Kan”ye” West czasami boi się samego siebie.

Kanye West zdążył już przyzwyczaić swoich słuchaczy, że albo nagrywa rzeczy wielkie, albo przynajmniej głośne i inne, na swój szalony sposób. O ósmym albumie rapera nie można powiedzieć ani pierwszego, ani drugiego. Trwający ledwie 25 minut krążek „ye” bardziej brzmi jak EP-ka zapowiadająca coś znacznie większego i lepszego. Nie jest to materiał wybitny, jednakże na dobrym poziomie. Kanye West po raz kolejny udowodnił, że jako producent spisuje się ponad normę. Kompozycje ładnie się łączą ze sobą, beaty stoją na solidnym poziomie a i słychać też dbałość o szczegóły. Jednym słowem standard Kanye Westa.

Nie jest to też kolejny szalony wybryk Westa. Ostatnie albumy rapera za każdym razem były inne. Od patetycznego „My Twisted Dark Fantasy„, przez surowe i chropowate „Yeezus” po innowacyjnie niechlujne „The Life Of Pablo„. Na tle tych krążków „ye” wygląda jak uczennica ubrana w szkolny uniform stojąca przy zespole punk rockowym. Płyta jest mocno stonowana i nie wywołuje większych emocji. Oczywiście swój medialny szum przeżyła, bo w końcu to krążek samego Kanye Westa i stanowi jakiś tam fragment wydawnictw spod szyldu GOOD Music. Poza tym porusza głośne tematy nawiązując do polityki Stanów Zjednoczonych, osoby Donalda Trumpa oraz akcji „Me Too„. No i małego smaczku dodaje sama okładka, która jest po prostu fotką strzeloną przez Westa na dzień przed premierą w górach Wyoming.

Czy warto sięgnąć po „ye„? Tak samo jak po każdy inny krążek rapera z Atlanty. West pewien standard zapewnia i generalnie jego najnowszego krążka słucha się dobrze. Z tym, że bez fajerwerków. Nie oczekujcie nic wielkiego, rewolucji nie ma. Ale takie kawałki jak „Ghost Town” czy też „Violent Crimes” potrafią wpaść w ucho. Niektórzy uważają, że ten album to zapowiedź znacznie większej i głośniejszej petardy. Ja osobiście uważam, że West po prostu dojrzał i zmienił się w pewien sposób. Myślę, że najbardziej szalone i najlepsze rzeczy ma już za sobą. Co nie zmienia faktu, że i tak sięgnę po jego kolejną muzyczną propozycję. Ocena: 7/10.

Pusha T vs reszta świata – recenzja „Daytona”

Powoli zaczynam się przekonywać, że rok 2018 to dobitnie rok hip-hopowy. Duża w tym zasługa Kanye Westa, który wydał już w tym roku swój kolejny album „Ye” (recenzji spodziewajcie się niebawem), wraz z Kid Cudim opublikował album jako Kids See Ghosts oraz pozostawił duży swój ślad na najnowszym wydawnictwie od Pusha T, gdzie wcielił się w rolę producenta i dorzucił kilka swoim wersów do utworu „What Would Meek Do?„.

„Daytona” to zaledwie trochę ponad 20 minutowy materiał składający się z siedmiu utworów. Jednak nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest wyborna. Pusha T z Kanye Westem serwują nam zestaw siedmiu KONKRETNYCH utworów, bez żadnego lania wody i przeciągania. Sama esencja, czysty alkohol bez zbędnej reszty. Nie ma tutaj ani jednej zbędnej sekundy. Cieszy mnie to, gdyż wspomniany duet szanuje mój czas, w przeciwieństwie do Drake’a (któremu notabene oberwało się od Pusha T), który ze swoimi płytami nie schodzi poniżej 20 utworów trwających ponad godzinę!

Całość zaczyna przyjemne dla ucha „If You Know You Know”, które idealnie wprowadza w ten krążek. Sporo wpływów Pana Westa odnajdziemy w kolejnym „The Games We Play„, gdzie możemy doszukiwać się powiązań z tegorocznym „Ye„. Następny w zestawie „Hard Piano” zachwyca popowym refrenem i udanym gościnnym występem Ricka Rossa. Soulowo rozpoczyna się „Come Back Baby” by szybko przejść do konkretnego, twardego hip-hopu, gdzie popis daje Pusha T swoimi ostrymi i ciętymi zwrotami. „Santeria” zachwyca głównie świetnie dobranym podkładem z zapadającym w pamięci gitarowym riffem. Całość kończy tajemnicze i mgliste „Infrared„.

Dlaczego warto przesłuchać „Daytona„? Przede wszystkim dla świetnych zwrotek pisanych przez Pusha T. Raper nie tylko rozprawia się tutaj ze swoimi rap rywalami ( boroczek Drake), ale bierze na swój cel tematy polityczne i religijne. Dzieje się, a nie zapominajmy, że płyta trwa trochę ponad długość odcinka Świata Według Bundych. Druga sprawa to świetne beaty wyprodukowane przez Kanye Westa, który pomimo tego, że jest mocno irytującym kolesiem to ucho i rękę do tworzenia chwytliwych beatów MA! Co więcej? „Daytona” to konkret płyta, która ma także swój niepowtarzalny klimat. Nie jest to może rzecz wybitna, która zapisze się w historii muzyki, ale z pewnością jeden z lepszych hip-hopowych materiałów wydanych do tej pory. Słuchać, nie gadać! Ocena: 9/10.

Beach House nauczyli się nie nudzić – recenzja „7”

Liczba siedem ma wiele określeń. Zarówno pozytywnych i negatywnych. Niektórym przynosi szczęście, wiele religii uważa ją za  liczbę spełnienia i dopełnienia a tacy piłkarze jak Szewczenko, Cristiano Ronaldo, Raul Gonzales, Franck Ribery czy też David Villa grali bądź grają z siódemką na plecach. Wiele się mówi też o magicznym siódmym roku w związku, który uważa się za kryzysowy i nie do przejścia dla niektórych małżeństw. Nową symbolikę tej liczbie nadała amerykańska grupa dream popowa Beach House, gdyż okazuje się, że przy siódmej płycie długogrającej można w końcu nagrać coś nie usypiającego słuchacza.

Ok, może trochę przesadzam. Przecież Beach House po prostu gra mało energiczny gatunek muzyki. Dream Pop – sama nazwa już wskazuje, że to coś sennego i lekkiego. Poza tym jak można się czepiać, kiedy to ich płyty zawsze dostawały wysokie oceny. Duet z Baltimore jest oczkiem w głowie recenzentów z Pitchforka, co odbijało się ocenami w pozostałych serwisach. Nie ukrywam, również i u mnie. Jednak będąc szczerym to pomimo tego, że sam przyznawałem dość dobre oceny płytom spod ręki Beach House to nigdy nie wracałem do tych albumów. Z jednej prostej przyczyny – piekielnie mnie nudziły. Wokal Victorii Legrand, momentami brzmiący na męski częściej odrzucał niż przyciągał, kompozycje zlewały się w jedną całość a senny klimat płyt sprawiał, że chciało mi się spać. Czy z perspektywy czasu zmieniłbym oceny? Pewnie nie, a jak już to nieznacznie. Także z jednej przyczyny, Beach House konsekwentnie nagrywa ambitne rzeczy.

Jednak dopiero przy siódmym albumie potrafili u mnie wywołać ten efekt WOW. Po pierwszym odsłuchu myślałem, że słucham jakiejś zapomnianej płyty Slowdive, która została nagrana we spółce z Kevinem Shieldsem. Już od pierwszych sekund album wbija w fotel za sprawą głębokich gitar w „Dark Spring„. Wyśmienicie rozwija się z sekundy na sekundę utwór „Dive„, gdzie pod koniec otrzymujemy ścianę brzmień gitarowych jak u Swans. Ręka w górę komu motyw przewodni w „Lemon Glow” przywołuje na myśl psychodeliczne zapędy Tame Impala? To nie koniec skojarzeń, gdyż  „Black Car” przypomina mi These New Puritans z okresu „Field of Reeds” a elektroniczne brzmienie „Woo” może budzić skojarzenia z The Chromatics. Jednym słowem nowa płyta Beach House to majstersztyk. Zarówno pod względem brzmienia całości jak i poszczególnych kompozycji.

Trochę szkoda, że musieliśmy aż tyle czekać by Amerykanie wskoczyli na właściwe tory. Z drugiej jednak strony to ich zaskoczenie nie było aż takie oczywiste i dobrze, że nagrali najnowszy longplay w takim kształcie . Sprawdźcie siódemkę, na prawdę warto. Jeżeli chcecie poczuć wyśmienite brzmienie gitar, wyłapywać te wszystkie skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami shoegaze, indie rocka i post punku oraz posłuchać po prostu dobrej, ambitnej muzyki to trafiliście idealnie. Ocena: 9/10.