie. Ich najnowszy album „Inside The Rose” od razu ujął moją duszę, a i z tego co czytałem w internetach to jest to jedna z lepszych płyt alternatywnych tego roku. Są głosy mówiące, że ich czwarty album jest ih opus magnum. Mógłbym się z tym stwierdzeniem zgodzić, gdyby „Field of Reeds” nie było tak genialnym albumem! Generalnie Anglicy w piękny sposób się rozwijają. Ich debiutancki album „Beat Pyramid” był intrygującą mieszanka indie rocka, elektroniki z elementami r’n’b? Kolesie wyglądali na osiedlowych freaków bawiących się w muzykę, ale nie wiedzących jeszcze jak ma brzmieć ich twórczość. Wszystko się ustabilizowało wraz z wyjściem „Hidden„, które w pewien sposób określiło ich jako twórców z pogranicza post-rocka i elektroniki. Jednak prawdziwa perełka wyszła trzy lata później. „Field of Reeds” brzmiało dokładnie tak jak zapomniana w dyskografii płyta Radiohead.

OK, skoro nowy album nie przeskakuje dokonań poprzedniego to czy warto go przesłuchać? Absolutnie, TAK! W mojej ocenie różnica pomiędzy tymi dwoma krążkami jest tak nie wielka, że całkiem możliwe, że za jakiś czas będę twierdził, że to „Inside The Rose” jest jednak tym najlepszym. Bracia Barnett ponownie postawili na intymne, piękne i intrygujące kompozycję, gdzie doszukamy się zarówno inspiracji wspomnianym wcześniej Radiohead jak i Talk Talk. Sporo tutaj kapitalnie brzmiącej elektroniki, która z gracją wkomponowuje się w bardziej gitarowe momenty. Anglicy bardzo dobrze operują na płycie różnymi nastrojami i barwami dźwięku.

Całość otwiera świetnie wprowadzający w klimat płyty „Infinity Vibraphones„, który defacto jest najbardziej energicznym utworem na albumie. Bogate brzmienie i świetne partie wokalne mocno oddziałują na nasze zmysły. „Anti-Gravity” zaczyna się niczym soundtrack filmowy by przyciągnąć naszą uwagę perkusją. Z kolei „Beyond Black Suns” zachwyca głównie klawiszowymi wstawkami i kapitalnymi chórkami. Tytułowy „Inside The Rose” to elektroniczny rozpierdziel, gdzie kapitalne synthy łączą się z wycofanym wokalem i elementami smyczkowymi. „Where The Trees Are On Fire” to moim zdaniem najpiękniejszy i najlepszy utwór na płycie, który najbardziej przypomina kompozycje z „Field of Reeds„. Drugi najlepszy utwór z płyty to „A-R-P„, gdzie przez blisko ponad 6 minut otrzymujemy świetne synthy oraz świetnie poprowadzoną dramaturgię utworu. Całość kończy epicki „Six„.

Podsumowując, These New Puritans nie zawiedli. Wręcz przeciwnie, dali popis swojego podejścia do muzyki i wrażliwości. W udany sposób zaprezentowali świetnie brzmiący materiał. Piękne, niemalże kryształowe, bez jakiejkolwiek skazy kompozycję cieszą ucho i serce. Pozycja obowiązkowa dla każdego konesera dobrej i ambitnej muzyki. Ocena: 9/10.